Close
Close

Co to znaczy, że mieszkanie jest „ustawne”, „gustowne” albo „klimatyczne”?

Skip to entry content

Z przeprowadzką  jest jak z kończeniem związku, jedni zbierają się do tego miesiącami, drudzy latami, a trzecim wystarczy kwadrans na podjęcie decyzji. W sylwestra przeprowadziłem się po raz 18-ty (dosłownie, nie metaforycznie), zgadniecie, w której jestem grupie? Zarówno przy zmianie mieszkania, jak i partnera, gdy już całkiem poważnie myślimy o rozstaniu, pojawia się pytanie „co dalej?”. I gdy już nie jesteśmy studentami, którym wystarczy byle jaki kawałek podłogi, jakby wszyscy wychowali się słuchając Mr. Zooba, to przeglądając kolejne oferty wynajmu dochodzimy do wniosku, że łatwiej znaleźć nową dziewczynę, niż nowe mieszkanie. Kto spędzał przerwy w pracy (te oficjalne i te mniej) na odświeżaniu Gumtree, ten wie o czym mówię.

Ja jestem już w miarę zaprawiony w bojach, wiem na co zwracać uwagę przy wynajmie mieszkań, co z daleka wydaje się diamentem, a z bliska okazuje cyrkonią i czemu zima w kamienicy to pomysł równie sensowny, co zainwestowanie w Amber Gold, dlatego mogę pomóc stawiającym pierwsze kroki na tym niepewnym gruncie i wytłumaczyć kilka pojęć. Pojęć równie zdradzieckich co Littlefinger z „Gry o tron”, którymi naszpikowane są ogłoszenia.

Zapraszam na słownik pojęć na początkujących tłumaczący zagadnienia związane z wynajmem mieszkań!

przytulne = klitka, w której przy każdym obrocie wokół własnej osi zdobywasz nowe siniaki

ustawne = puste, nieumeblowane, podłoga i gołe ściany

spokojna okolica = na wydupiu

ciekawe = chujowe, ciekawy to może być film Christophera Nolana, a nie mieszkanie

przystanek w bliskiej odległości  = chyba w linii prostej na mapie, z buta jest przynajmniej 10 minut

mieszkanie w centrum = centrum Nowej Huty

tanie ogrzewanie innowacyjnym akumulacyjnym piecem dwufunkcyjnym = zimno jak skurwysyn, jak wchodzisz do kuchni zimą to paruje Ci z ust

dobra lokalizacja = pół godziny od centrum autobusem, oczywiście jak nie ma korków

dwupokojowe mieszkanie = kanapa wstawiona do kuchni i osobna sypialnia, czasem niezamykana

kuchnia częściowo umeblowana = jest tylko kuchenka gazowa, kafelki i resztka miętowego Ludwika

gustowne = kiczowate, właściciel nie ma za grosz gustu i wydaje mu się, że oklejenie ścian przecenionymi resztkami tapet z Castoramy to artyzm

klimatyczne = studencki bieda-szyb z losowo skompletowanym umeblowaniem, które stwarza zagrożenie dla życia

Jeśli czegoś brakuje, to śmiało dorzucajcie.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Liesel Elliott
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • przyjazne dla dzieci – na podwórku stoi trzepak i huśtawka sprzed 20 lat :D

  • Sama szukam teraz mieszkania i wiesz, gdzie tkwi największy problem? Jest mowa o lokalu dwupokojowym, co rozumiem jako sypialnię i salon – w porządku. W okolicy, gdzie szukam, wszystkie mieszkania wynajmują umeblowane – też w porządku, bo przecież nie zabiorę rodzinie szafek z domu. Szkoda tylko, że każdy mebel sypialniany to cholerne łoże małżeńskie, a ja będę wynajmować z… koleżanką.

