Close
Close

Nikt nie ma tylu przerw w pracy co palacz

Skip to entry content

Mój kumpel w zeszłym tygodniu zaczął pierwszą pracę. To znaczy pierwszą poważną pracę, bo mimo, że wcześniej mieszał łokciem cement w betoniarce i nawet mu za to płacili, nie traktował tego jakoś wyjątkowo poważnie. Udzielania korków z francuskiego – dosłownie, nie metaforycznie – też nie. W sumie to ten typ człowieka, który raczej do wszystkiego podchodzi z dystansem, dyplomatycznie rzecz ujmując, i spóźnił się na własną maturę, bo nie nastawił budzika. Ale pierwszą, jak już mam nadzieję wyraźnie to zaznaczyłem, poważną pracę, potraktował bardzo poważnie i nie dość, że był punktualny, to nawet włożył czyste buty i użył dezodorantu przed wyjściem. Pełna profeska. Ale nie ma się co dziwić, w końcu to posada w uznanej korporacji, której nazwy nie mogę zdradzić, ale powiem tylko, że zaczyna się na „C” i kończy na „apgemini”.

Widzieliśmy się wczoraj na piwku, czy tam dwóch i pytam go jak wrażenia.

Zaaklimatyzowałeś się już? Masz swoją paprotkę i zestaw figurek na monitorze? – zagaiłem, kojarząc wygląd biurek w korpo jedynie z jakiegoś przedwojennego filmu z Whoopie Goldberg.

Co do klimy, to trochę za mocno chodzi, ale poza tym spoko – błyskotliwie odpowiedział Wojtek, chyba jednak myśląc, że pytam o klimatyzację.

Masz już kolegę z ławki? – kontynuowałem wątek licząc na jakieś głębsze zwierzenia.

Mój team jest całkiem spoko, team leader też. Ogólnie spoko – ale się przeliczyłem.

To spoko – więc nie kontynuowałem, myśląc, że może miały tam miejsce jakieś drastyczne wydarzenia i lepiej nie wymuszać takich wyznań. To jak z dokładką na obiedzie u babci – będzie chciał, to sam powie.

No, tylko będę musiał zacząć palić – czyli jednak, jakieś dantejskie sceny siadły mu na psychę.

Czemu? – zapytałem autentycznie zaniepokojony, bo Wojtek nawet heroiny nie chciał palić, a co dopiero papierosów.

Bo jak nie palisz, to masz jedną przerwę na obiad i nara, a jak jarasz, to bez przypału co godzinę możesz sobie wyjść na fajkę. 8 godzin razy 10 minut fajka, to jest 80, prawie 100, czyli na dobrą sprawę godzinę wolnego ekstra. To co mam nie wykorzystać? – zawsze imponował mi swoimi zdolnościami matematycznymi, ale trudno się nie zgodzić.

Tak dawno nie pracowałem na etacie – ponad 2 lata – że już zupełnie zapomniałem, jak to było i że faktycznie od zawsze palacze pracowali zdecydowanie mniej. Bo mieli te, niewytłumaczalne w logiczny sposób, cogodzinne przerwy na papierosa, podczas gdy osoby niepalące miały przerwę na obiad i ewentualnie, przy dobrych wiatrach, wcześniejszą na drugie śniadanie. I nikt, ale to kompletnie nikt się nie czepiał wychodzenia co chwilę na fajkę, mimo, że dla pracodawcy/firmy/zakładu była to ewidentna strata finansowa.

Co ciekawe, to przyzwolenie do dodatkowych przerw dotyczyło nie tylko prac fizycznych – gdzie można to jakoś wytłumaczyć, bo na takiej budowie, czy w warsztacie samochodowym, panują zdecydowanie inne zasady, niż w biurze rachunkowym – ale i miejsc opartych wyłącznie o pracę umysłową. Więcej, w pracy o charakterze biurowym, jak w szkole, na fajkę wychodzili ci najfajniejsi i na wspólnym papierosie z kimś z innego działu, byłeś w stanie załatwić dużo więcej niż „oficjalną” drogą. Nie mówiąc już o tym, że byłeś bardziej na bieżąco niż menadżer z tym, co się dzieje w firmie.

Wtedy mnie to dziwiło i dzisiaj też mnie to dziwi, bo z logicznego punktu widzenia, to premiowanie nałogu przez pracodawców i marnowanie kasy.

Nie krytykuję tutaj palenia papierosów jako takiego, bo sam – zdecydowanie nienałogowo, ale jednak – palę, tylko zastanawia mnie przekaz jaki płynie z góry. Mianowicie: uzależnij się od nikotyny, a będziesz mógł pracować mniej niż inni. Brzmi absurdalnie, ale tak jest. Fenomen ten pogłębia fakt, że gdyby ktoś po prostu chciał sobie co godzinę wyjść i postać przed budynkiem, bo lubi się pogapić w niebo, byłby ganiony za takie zachowanie. Wiem, bo próbowałem. A gdyby co te 60 minut wychodził przebiec się dookoła parkingu, bo mu się stawy zastały, byłby odbierany jako lekki wariat. Wiem, bo kolega próbował. Nie mówiąc już o tym, co by się działo, gdyby osoba niepaląca chciała sobie odebrać ten czas, który inni dostają na jaranie szlugów i na przykład codziennie wychodzić z pracy pół godziny wcześniej. Albo zamiast kaweczki i fajeczki, strzelać sobie pięćdziesiąteczkę wódeczki. W końcu alkoholizm to też nałóg.

