Close
Close

Okazywanie uczuć to nie dowód słabości. To dowód wartości

Skip to entry content

Kilka dni temu od jednej z czytelniczek dostałem bardzo długi list natury damsko-męskiej. Tak długi, że można by z niego zrobić e-booka. Albo streścić w jednym zdaniu: ona mu się podoba i on jej też, ale nie są razem, bo żadne z nich nie ma odwagi powiedzieć drugiemu co czuje. Brzmi absurdalnie? To dołóżcie do tego fakt, że ten pat na szachownicy relacji nie trwa od miesiąca, tylko od kilku lat. Czy jak w każdej komedii romantycznej, ich drogi splotą się w jedną przez zupełny przypadek? Spotkają się przy tej samej kasie w Biedrze walcząc o Świeżaki dla młodszego rodzeństwa?

Nie spodziewam się, bo w rzeczywistości przypadek częściej oznacza wpadnięcie pod samochód niż wygranie w Lotto.

Gdy gówno robisz, to gówno z tego wychodzi

W podstawówce byłem śmiertelnie zakochany w koleżance z klasy – Magdzie. Magda była mega laską, miała obie nogi, wszystkie zęby stałe, dwa blond warkoczyki i getry z Myszką Minnie. A w szóstej klasie nawet szczątkowe piersi. Żadna inna w całej szkole nie mogła się z nią równać.

Wzdychałem do niej na matematykach, technikach i przyrodach, i gdy tylko było to możliwe, starałem się siadać w ławce przed nią albo za nią. Nigdy w tej samej, bo mógłbym nie wytrzymać z przejęcia i paść na zawał w wieku 11 lat, a miałem do przejścia jeszcze wiele gier na Pegazusa. Każdego dnia wracając do domu obiecywałem sobie, że następnego wszystko jej powiem. Zaczepię na długiej przerwie, kiedy akurat będzie stała sama, podbiegnę, kiedy będzie wychodziła ze szkoły, stanę przed nią, spojrzę głęboko w oczy i wyznam, że jest miłością mojego życia i te wszystkie anonimowe kartki walentynkowe to ode mnie.

Jednak nigdy się to nie stało. Bo ilekroć była nadarzająca się okazja, paraliżował mnie strach brzmiący: a co, jeśli ja nie jestem miłością jej życia?

CO, JEŚLI ONA MNIE WYŚMIEJE?

Żeby było zabawniej, poznałem odpowiedź na to pytanie, ale nie od niej. Tuż po rozdaniu świadectw ukończenia podstawówki spotkałem najlepszą przyjaciółkę Magdy – Gosię. Upojona do nieprzytomności oranżadą z syfonu, wyznała mi, że Magda odkąd doszła do nas w czwartej klasie, kochała się we mnie i w Grześku. I przez całe trzy lata czekała, aż któryś z nas coś zrobi. I się nie doczekała.

Gdybym nie był wtedy takim boidupą, pewnie dzisiaj mielibyśmy trójkę dzieci, buldoga francuskiego, duży dom i rozwód. Wystarczyło powiedzieć „hej, masz fajny tornister, będziesz ze mną chodzić, skarbie?”.

Co takiego strasznego może się stać?

Wyznawanie miłości z zaskoczenia, jakbyś zachodził kogoś w ciemnej uliczce od tyłu z nożem, mówiąc „karta do bankomatu i kod pin albo życie”, oczywiście nie jestem dobrym pomysłem, ale uświadomienie obiektu naszych zainteresowań, że nim jest, już tak. Bo co najgorszego może się stać, gdy powiesz drugiej osobie z którą jesteś w bliższych lub dalszych stosunkach, że Ci na niej zależy? Albo po prostu, że Ci się podoba?

Przyłoży Ci z otwartej w twarz? A niby czemu?

Wykastruje Cię spojrzeniem? Spojrzenia nie mają takiej mocy. Serio.