  • Justyna Pawłowska

    o podwyższonym standardzie= położyliśmy panele!!!
    mieszkanie studenckie= sodoma i gomora, po poprzednich lokatorach nie chciało się zrobić remontu
    nowe budownictwo= trochę nowsze niż wielka płyta

  • Żaneta

    Dzisiaj znalazłam „mieszkanie z duszą” https://www.olx.pl/oferta/mieszkanie-do-wynajeci-CID3-IDkdTni.html#0934bef9e1
    Komentarz jest zbędny – trzeba tylko na to spojrzeć :D

  • O jeżu, szukanie mieszkania to jakaś niekończąca się opowieść :D jeszcze z mieszkania na Śląsku pamiętam takie kwiatki, jak wychodek na zewnątrz (jedna z centralnych dzielnic Rudy Śląskiej), ubikacja na piętrze jedna na wszystkich lokatorów z trzech mieszkań (również Ruda Śląska). Znaleźć tam mieszkanie z ogrzewaniem z sieci miejskiej było bardzo trudno (chyba, że preferowało się akademiki – a i ten etap miałam w swoim życiu), a ciepła woda z sieci… chyba tylko na Dębowych Tarasach.
    Teraz jestem na etapie poszukiwawczo-przeprowadzkowym w Zurychu, i muszę przyznać, że to dopiero jest ostatni krąg mieszkaniowego piekła! Ogłoszenia napisane bez ściemy, ale cholernie drogie, do tego 30 min transportem miejskim od centrum to jest naprawdę dobra lokalizacja, i ceny tam nadal są zaporowe! Na zwieńczenie wszystkiego oglądanie mieszkania albo pokoju, połączone z castingiem, na które przychodzi 60-80 osób <3

  • Justynao92

    „sympatyczna kawalerka” co do ch*ja batona ma znaczyć SYMPATYCZNA?! dostaje cholery kiedy czytam te ogłoszenia.

  • darenlak

    ‚w cenie wynajmu wszystko co widoczne na zdjęciu, oprócz mebli’

  • Z wygodami = wychodek na zewnątrz bloku. Tak, we Wrocławiu. :D

  • Justyna

    Wysoki standard = najtańsze meble z ikea które prawdopodobnie niedługo się rozpadną

  • Przyjazne zwierzętom = jeśli to samobieżna szczotka do czyszczenia podłogi (czyt. York) to zapraszamy, jeśli masz zwierze powyżej 20-40 kg to sobie co najwyżej pleśń możesz w kącie potrzymać.
    Świeżo po remoncie = kazaliśmy wyprowadzającym się lokatorom wymalować ściany na odchodnym.
    W mieszkaniu sprzęt AGD = kuchenka Ewa w kuchni i pralka Frania w łazience.

  • Marcin Martyna

    Widziałem kiedyś ogłoszenie: 20 min do centrum Krakowa!
    Owszem, pociągiem z Wieliczki. :D

  • So true…
    Brakuje jeszcze zielonej okolicy co niechybnie znaczy najdalszy zakątek Ruczaju.

  • Aleksandra Muszyńska

    Jeszcze „niski czynsz”. Czyli albo: „opłaty do spółdzielni niskie, ale za to przy należnościach idących do kieszonki właściciel skroi cię jak Cygan na perfumach”, albo „niski, bo lecimy Kuźniarem i nie zgłaszamy lokatorów do spółdzielni, ale jak ktoś się jorgnie, to nie wygrzebiesz się z dopłat”.
    Plus „spokojne sąsiedztwo”, czyli starszy rencista z popsutym aparatem słuchowym za ścianą, dzięki któremu jesteś na bieżąco ze śniadaniówką TVP.

  • Borsuk

    Zapomniałeś o najważniejszym!
    „CZĘŚCIOWO UMEBLOWANE” = w pokoju stoi stara wersalka i taboret.
    Żeby nie było, obrazek z życia wzięty.

  • Mnk

    pokój dla pary = jedynka, w której zmieściła się rozkładana wersalka

  • Proponuje jeszcze „w cichej części dzielnicy”. Wynajmowałam takie mieszkanie i okazało się, że wszyscy sąsiedzi to emeryci, ktorzy równo o 21 dzwonili na straż miejską żeby przyjechali na 22, ale w ciągu dnia nie przeszkadzało im przedszkole pod blokiem. Nie ogarniam tego.

    • Aleksandra Muszyńska

      I żeby Połomskiego napierdalać z magnetofonu latem, przy otwartym oknie (been there, seen that) to zawsze owszem i chętnie, ale spróbuj kaszlnąć po 22:00.

  • Emilia Maciejewska

    Hej, wiem że żarcik ale stereotypów o minimalizmie nie powielajmy ;) To bardzo przydatne do życia narzędzie.