Mimo, że sam palę, uważam, że wyróżnianie palaczy dodatkowymi przerwami jest niesprawiedliwe wobec osób niepalących i całkowicie irracjonalne. Bo jaki pracodawca ma w tym interes, żeby nagradzać bycie uzależnionym?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Kuba Dulak

    Nie mogę się do końca zgodzić. Jak ktoś się chce opieprzać w pracy to bd to robił bez względu na to czy jest palaczem czy nie. Sam palę i wychodzę z biura na fajke kilka razy dziennie ale nie spędzam codziennie kilkudziesięciu minut w kuchni na plotkach. Oczywiście nie ma w tym nic złego, oba sposoby są dobre żeby oderwać się od pracy. Kwestia uczciwości wobec ludzi którzy płacą Ci pensje bo są ludzie, którzy od biurka nie muszą odchodzić, żeby się opieprzać.
    A swoją drogą to jeśli ktoś w firmie krzywo patrzy na ludzi, którzy odchodzą od biurka w innym celu niż na dymka albo to radzę szybko zmienić firmę. Szkoda zdrowia.

  • Nie należę do nałogowych palaczy, jedynie takich eventowo-towarzysko-imprezowych, niemniej co przemawia za cogodzinną przerwą, to nie nałóg, a… Prawo pracy. BHP jasno określa, że co godzinę należy się pracownikowi 5 minutowa przerwa. Etatowcy zdaje się, że mają jeszcze +15 na obiad czy coś w ten deseń. Więc przez te 5 minut każdy może pojechać na Jamajkę i wrócić z powrotem jeśli chce – i jeśli zdąży.
    Nie palący zazwyczaj siedzą na pupie, bo sami nie zdają sobie sprawy ze swoich praw. Ktoś się śmieje, że wychodzisz przed budynek popatrzeć na niebo? Niech się śmieje.

    • Po za tym… Niezależnie od tego gdzie się pracuje, nie powinno się tego miejsca traktować jako obóz pracy. Chyba najważniejsze jest to, żeby wykonać swoją robotę, a nie to ile razy pójdziesz na szluga.

  • Emil Konstanty Borowiecki

    Wszystko zależy od firmy i (być może) rodzaju pracy, generalnie regulowanie czasu pracy, patrzenie na to ile kto na przerwie siedzi itp. jest coraz gorzej widziane u pracodawcy, więc Ci, którzy chcą przyciągać z dobrych pracowników z tego rezygnują. Taki układ jest najlepszy – ja chodzę na fajkę a „kumpel z ławki” gada sobie przy biurku z koleżanką z innego piętra o tym co ostatnio widzieli w kinie.

  • no-name

    Zawsze można udawać, że palisz i też wychodzić na 7 minut.

  • Pingback: Co powinieneś wiedzieć przed pierwszą pracą?()

  • W mojej poprzedniej pracy to normalne awantury były o palaczy. Ale fakt jest taki, ze jeśli szef jest niezaradny, to palacze zwyczajnie palą na jego koszt ;)

  • ooo tak. dlatego ja jako niepaląca muszę sobie wymyśleć chodzenie na niefajka ;) a poważnie – możemy dłużej gaworzyć w kuchni z innymi :)

  • Pionierka

    Ja się co godzinę opieprzam czytając różne blogi, więc wychodzę na zero :) albo sobie idę wypić w spokoju kawę na tarasie i pogapić się w niebo.

  • Joanna

    Pracuje na etacie i każdemu pracującemu przed komputerem przysługuje 15 min przerwy śniadaniowej i 5 min przerwy na każdą godzinę. Nie zauważyłam różnicy między mną a kolegami palacymi. A korpo pełną parą

  • aaaaanaaa

    E tam, trochę dramatyzujecie ;) Czy ktoś serio zaniedbuje pracę przez te wyjścia na papierosa? Nie wyrabia się? Moim zdaniem problem byłby wtedy, gdyby taka osoba była rzeczywiście niewydajna. Podejrzewam, że większość z nas gdy ma możliwość, też robi sobie jakąś „mini przerwę” typu kawka, herbatka, pączek, sms, przejrzenie neta ;) I przecież to nic złego, jeśli tylko nie wpływa negatywnie na wykonywanie przez nas obowiązków. Nie palę w pracy, ale często słyszę uwagi na temat tych co palą, przeważnie za ich plecami ;) z reguły od tych, którzy często odbierają telefon w godzinach pracy i to nie jest telefon służbowy, albo często zaglądają do „pokoju obok”, w którym siedzi koleżanka. Z boku wygląda to zabawnie :)

  • Jak mnie ten fakt denerwuje, no strasznie! Już biedna Rachel Green z „Przyjaciół” musiała zacząć palić, żeby się socjalizować w robocie:)
    To jest właśnie taki jeden z niby małych, a bezsensownych przepisów. Wykorzystywany na potęgę w firmach. A już pracownikowi fizycznemu zwrócić uwagę, żeby czasami odpuścił każdą przerwę, to minimum foch murowany.
    A o honorowym krwiodawstwie wiesz? :)

    • Masz na myśli, że oddając krew przysługuje 1 dzień wolny?