Napisze o tym status na Fejsie? Nagra godzinną serię szydzących snapów? Wypchnie w trendujące na Twitterze hashtag #bekazTwojeImięINazwisko? Jeśli oboje skończyliście już gimnazjum, to raczej nie zapowiada się, żebyś mógł zostać w ten sposób gwiazdą internetu.

Spadnie Ci niebo na głowę i świat się skończy? Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie, ale, na Teutatesa, nie, nie jesteś Asterixem.

Realnie najgorsze co się może stać, to że ona nie będzie zainteresowana Tobą w tym samym kontekście co Ty nią, bo miała Cię za dobrego kumpla, a nie kandydata na współlokatora do kawalerki z jednym łóżkiem, i zakończycie znajomość. Tylko tyle. Nikt nikogo nie zamorduje, nikomu nie zostaną wycięte narządy rozrodcze. W razie czarnego scenariusza po prostu przestaniecie się widywać.

Kto pierwszy powie, że mu zależy przegrywa

Relacje damsko-męskie to gra pozorów bez możliwości save’owania. Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby wchodząc do klubu każda dziewczyna w pierwszym zdaniu informowała Cię, czy jest Tobą zainteresowana, czy nie, a jeśli tak, to czy chce mieć z Tobą wspólny kredyt na mieszkanie, czy tylko orgazm. Gdyby obie strony chodziły z Judaszami na czole, przez które w dowolnej chwili można zajrzeć i sprawdzić co się dzieje pod kopułą, z pewnością wszyscy zaoszczędzilibyśmy sobie sporo czasu i nerwów.

Tylko, że uwodzenie się straciłoby całą magię.

To, że nie wiesz, czy bawienie się włosami i oblizywanie ust, to tylko tik nerwowy, czy świadome wysyłanie sygnałów do bliższego kontaktu, nadaje urok całemu procesowi podrywu i poznawania się nawzajem. To właśnie ta niepewność nas nakręca, buduje napięcie i sprawia, że chcemy się odkryć, sprawdzić, czy jest tak, jak nam się wydaje.

Wiele osób, jednak traktuje to jako grę, w której wyłożenie kart na stół jest równoznaczne z przegraną. Tak jakby w kontaktach między kobietami i mężczyznami chodziło o wieczne zwodzenie się, głównym celem była apatia, a otwarte okazanie zainteresowania zasługiwało na potępienie. Absurd. Po to robi się podchody, żeby móc się cieszyć ze znalezienia się, a nie do czterdziestki chować się w lesie z twarzą obrośniętą mchem.

Relacje międzyludzkie, to nie boks, że zwycięstwo jednej strony jest uzależnione od porażki drugiej. Tu wygrywa się tylko w parach. Przegrywa najczęściej też.

Okazywanie uczuć jest ludzkie

Tym się różnimy od maszyn, że poza zdolnością podnoszenia ciężarów i wykonywania obliczeń, zostaliśmy obdarzeni umiejętnością przeżywania emocji i wyrażania uczuć. Warto korzystać z tych możliwości, bo w dobie dzikiego rozwoju technologii i sztucznej inteligencji, to jedyne co dzieli nas i roboty. Kto mówi o tym, co ma w środku, o tym jak jego kulka z białego puchu schowana pod klatką piersiową reaguje na świat zewnętrzny, jest człowiekiem. Kto jest bryłą lodu, chowającą całą swoją emocjonalność, potrzeby, pragnienia w metalowej puszce, może być po prostu ładnie wykonanym androidem. I sam o tym nie wie.

Okazywanie uczuć nie jest dowodem słabości. Jest dowodem wartości. Świadectwem bycia człowiekiem, kto tego nie robi, przestaje nim być.

A kto je wykorzystuje lub szydzi z nich widząc je u drugiej osoby, jest zwykłym chujem.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Maria Smith()

  • Shakuahi

    Ja trochę rozumiem wątpliwości autorki wiadomości, chociaż nie wiem czy bym wytrzymała tyle lat. Mi dobrych 10 lat temu miłość wyznał najlepszy przyjaciel. Uczucie nie było odwzajemnione więc i przyjaźń szlag trafił. Ileż ja nocy analizowałam tę sytuację. Straciłam przyjaźń cudownego człowieka i nawet nie mogłam nad tym ubolewać, bo przecież nie mogłam sobie życzyć, żeby nigdy nie wyznał mi uczuć – lepiej już było dla niego rzucić karty na stół, zebrać je i wrócić do domu. Te doświadczenie tak mnie ukształtowało, że potem długo się zastanawiałam nim przed kimś wyjawiłam swe uczucia – bo na szali stała nie moja duma a świetna przyjaźń.