  • Chodzą plotki, że ktoś kiedyś widział mieszkanie bez TEGO stolika z Ikea.

    • W moim mieszkaniu go nie ma i nie było :D

      • Kaś

        Jak ktoś nie ma TEGO stolika, to oznacza, że po prostu nigdy nie był w Ikea (Ikei?) ;)

        • Nie, to wcale tego nie oznacza. To oznacza tylko tyle, że nie ma tego stolika.

          • Aneta Zajac

            nie ma studenckich mieszkań bez tego stolika i tej najtańszej papierowej lampy :D

          • Kasia Kowalewska

            W moim studenckim mieszkaniu nie ma ani tego stolika, ani papierowej lampy. Co poszło nie tak

  • Ej, ale serio to ma sens, bo meble z Ikei są ładne i przede wszystkim w miarę w jednym stylu, a nie jak z generatora wyposażenia z programu 3D – co się kliknie, to wyjdzie.

    • Kaś

      Generator wyposażenia czyli tzw. dary miasta zebrane spod śmietnika

  • Janku, zobowiązuję się napisać podobny artykuł, ale o realiach w UK! Właśnie jesteśmy w trakcie szukania domu i najzwyczajniej w świecie chce mi się wyć do księżyca! To co oni wypisują w tych ogłoszeniach nijak ma się do rzeczywistości! Najbardziej lubię jak piszą, że super-bezpieczna i rodzinna okolica… wchodzę na ‚street view’ na googlach, a tam jakieś slamsy. I te zdjęcia przekłamane… jedziemy na miejsce oglądać, a wszystko 10 razy mniejsze niż na fotkach… żal.pl

    • O, to ciekawe, daj znać jak napiszesz, chętnie poznam tamtejsze eufemizmy mieszkaniowe.

    • Joanna Wu

      To samo w DE. Najlepszy paradoks – mieszkanie 1-pokojowe jest o ok.100-150€ tańsze od 3 pokojowego. Cud socjali -_-

  • Baska

    Apartament= 15 metrowa kawalerka po remoncie, koniecznie z meblami z Ikei.

    • Przepraszam bardzo, ale meble z Ikei są zarezerwowane dla dopisku „wysokim standard”.

    • Słowo „apartament” w ogóle się zdewaluowało. Teraz każdy nowo stawiany blok to „apartamentowiec”.

    • Moje mieszkanie było w ogłoszeniu opisane właśnie jako apartament! Kawalerka 28 m2 :D Dlatego też konsekwentnie tak o nim mówię od paru lat. Codziennie po pracy wracam do mojego apartamentu!

  • W Poznaniu: niedaleka odległość od centrum = 25 km, jedna linia autobusowa i dwie przesiadki do centrum.

  • Nowoczesne = właściciel 15 lat temu kupił komplet mebli Forte w kolorze olcha, ale dokręcił do nich tydzień temu nowe uchwyty z Nanu-Nana, a blaty obmył Cifem

    • Aneta Zajac

      Wysoki standard = nie ma meblościanki, ale wersalka jeszcze walczy.

      • Z nagłówków: „Centrum, Opolska Estakada” [*]

        • Kocham to. Proszę podać adres mailowy autora to się oświadczę.

          • Nie podam, bo nie mam – starałam się wyrzucić ten incydent z pamięci jak najszybciej.

        • Katarzyna Frankiewicz

          Z tej samej rodziny: ‚Mieszkanie z widokiem na Stare Miasto’ czytaj 13 pietro kolo Ikei.

      • Joanna Wu

        O masakra, poplakalam sie :D

        • Pyzanna

          ja też :D

  • Aneta Zajac

    Ej, ale Nową Hutę to Ty szanuj :D

    słoneczne = całe opędzlowane na żółto

9 rzeczy o związkach, których uczy „Ciemniejsza strona Grey’a”

Skip to entry content

„Ciemniejsza strona Grey’a”, film, na który nie czekał nikt, kto nie je sushi z kiełbasą i nie ma Zenka Martyniuka na dzwonku w telefonie. W sensie nie czekał na serio, bo wiele osób po gównianych „50 twarzach Grey’a”, wyczekiwało kontynuacji, żeby znów móc ze znajomymi zrobić roasta, komentując drewnianą grę aktorską głównych bohaterów i próbujący przebić się przed dno od spodu scenariusz. Jedną z tych osób oczywiście byłem ja, więc jeśli w trakcie czwartkowego seansu w jednym z warszawskich kin słyszałeś śmiech przypominający kaszel gruźlika podczas ssania kulek gejszy, to nie ma za co.