      • Tak. I tego, skądinąd szlachetnego, przepisu koszty całkowicie pokrywa pracodawca. A ustawodawca był taki hojny :)
        W praktyce wygląda to tak, że prowadząc firmę produkcyjną, w jednym dniu połowy załogi nieoczekiwanie nie ma. Bo są na oddaniu krwi, urlopach na żądanie, opiece na dziecko czy zwolnieniu lekarskim. I weź tu rób plany i stosuj teorie zarządzania, kiedy czynnik ludzi jest nie do przewidzenia:)

  • Aleksandra Muszyńska

    Ważki temat, zgadzam się z konkluzją.
    Palenie ma też niestety to do siebie, że choćbyś się starał najbardziej jak możesz, to ZAWSZE będziesz walił plantacją tytoniu po powrocie z papierosa. Razy osiem w ciągu dnia, razy pięć – w przeliczeniu na liczbę palących plus ograniczona przestrzeń powierzchni roboczej (tak zwanego biura) plus fakt, że palącym jest twój sąsiad = smród, który każdy niepalący wyczuje razy milion.
    Ale idealnie nigdy nie będzie.

  • Rakshata

    Fajnie ,że pomimo tego ,że jesteś po tej drugiej stronie piszesz o tym. Brawo ty!;)

  • po prostu pracodawca sam jest uzależniony ;)

    ja co prawda nie palę, ale tak mam, że co jakąś godzinę musiałam wychodzić do toalety. czasami w tej toalecie (były bardzo przestronne) przy okazji robiłam sobie jakieś ćwiczenia rozciągające dla zdrowia. więc nikt mi nie wmówi, że trzeba zacząć palić, żeby mniej pracować. można po prostu mieć wieczne zapalenie pęcherza. albo udawać, że się je ma.

  • Pracuje w korpo na Cyprze. W regulaminie pracy mamy zapisane, że dozwolona jest co godzinę 7 minutowa (serio dokładnie 7 minut!) przerwa na toaletę/kawę/papierosa. Taki zapis nikogo nie dyskryminuje. Jedyne zastrzeżenie jest takie, że palacze i tak spędzają więcej czasu na przerwie, bo paieros plus kawa plus ewentualna toaleta nie mieści się w przepisowych 7 minutach ;)

  • U mnie (duży sklep na A) wychodząc na fajka trzeba odbić kartę zliczającą czas pracy, więc nie liczy się to jako czas pracy i trzeba to odrobić. No i można wyjść tylko jak nie ma kolejek. A jak nie palisz, to też możesz sobie taką bonusową przerwę zrobić – na kawę/herbatę/cokolwiek ;)

  • Marta Wu

    Ja nie rozliczam innych za to ile kawek piją dziennie, albo ile czasu siedzą na fejsie czy allegro, więc proszę mnie nie rozliczać za papierosy, które wypalam. Bardzo nie fair.

  • Chyba, że pracujesz dla Marlboro

  • Usagi

    U nas wygląda to tak, że na papierosa wychodzi się tylko wtedy kiedy jest w miarę spokojnie (czyli prawie nigdy – gastronomia) i w dodatku musimy się wylogować z pracy na ten czas kartą magnetyczną, którą zgłaszamy przyjście. Więc de facto czasu na papierosa nie mamy liczone jako czasu w pracy. I tyle.

  • Jeżeli pracuje się przy komputerze, to po każdej godzinie przysługuje 5 minut przerwy. Czyli jak dobrze liczę 35 minut. Ale inna sprawa, że jakby wychodzić co godzinę zapalić, to z tych 35 minut robi się co najmniej 70…

    • To jest 5 min przerwy od pracy przy komputerze, a nie od pracy w ogóle. Pracodawca ma prawo zagospodarować to 5 min na inne czynności. To, że większość o tym nie wie i tego nie robi to już trochę osobna kwestia ;)

  • lithvin

    Choć sam palę, nie rozumiem takiego wychodzenia sobie na peta co godzinę. U nas w zakładzie pracy jest palarnia. Kiedys była otwarta non stop. Zaczęły sie wycieczki co 40-30 minut na peta po 2, czasem i 3 osoby. Teraz palarnia jest otwierana tylko w wyznaczonych godzinach ale część i tak sobie chodzi na peta , tylko np na rampę na magazyn. W firmie na każdą zmianę są 2 przerwy, 20 i 10 minut, mało jak widać.

  • W firmach, gdzie pracuje się przy komputerze (na przykład infolinia) każdemu należy się raz na godzinę 5 min. „przerwy od monitora”. I jest sprawiedliwość. Palacze palą, niepalacze mogą biegać ;)

    • Jest to 5 minut od monitora, a nie od pracy. Czyli możesz np posprzątać biurko, przeczytać jakieś papiery. Niestety tak to wygląda. Też tak kiedyś myślałem. Co do przerw dla palących to chodziliśmy o 10 12 i 14 – czyli 3 razy po max 5 minut. Więc nie nadużywaliśmy tego.

      • Nieprawda. BHP to określa jasno – 5 minut przerwy. Możesz pojechać w tym czasie na Majorkę i wrócić jak zdążysz.

  • U mnie można palić tylko poza terenem firmy, a żeby tam dojść trzeba się odbić korpo-kartą na bramce. Sprawiedliwe rozwiązanie.

  • S.