  • Pingback: Wspomnienia września 2017 - Pani Kultura()

  • Prawda! Ludzie strasznie boją się swojego uzewnętrzniania.Do kochania jesteśmy zdolni wszyscy, ale dążymy do tego, aby ktoś tą naszą miłość odwzajemnił.I chyba gorszy od wyszydzania przy znajomych czy w światku internetowym jest fakt, że po prostu ktoś te nasze uczucia odrzucił i że wcale ich nie podziela. Nie wszyscy potrafią się bawić w relacje ;)

  • kcurlykiller

    Uśmiałam się na tym „Magda była mega laską, miała obie nogi, wszystkie zęby stałe” :>

  • magdagab

    Zmotywowałeś mnie, żeby zaprosić znajomego na kawę. Twoje wpisy zawsze pojawiają się w odpowiednim momencie, nie wiem jak to robisz, ale dzięki!

    • Nie ma za co, powodzenia na randce!

  • Agnieszka Kozioł

    Świetny tekst, metafory powalają! Mam nadzieję, że co bardziej świadomi swoich uczuć ludzie nauczą się ich używać, akceptować że są i mówić o nich :D

    • Dziękuję za ciepłe słowa i również liczę, że nie będziemy się chować za ścianą lodu.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Pisanie bloga, a pisanie powieści, to jak granie w sapera, a bycie saperem

Skip to entry content

Pewnie się zastanawiacie (a przynajmniej mam taką nadzieje, że ktokolwiek się nad tym zastanawiał), czemu na blogu przez ostatnie pół roku pojawiało się tak mało wpisów. Czy po prawie 6 latach znudziło mi się blogowanie? Nie. Czy w końcu wziąłem się za poważną pracę i na emigracji skręcam meblościanki bogatym Norwegom? Też nie do końca. Nie mam weny, wypaliłem się, skończyłem i czas się pożegnać? Wręcz przeciwnie. Dopiero się zaczynam.

Od stycznia realizowałem największe wyzwanie i jednocześnie marzenie, do którego zbierałem się dobre kilka lat, bo wydawało mi się, że nie jestem gotowy. I miałem rację, nie byłem gotowy, bo do takich rzeczy nie da się przygotować. Trzeba po prostu zacząć je robić. To tak jak z seksem, możesz przeczytać wszystkie kamasutry dostępne na rynku i wykupić konto premium na PornHubie, ale to wcale nie znaczy, że będziesz wiedział jak to robić. Trzeba po prostu się w tym zanurzyć, mówiąc metaforycznie. I dosłownie. Więc zanurzyłem się i płynąłem łodzią podwodną w poszukiwaniu skarbów, wysuwając raz na jakiś czas peryskop nad powierzchnię, żeby nie zapomnieć, że oprócz niezbadanych głębin jest jeszcze jakiś inny świat. A zapomnieć o tym wyjątkowo łatwo, bo ta nowa przestrzeń, ta wyprawa po skrzynię ze złotem, którą jest treść wykręcająca czytelnikowi mózg na lewą stronę, jest ultra wymagająca i nie uznaje kompromisów.

To jak z pociągiem, albo wsiadasz, albo zostajesz na stacji, nie da się do niego wsiąść częściowo, jedną nogą. No, chyba, że chcesz ją stracić. Ja nie chciałem, w związku z czym niemal całe swoje dotychczasowe życie, łącznie z tak prozaicznymi sprawami jak jedzenie, podporządkowałem pisaniu powieści. Powieści, z której nie tylko będę dumny, ale powieści, która będzie o czymś, będzie istotna i będzie dla odbiorców tym, czy dla mnie było „Memento”. Będzie bić linijką po synapsach.