To, że obcujemy z materiałem na kompost nie ulegało wątpliwości odkąd ogłoszono, że film w ogóle powstaje, dlatego nie będę pisał czemu nie warto go sprawdzać. Już sam fakt, że jedyną postacią, na którą da się patrzeć bez uczucia zbliżającego się wylewu, jest popowa wokalistka stworzona w tabelce w Excelu, powinien być wystarczający. Zrobię coś, czegoś nikt z gustem choć ciut lepszym niż białe skarpety do czarnego garnituru nie zrobi. Powiem Ci dlaczego warto iść na ten film. A warto, bo to tytuł wyjątkowo edukacyjny i wychowawczy, dzięki któremu dowiesz się zaskakujących rzeczy o świecie i przede wszystkim kompleksowo doedukujesz się w relacjach między kobietami, a mężczyznami.

Oto 9 rzeczy o związkach, których uczy „Ciemniejsza strona Grey’a”.

1. Seks najlepiej uprawiać nie ściągając spodni. W czterech z sześciu bardzo króciutkich scen seksu, drewniany klocek – na potrzeby filmu nazywany Christianem Greyem – jest w spodniach. Nie wiem, czy zbyt często omijał dzień nóg na siłowni i wstydzi się pokazywać wychudzone patyczki, czy to po prostu kwestia umowy ze sponsorem na lokowanie odzieży męskiej, ale gość rucha przez portki, jakby zapomniał, że już nie jest na planie „Na wspólnej”.

2. Kobiety lubią, gdy się ich nie szanuje. Im bardziej przedmiotowo traktujesz dziewczynę, na przykład jak figurkę z jajka niespodzianki, którą i możesz pochwalić się przed kolegami i udekorować nią pokój, tym bardziej ją to cieszy. Chcesz mieć pewność, że między wami do czegoś dojdzie? Wystarczy, że nie będziesz słuchał tego, co do Ciebie mówi i ciągle jej przypominał, że jest dla ciebie tylko chodzącą waginą.

3. Mycie się po seksie jest przereklamowane. Po co marnować czas, mydło i słodką wodę, skoro zaraz po stosunku można założyć na siebie z powrotem eleganckie ubrania i zejść na bankiet z wonią płynów ustrojowych na ciele?

4. Prostytucja jest spoko. I nie ma nic dziwnego w tym, że mężczyzna po seksie płaci kobiecie pieniędzmi albo sprzętem Apple’a.

5. Makijaż nie jest po to, żeby go zmywać. Dlatego fantom do ćwiczenia resustytacji – na potrzeby filmu nazywany Anastasią Steel – za każdym razem kładzie się spać z zaprawą murarską na twarzy.

6. Moc Jedi istnieje naprawdę. Jeśli chcesz, żeby kobieta była Ci posłuszna i wykonywała Twoje polecenia, wystarczy, że wyciągniesz przed nią otwartą dłoń i wypowiesz jakieś rozkazujące zdanie tonem Lorda Vadera.

7. Po wypadku lotniczym najlepsze jest szybkie ruchanko. Zresztą szybkie ruchnako jest dobre na wszystko, niezależnie, czy rozbiłeś się helikopterem nie dając nikomu znaku życia przez 2 dni, czy właśnie zwierzyłeś się, że Twoja matka była uzależniona od heroiny, zmarła gdy miałeś 4 lata, a znajoma Twojej matki zastępczej wykorzystywała Cię seksualnie.

8. Kobietki są głupiutkim podgatunkiem i nie potrafią rozwiązywać problemów. Na szczęście są wspaniali mężczyźni, którzy i pokażą jak używać telefonu, i wyciągną z tarapatów w pracy.

9. Kobietki są głupiutkim podgatunkiem i nie wiedzą czego chcą. Na szczęście są wspaniali mężczyźni, którzy podejmują wszystkie decyzje za nie.

***

„Ciemniejsza strona Grey’a”, film o tym, że nic tak nie cieszy kobiet jak patriarchat. Fuuuuj.

---> SKOMENTUJ

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