    Ja nie toleruje palaczy. Nie pojęte jest dla mnie palenie papierosów. Rozumiem pić alkohol albo palić trawę. Po zaaplikowaniu trochę wali w dynię co jest dla mnie zrozumiałe. Aplikacja = odurzenie. A przy papierosach? Wali z kasty, ciuchy capią i tylko drenuje to budżet. Nie widzę w tym żadnych korzyści. Równie dobrze można iść się wytarzać w gównie i mówić innym że to odpręża ;)

    A w pracy nigdy nie mialem z tym problemów. Nigdy nie paliłem ale jak palacze sobie robili przerwę to ja też tylko, że z dala od nich. A jak szef się pytał to odpowiadałem, że jak palacze mają przerwę na papierosa to ja mam na to by pogapić się w niebo. Sprzeciwu nigdy nie było.

  • Była taka akcja, żeby zamiast na papierosa wychodzić na jabłko. Ale w sumie sama nie wiem, czy chodziło im bardziej o rzucanie palenia, czy o podobne przerwy dla tych, którzy chcą żyć zdrowo.

    https://uploads.disquscdn.com/images/e075e6fc907e2dd16b3f06bf630d9b71ed9981b8c324b43b6d97b3a7e02af317.jpg

  • Natalia

    Dokladnie tak jest. Wychodzenie na szluga powinno byc niemile widziane w pracy. Kiedy zaczelam swoja pierwsza prace, jeden z pracownikow zapytal sie czy pale, odpowiedzialam, ze nie na co on mi: No to nie masz przerwy. ;) i tak wszedzie.

  • Ale to nie zawsze tak jest. Jak pracowałam w zakładzie to była jedna przerwa + 2 przerwy 5 minutowe dla palących o stałych porach. Akurat wtedy paliłam i o dziwo właśnie moja przyjaciółka poprosiła mnie o fajki (paliłyśmy na pół jednego), które tylko udawała, że pali, albo zrobiła lekkiego macha i tym sposobem miała dodatkową przerwę ze mną.
    W mojej obecnej pracy (główna kasjerka w sklepiku osiedlowym) nie mam praktycznie żadnej przerwy. Żeby zejść z kasy muszę prosić koleżankę. Jadam praktycznie przy klientach. Już nie wspominając nawet o tym jakby wyglądało moje palenie, gdybym paliła.
    Co praca to obyczaj.

    • Mnie się to zdarzyło tylko, gdy pracowałem jako kelner na rynku – był taki zapierdol, że trudno było wyrwać przerwę nawet na toaletę.

  • I w tym momencie bardzo się cieszę, że u mnie w pracy palenie jest niemile widziane i jakoś się wszyscy odzwyczaili ;)

  • Ja pamiętam, jak na pociąg chciałam wychodzić 3 minuty wcześniej, to usłyszałam, że HR mi odświeży w moje godziny pracy, jeśli jest taka potrzeba…
    A palacze, co 2h, 10 minut przed firmą na fajeczce, high life!

  • Masz całkowitą rację! Gdy pracowałem na etacie też chodziłem na fajkę – bo to dodatkowa przerwa, której „bezfajkowcy” nie mieli. Pracownicy, którzy nie palą też powinni mieć przerwę na dotlenienie się ŚWIEŻYM powietrzem i rozprostowanie nóg. Takie rozwiązanie byłoby fair.

  • Od kiedy rzuciłem palenie, kończę pracę (serio!) 50 minut wcześniej. Wydajność wzrosła, a czas, który zaoszczędziłem, przeznaczam, póki snieg nie spadnie, na jazdę na rowerze. Żyć nie umierać :)

    • Gratuluję! Ale rozumiem, że prowadzisz własną działalność/jesteś wolnym strzelcem?

      • O tym marzę. Może kiedyś. Idąc w Twoje ślady. Póki co – etatowiec jestem. Ale rozliczany za wydajność, wiedzę. Nie za minutowe naliczanie w pracy. Chociaż tyle dobrze. Dlatego warto było rzucić palenie z dwóch powodów: 1) szybsze ukończenie zadań, 2) czas na palenie zamieniłem na czas na rower.

  • Leszeks

    gratuluję podjęcia tematu! grzmię o tym od dawna przy okazji wieczornych dyskusji :)

10 typów ludzi, których nie chcesz spotkać na ulicy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego

Wiesz, że mamy jeden z najwyższych współczynników śmiertelności w wypadkach drogowych w Europie? Że w zeszłym roku w Polsce zginęło przez to 3026 osób? Bo 8 na 100 takich wypadków kończy się śmiercią? Ja też nie, dopóki nie przeczytałem raportu Biura Ruchu Drogowego. Na ulicy pojawiam się i jako kierowca, i jako rowerzysta, a najczęściej jako pieszy, i trafiam na ludzi z każdej z tych grup, którzy zapominają, że nie są tam sami. Przez co wolałbym ich nie spotykać.

Młody gniewny

Odebrał prawko w zeszłym tygodniu i jeszcze dobrze nie opanował sprzęgła, ale już chce lecieć stówką w terenie zabudowanym. Najlepiej ruszając z trójki. Wziął sobie do serca słowa wujka Wiesia na ostatnich imieninach cioci Marzeny, że tak jak na egzaminie, to już nie pojedzie nigdy w życiu. Bo na egzaminie jeździ się, żeby zdać, a w życiu, żeby zdążyć na obiad. Dlatego nigdy nie zatrzymuje się na zielonej strzałce. Przed torami kolejowymi też. I na stopie też nie, jak nic nie jedzie.

Najwięcej wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowały osoby w wieku 18-24lata.