Czym to się różni od prowadzenia bloga?

Po pierwsze plan, po drugie plan, po trzecie plan

Nie jestem jakimś habilitowanym doktorem organizowania się, zresztą niehabilitowanym też nie, ale jedną z trzech rzeczy, których nauczyłem się na studiach, jest to, że trzeba planować. Bo zmiana na etapie pomysłu to 1 jednostka czasu, na etapie tworzenia koncepcji 10 jednostek czasu, a na etapie realizacji to 100 jednostek czasu. I o ile teksty na bloga można sobie pisać spontanicznie, bo komentarze związane z tajemniczym zaginięciem Polki w Egipcie budzą tak żywe reakcje, że w godzinę mam gotowy tekst i najwyżej przed samą publikacją powycinam zbędne wulgaryzmy, o tyle z opisywaniem historii, która rozwija się w czasie i pojawiają się w niej punkty zwrotne, jest zupełnie inaczej.

Żeby jakaś postać A, nazwijmy ją Czesiu, spektakularnie sprzeciwiła się jakiejś postaci B, nazwijmy ją Zosia, z naturalnie wynikającego z fabuły powodu, niech będzie nim miłość do frytek, trzeba ten powód zaszczepić dużo, dużo wcześniej. Jeśli Czesiu ma udusić Zosię w połowie książki, bo ta zabrała mu frytkę, to to te frytki powinny się przewijać w co drugiej scenie z Czesiem jako narkotyk napędzający go do życia. Inaczej odbiorca nie uwierzy w powód morderstwa i całe zdarzenie będzie dla niego nieprzekonujące.

Zresztą, mimo, że zawsze idą ze sobą w parze, to nie muszą być frytki i to nie musi być morderstwo, bo to tyczy się wszystkich zwrotów akcji. Nie mogą brać się z dupy, muszą wynikać z jakichś wcześniejszych wydarzeń / rozmów / poszlak, a żeby te wydarzenia / rozmowy / poszlaki się pojawiły, trzeba je zaplanować. Bo inaczej pojawia się maaaaasę przepisywania i można ugrzęznąć na zawsze w gęstym bagnie poprawek.

Petarda kontra bomba z długim lontem

W przypadku wpisu na blogu tak naprawdę ważne są tylko dwie rzeczy: mocny start i mocny finisz.

Żeby tekst na 6000 znaków odniósł sukces, potrzebny jest przebojowy nagłówek i interesujące zdjęcie, które sprawią, że ktoś w ogóle w nie kliknie, i dosadna puenta, z którą ten sam ktoś się zgodzi lub nie i wciśnie magiczny przycisk „udostępnij”. Tyle. Środek oczywiście nie może być dnem dna, ani ciągnącą się w nieskończoność przeżutą gumą, ale wystarczy, że nie będzie spektakularnie zamulał.

Z powieścią jest ciut inaczej.

Żeby historia na 350 stron maszynopisu była strawna w odbiorze, trzeba opanować chodzenie po linie, a potem przełożyć to na balansowanie napięciem. W treści musi być podłożona bomba, która wybucha więcej niż raz, tak żeby czytelnik ciągle się głowił kiedy to się stanie i to głowienie się, było dla niego najbardziej zajmującym zajęciem w trakcie dnia. Przy czym, lont do niej musi być na tyle długi, by nie dochodziło do eksplozji co 5 stron, bo padnie na zawał i nie doczyta do końca, a przynajmniej się tym zmęczy. Nie może być też zbyt długi, bo uśnie albo z rozwojem fabuły wygra przeglądanie śmiesznych zdjęć kotów na Facebooku.

Momenty intensywne i nieco bardziej stosowane muszą być długą sinusoidą. Coś jak chęć zabicia wszystkich ludzi i niepohamowana miłość do świata w zależności, czy jest poniedziałek, czy piątek.