Rebeliant

Anarchia, wolność i leki na receptę bez recepty dla wszystkich! Buntownik z wyboru, już w przedszkolu walczył o swoją niezależność otwarcie ignorując poobiednie leżakowanie, kontynuując drogę rewolucjonisty i pisząc „mój” przez u otwarte aż do matury. Nikt nie narzuci mu, że białe jest białe, a czarne jest czarne, a tym bardziej, że nie może przechodzić na czerwonym. Czy Luke Skywalker trzymał się zasad narzuconych przez imperialistyczny system? No właśnie!

Janusz biznesu

Miałeś kiedyś w trakcie jazdy tak ważny telefon, że aż zjechałeś na pobocze, żeby go odebrać i porozmawiać? Tak? No i po co to wszystko? Trzeba było jedną ręką trzymać słuchawkę, drugą dźwignię zmiany biegów, zębami kierownicę, a rzęsą włączyć kierunkowskaz. Zestaw słuchawkowy? Głośnomówiący? Bluetooth w uchu? A co Ty z Holiłudu jesteś, czy ze Star Treka? Prawdziwy byznesmen potrafi zmieniając pas ruchu, wyprzedzając na trzeciego i odpalając czerwonego Viceroya w tym samym czasie odebrać ważny telefon. Czyli każdy telefon, bo w byznesie wszystkie telefony są ważne.

Kierowcy jadący 100 km/h i trzymający komórkę przy uchu hamują średnio o 14 metrów później niż nierozmawiający.

Klubowóz

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co mówiłeś?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Nie słyszę…

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– W końcu przejechał, możesz powtórzyć?

Najwięcej wypadków śmiertelnych jest w piątek i sobotę.

W dni imprezowe.

Ostatnia szara komórka

Koniom zakłada się klapki na oczy, żeby nie patrzyły na boki, a ludziom wkłada w ręce smartfony. Świecący prostokąt przed twarzą i całe otoczenie przestaje istnieć. O ile w przestrzeniach zamkniętych można po prostu popsuć sobie wzrok, o tyle w terenie otwartym można zepsuć sobie nogi, ręce, żebra albo życie. Na przykład przechodząc przez ruchliwą ulicę wpatrzonym w komórkę.

Niespokojna noga

Zwany też lowriderem dla ubogich. Przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, a auto się gibie jak na teledysku do „Still D.R.E.”. Zatrzymuje się zawsze metr za linią stopu na światłach, a gdy stoisz na pasach, nigdy nie wiesz, czy nie zatrzyma się na Tobie. Ani czy nie wjedzie Ci w tyłek, jeśli stoisz przed nim w korku i ruszysz ćwierć sekundy później niż on.

Niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

Usain Bolt

Rusza z bloków startowych w momencie, gdy w autobusie po drugiej stronie ulicy zamykają się drzwi i biegnie do nich jak po karpia na Wigilię. Ignorując wszystkich uczestników ruchu drogowego dookoła. Gdyby któryś z kierowców samochodów cudem omijających go miał gorszy dzień, albo bardziej zużyte klocki hamulcowe, do celu dojechałby na masce. Kończąc karierę sportową w szpitalu.

Oszczędny

Ładowanie akumulatora? 50 groszy.

Migacz boczny do Opla? 14 złotych.

Emocje z jazdy bez używania kierunkowskazów? Bezcenne!

Nieprawidłowe wyprzedzanie, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

James Bond na rowerze

Szpieg w służbie Jej Królewskiej Mości realizuje tajne zadanie, od powodzenia którego zależą losy starego kontynentu, dlatego musi pozostać incognito. I jedzie na rowerze nocą bez oświetlenia i odblasków, zmieniając pasy jakby miał za sobą ogon odkąd wyszedł z MI6. Dzięki temu jest niewidzialny dla kontrwywiadu. I wszystkich pozostałych uczestników ruchu drogowego.

Szybki i wściekły

Wiesz po co w aucie jest pedał gazu? Żeby go używać! Dlatego dopóki nie czuje pod dużym palcem u prawej stopy podłogi, ciśnie. Ciśnie wyprzedzając ruszający autobus, ciśnie na gasnącym pomarańczowym i ciśnie wymijając matkę z dzieckiem na pasach. Jak im zrobi peeling pięt, to może nauczą się szybciej chodzić. Gdy nie może zasnąć po ciężkim dniu, bo męczą go wyrzuty sumienia, że przez półtorej minuty jechał prawym pasem, układa sobie w głowie, co by powiedział Vin Dieselowi jakby go spotkał. I jakim jechałby autem, gdyby kręcili „The Fast and the Furious: Zabrze Drift”.

W zeszłym roku główną przyczyną aż 7195 wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Kierowcy wczujcie się w rolę pieszych! Tylko wzajemne zrozumienie może zaprowadzić nas bezpiecznie do celu. Druga odsłona naszej kampanii. #kierowcaVpieszy

Opublikowany przez Krajowa Rada BRD na 25 września 2017

Ten tekst jest uszczypliwy, ale tylko po to, by zwrócić uwagę na zachowania, które mogą przyczynić się do tragedii. Niezależnie, czy jesteś kierowcą w nowej, błyszczącej strzale, czy pieszym, który musi zdążyć na tramwaj, zwracajmy na siebie uwagę i pamiętajmy, że nie jesteśmy sami na ulicy. Zaoszczędzimy sobie nerwów, zdrowia, a czasem i życia.

---> SKOMENTUJ

Przychodzi taki smutny moment w życiu niektórych mężczyzn, że wyznawane po pijaku deklaracje miłości partnerka nagrywa na dyktafon i nie ma już jak się wyłgać, że to „Irmina koam cie, jezteź kobietom moego szycia, bedziesz moom szonom” to jej się przyśniło. Gdy whisky się rozlało, trzeba wypić herbatę, której nawarzyło i poinformować kolegów, że pijaństwo ma duże gorsze skutki niż kac. Na przykład ślub. I teraz wchodzisz Ty, drogi czytelniku, cały na czarno, bo jak niby masz się ubrać na żałobę?

Jeśli to czytasz, to podejrzewam, że jesteś najlepszym przyjacielem pana młodego, czyli świadkiem, czyli osobą, która jest odpowiedzialna za przygotowanie stypy. To znaczy wieczoru kawalerskiego. Podejrzewam, że masz już szyszkę w spodniach z przejęcia, bo największe wydarzenie jakie do tej pory organizowałeś to skołowanie flachy na studniówkę, ale spokojnie, od czego masz mnie? Byłem zarówno na wieczorze kawalerskim, na którym uczestnicy bawili się tak dobrze, jak pacjenci w hospicjum i na ostatniej szalonej nocy pana młodego, z której nikt nie chciał wracać, bo imprezowało się lepiej niż Bradleyowi Cooperowi w „Kac Vegas”.

Co zrobić, żeby wieczór kawalerski był niezapomnianą imprezą, którą będziecie wspominać, aż do demencji starczej? A przede wszystkim jak podołać ogarnięciu tego przedsięwzięcia? Już tłumaczę, ale najpierw ustalmy sobie 3 podstawowe kwestie.

Po pierwsze: najlepsze wieczory kawalerskie, to imprezy poza miastem

Jeśli chcesz pójść po linii najmniejszego oporu i w trakcie ostatniego wieczoru Twojego najlepszego przyjaciela pójść do klubu, do którego chodzicie odkąd udało Wam się wmówić karkom na bramce, że macie 18 lat, to lepiej od razu powiedz, że masz wyjebane na tę imprezę i jeśli chce, żeby było fajniej niż na imieninach u cioci Krysi, to niech poprosi o ogarnięcie tematu kogoś innego, bo Ty to spieprzysz. Serio, pozostanie w mieście, w którym mieszkacie na co dzień, to najgorsze, co możesz zrobić, bo ta impreza nie będzie różniła się niczym od 3749 poprzednich weekendów, w które poszliście na miasto.

Jeśli zależy Ci na tym, żeby przyszły pan młody i reszta ekipy dobrze się bawiła, wrzuciła na luz, zapomniała o pracy, obowiązkach, codzienności i działy się spontaniczne, szalone rzeczy, to musicie wyjechać z miasta. Im dalej, tym lepiej.

Po drugie: striptizerka musi być

Raz, że to tradycja, a dwa, że wszyscy to najmocniej wspominają. Nie zorganizuj striptizerki, a będzie Ci to wypominane, aż do następnego wieczoru kawalerskiego. Jeśli nie przez uczestników imprezy, to przez wyrzuty sumienia.

Po trzecie: każdy bierze odpowiedzialność za siebie

To, że jesteś kapitanem na tej łajbie, nie znaczy, że masz być też niańką chodzącą z pieluchą, kaszką i szufelką za każdym.

Ktoś strzaskał sobie telefon w trakcie udowadniania, że zrobi fikołka na poręczy o 5 nad ranem? Ma nauczkę, żeby z takimi zabawami czekać do wschodu słońca. Ktoś przechlał wkład własny na mieszkanie w trakcie melanżu? Jeśli wie, że nie ogarnia finansów po pijaku, to nie powinien był brać ze sobą portfela. Albo pić. Ktoś zdradził narzeczoną z 16-latką, która weszła do klubu na dowód starszej siostry? Niech się cieszy, że nie z 14-latką, bo poszedłby siedzieć. I zawsze lepiej, żeby jego poligamiczne zapędy wyszły teraz, niż po ślubie.

W każdym z tych przypadków, nie ma żadnej Twojej winy, że ktoś nie potrafi się kontrolować. Jesteście dorośli, każdy z Was może wziąć pożyczkę w Providencie, więc każdy odpowiada za siebie.

Jak już żelazne podstawy mamy ustalone, to przejdźmy do szczegółów.

Jak zorganizować wieczór kawalerski?

1. Każ panu młodemu przygotować listę gości. Z numerami telefonów do nich. Trudno, żebyś znał wszystkich jego ziomków z piaskownicy, amatorskiej ligi badmintona, 7 kierunków studiów i korpoboksu, a tym bardziej, żebyś był w 100% pewien, kogo z nich chce zaprosić na swój kończący singielstwo melanż. Im szybciej powiesz mu o liście nazwisk, tym lepiej, bo w niektórych przypadkach może to trwać naprawdę miesiącami, a czas zdecydowanie działa na Twoją niekorzyść.

2. Załóż na Facebooku tajną grupę do komunikacji z uczestnikami. Na szczęście nie żyjemy już w średniowieczu i nie musimy używać gołębi pocztowych do przekazywania sobie informacji, co przy próbie kontaktu z kilkunastoma osobami równolegle, mogłoby trwać aż do oświecenia. Wyślij każdej osobie z listy esa z linkiem do facebookowej grupy, gdzie będzie wszelkie info i działania związane z wydarzeniem. Kto się nie doda, znaczy, że nie chce brać udziału w imprezie. Aha, i argument z brakiem konta na Facebooku to słaby argument, jeśli komuś zależy choć trochę na panu młodym, to sobie założy.

3. Wymyśl gdzie jedziecie. Jeśli zostałeś świadkiem to znaczy, że znasz gościa, który będzie brał ślub na tyle dobrze, by stwierdzić, czy woli urwać film w Sopocie, Wrocławiu, Berlinie, czy Pradze. Jeśli nie jesteś pewien, to rzuć monetą, ale pod żadnym, uczulam, POD ŻADNYM pozorem nie pytaj go o to. Zepsujesz niespodziankę.

4. Zaproponuj 2 terminy wyjazdu. Dochodzimy do momentu, w którym musisz sobie wytatuować na wewnętrznej stronie powiek bardzo ważną maksymę: nigdy nie dogodzisz wszystkim. Zwłaszcza jeśli ci wszyscy, to więcej niż 3 ludzi. Niestety, ale zawsze choć jednej osobie coś będzie nie pasowało i nie zdarzy się tak, by któryś z terminów był optymalny dla każdego. Dlatego nie przejmuj się, gdy ktoś powie, że ani w jednym, ani w drugim terminie nie może. Gdyby mu faktycznie zależało, to mógłby w obu, a jeśli po prostu ma to w dupie, ale przez kurtuazję nie chce tego wyartykułować wprost, to choćbyś zaproponował i 365 dat, zawsze znajdzie jakąś wymówkę.

Wybierz opcję, za którą opowiedziało się więcej osób nie emocjonując się wariantem, który zaznaczyła mniejszość. Tak działa demokracja.

5. Daj tydzień czasu na wpłacenie zaliczki na zrzutkę. Na przykład po stówce w ramach przedpłaty za nocleg. To da Ci jasną informację, kto faktycznie chce jechać i być przy panu młodym w jego ostatnich chwilach, a kto tylko udaje, bo jeszcze nie wymyślił odpowiedniego wykrętu.

6. Deleguj zadania. Możesz mieć mniemanie o sobie wyższe niż Yao Ming, ale jeśli nie chcesz brać L4, to musisz podzielić się zadaniami z innymi uczestnikami, bo sam wszystkiego nie ogarniesz. No i w końcu to nie jest Twoja impreza, którą sobie wymyśliłeś z nudów, tylko ważna chwila Waszego wspólnego kumpla, więc czemu tylko Ty masz być zaangażowany w przygotowania, a reszta ma przyjść na gotowe?

a) jedna osoba szuka noclegu – najlepiej na AirBnb, bo doba hotelowa jest negocjowalna i najczęściej dłuższa niż w „normalnych” hotelach, a raczej nie będziecie zbierać się do wyjazdu o 10, jeśli piliście do 7, co?

b) druga osoba szuka optymalnego połączenia – tak żebyście nie byli w podróży cały dzień, ale też wyruszali o jakichś ludzkich godzinach

c) trzecia osoba szuka klubów – zgodnych z muzyką i klimatem preferowanym przez pana młodego

d) czwarta osoba szuka striptizerki – zwracając uwagę na komentarze, żebyście się nie nacięli na oszustkę. W najgorszym wypadku robi rozeznanie w klubach go-go

e) piąta osoba szuka pozaimprezowych atrakcji – miło przed lub po imprezie porobić coś poza imprezowaniem, na przykład pograć w paintballa, spróbować sił w parku linowym, orzeźwić się na wakeboardzie albo pogłówkować w escaperoomie. Zalecam jednak nie przesadzać z atrakcjami i ograniczyć się do 1, ale zajebistej, maksymalne 2, bo na więcej i tak nie będziecie mieli ani czasu, ani siły

7. Cały czas trzymaj pana młodego w niepewności! Powiedz mu tylko, żeby się spakował na 2 dni, ale nie może wiedzieć gdzie jedziecie, ani co będzie się działo i najlepiej przed podróżą zawiąż mu opaskę na oczach i zdejmij dopiero na miejscu. Uczul innych na to, żeby się nie wygadali ani jemu, ani przyszłej żonie, bo zepsują tylko zabawę. Niespodzianka zrobi na nim nieporównywalnie większe wrażenie, niż gdyby znał plan imprezy.

8. Nie przesadź z melanżem w trakcie podróży. Wiadomo, że fajnie się pije w pociągu, ale jeszcze lepiej poza nim i szkoda byłoby, żebyście wieczór kawalerski zakończyli przed południem. Poza tym, ktoś musi odebrać klucze do miejsca, w którym będziecie spać, a po połówce na łeb, może nie być to takie proste do zrealizowania.

9. Nie bierzcie telefonów i kart kredytowych przed wyjściem na miasto. A w szczególności pan młody niech ich nie bierze. Przede wszystkim nie będzie go kusiło, żeby kontaktować się niepotrzebnie z narzeczoną, a po drugie, tego typu imprezy bywają grubsze niż matka Gilberta Grape’a, tak że warto nie kusić losu wyzerowaniem konta, wyrabianiem wszystkich dokumentów, czy dewastacją iPhone’a. Bezpieczeństwo przede wszystkim, jak to mawiali konstruktorzy Titanica.

10. Baw się! Bo o to w tym wszystkim chodzi, więc nie zapominaj, że nie jesteś tylko organizatorem, ale i uczestnikiem, który pojechał z kumplami na konkretny balet!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Leo Hidalgo

 

---> SKOMENTUJ

Problemy kobiet, to też problemy mężczyzn

Skip to entry content

W poniedziałek odbędzie się Ogólnopolski Strajk Kobiet. Wspieram go jak mogę, bo jak można nie wspierać protestu przeciwko odebraniu ludziom możliwości decydowania o własnym ciele, zdrowiu i życiu? Technologicznie z roku na rok dokonujemy skoku, który wcześniej trwał stulecia i za pomocą kieszonkowego telefonu możemy przeprowadzić wideorozmowę z człowiekiem po drugiej stronie globu, co jeszcze nie tak dawno widzieliśmy tylko na filmach science-fiction, natomiast mentalnie cofamy się do średniowiecza i za chwilę będziemy sprawdzać, czy ktoś jest czarownicą, topiąc go w Wiśle i czekając, aż wypłynie. Jestem przeciwny odbieraniu kobietom podstawowych praw, tak bardzo, jak biegun północy jest przeciwny biegunowi południowemu i słyszę, że to wyjątkowe. Dziwi mnie to.

Dziwi mnie, że ze względu na to, że jestem mężczyzną, dostaję podziękowania za wsparcie Czarnego Protestu i Czarnego Poniedziałku. Dla mnie to oczywiste.

Tak się składa, że moja mama jest kobietą, moje obie babcie były kobietami i każda z moich partnerek też była kobietą. Moja wychowawczyni w podstawówce, gimnazjum i liceum była kobietą, przedszkolanka w pierwszym, drugim i trzecim przedszkolu również. Gdy w dzieciństwie spadłem z drzewa, tracąc przytomność po uderzeniu potylicą o konar, do mojej babci, która była kobietą, przyniosła mnie na rękach starsza koleżanka z placu, która też była kobietą, a gdy w wieku 18 lat, trafiłem do szpitala przez zatrucie farbą, salowa oraz pielęgniarką, która przynosiła mi kaczkę do łóżka, też była kobietą. Gdy wyprowadziłem się z domu, przyjeżdżając do Krakowa z jedną torbą i kilkoma złotymi w kieszeni, miejsce do spania w swoim mikropokoju i kromkę z pasztetem, dała mi przyjaciółka, która także była kobietą. Nawet kobieta, która dała mi pierwszą poważną pracę za niebotyczne – jak na ówczesne realia – pieniądze, była kobieta.

Nie żyjemy na osobnych planetach, nie jesteśmy odrębnymi gatunkami. Jesteśmy sobie nawzajem niezbędni, a problemy kobiet, to również problemy mężczyzn.

To nie jest tak, że kobiety żyją w jednym świecie, a mężczyźni w drugim i jeśli zabraknie tych pierwszych, to jakoś to będzie. My nawet nie żyjemy obok siebie, my żyjemy razem. Bez kobiet nie byłoby ani mnie, ani Ciebie, ani takiego harpagana jak Mariusz Pudziankowski, ani nawet takiego wybitnego myśliciela jak Terlikowski, czy Ziemkiewicz. Dlatego, gdy dzieje im się krzywda, musimy działać.

Nie da się mówić o problemach kobiet w oderwaniu od mężczyzn, w tak łączącym obie płcie temacie.

Ja wiem, że nauka coraz mocniej rozwija inseminację i in vitro, ale one wszystkie naprawdę nie zachodzą w te ciąże same. Tam wszędzie pojawia się mężczyzna. Również, gdy ciąża jest zagrożona, coś zagraża życiu matki lub dziecko z wrodzoną wadą umiera zaraz po porodzie. Lub gdy w jego trakcie umiera matka. Z tym wszystkim musi, powtarzam, musi zmierzyć się także mężczyzna. To nie jest tak, że faceci w tym nie uczestniczą i mają w dupie, czy ich dziecko będzie zdrowe, czy niezdolne do samodzielnego życia i czy ich partnerka w trakcie ciąży dostanie właściwą opiekę medyczną w razie problemów, czy zostanie odstawiona na półkę, dopóki jej stan nie będzie oznaczał pewnej śmierci.

Zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej to problem nas wszystkich, dlatego wszyscy powinniśmy się przeciwstawić.

W poniedziałek będzie miał miejsce Ogólnopolski Strajk Kobiet, ale jak dla mnie to powinien być Ogólnopolski Strajk Ludzi. Albo w ogóle Strajk Polaków. Ludzie powinni mieć prawo do decydowania o swoim ciele, do niepogłębiania skutków gwałtów i do tego, że ich życie będzie ratowane w pierwszej kolejności przed życiem zarodka. A już tak zupełnie przede wszystkim, powinni mieć prawo wyboru. Dlatego ja 03.10. wychodzę z domu i manifestuję swój sprzeciw i jeśli choć trochę zależy Ci na rzeczywistości, w której żyjesz i ludziach, którzy Cię otaczają, to też pokaż, że nie jest Ci wszystko jedno.

Gdy pielęgniarkom, górnikom albo rolnikom coś nie pasuje, wychodzą na ulice. My musimy zrobić to samo. I mówiąc „my”, mam na myśli również mężczyzn. Niech nasza męskość nie ogranicza się tylko do zmiany profilówki na Facebooku i oburzania się w internecie. Niech będą to bardziej namacalne działania, w końcu kobiety na nie zasługują.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mat Simpson

---> SKOMENTUJ