Musisz stworzyć postacie, musisz stworzyć świat, musisz być bogiem, w którego ludzie uwierzą

Wiecie co jest gorsze niż stanięcie gołą stopą na klocku Lego? Stworzenie historii, której bohaterów wszyscy mają w dupie.

Dlaczego śledziliśmy z zapartym tchem doskonalenie techniki syntezy i sprzedaży metaamfetaminy przez Waltera White’a i Jessiego Pinkmana w „Breaking Bad”? Czemu co drugi student płci męskiej chciał być jak Hank Moody w „Californication”? Skąd wzięło się to, że Frank Underwood miał większe poparcie wśród Polaków niż Andrzej Duda? Bo uwierzyliśmy, że te postacie i świat, w którym się poruszają, naprawdę może istnieć. Bo autorzy tych seriali stworzyli je interesującymi.

Te odpowiedzi są dość proste, ale to zadanie jest naprawdę trudne, bo to właśnie przejmowanie kompetencji boga. Żeby odbiorcy uwierzyli w świat, w którym toczy się akcja musi on zostać im szczegółowo przedstawiony, ale jednocześnie na tyle interesująco, by chciało im się w ogóle go poznawać. Żeby ktoś przejął się losami bohaterów muszą być wyraziści, ale jednocześnie nie przerysowani, powinno dać się z nimi utożsamić, ale nie do końca, tak by zostało jakieś pole na domysły i spekulacje. Rozwój wydarzeń ma być prawdopodobny, ale nie oczywisty. A wszystko takie jak w realnym świecie, tyle, że ciekawsze. Chyba, że tworzysz fantasy, wtedy po prostu ma być ciekawsze. Tak czy inaczej, musisz zabawić się w twórcę w pełnym tego słowa znaczeniu i odkryć, że „zabawa” w tym przypadku jest zakamuflowanym synonimem słowa „praca”.

Na ile sposobów potrafisz powiedzieć, że jesteś spięty jak baranie jaja?

Bo pisząc opowieść dłuższą niż przeciętna copypasta powinieneś umieć wyrazić to przynajmniej kilkunastoma różnymi sformułowaniami.

W wakacje po drugiej klasie liceum leżałem w dusznej szpitalnej sali i czytałem „Zwodniczy punkt” Dana Browna, żeby zająć czymś myśli i nie zwariować wysłuchując w kółko rozmów starszych panów po mojej lewej i prawej o umieraniu i zbliżającej się III wojnie światowej. Nie jest to tytuł, po który dziś bym sięgnął, ale wtedy wypełnił mi kilka dobrych dni, czyniąc je całkiem znośnymi, więc rysuję przy nim serduszko. Jednak mimo to, do dziś zapamiętałem jedną rzecz, która drażniła mnie jak zmiana cewnika: bohater za każdym razem kiedy wchodził do jakiegoś pomieszczenia omiatał je wzrokiem. Nie skanował, nie prześwietlał, nie przyglądał mu się, nawet nie oglądał go. Omiatał. Za. Każdym. Jednym. Razem.

Nie wiem, czy tłumacz miał wcześniej jakieś praktyki jako konserwator powierzchni płaskich i stąd to skrzywienie, czy w oryginale czynność zapoznawania się z nową przestrzenią również była nazywana za każdym razem w ten sam sposób, ale to było naprawdę nudne. I odbierało przyjemność z czytania. I obniżało jakość książki.

Dlatego postanowiłem, że u mnie tak nie będzie i jeśli u głównego bohatera raz pojawia się w wewnętrznym monologu, że stres ściska mu skronie imadłem, albo że zaraz żyłka na czole zamieni się w deltę Nilu, a potem wybuchnie, to to określenie nie pojawi się już nigdy więcej. I przy kolejnych sytuacjach, gdy w Michale, bo tak właśnie ma na imię, zrodzi się napięcie w związku z wydarzeniami, których doświadcza, to za każdym razem będę opisywał je inaczej. A napięcie się pojawia i to wielokrotnie, w związku z czym w tym momencie mógłbym wydać całą antologię z obrazowymi metaforami stresu.

Z kolei w przypadku internetowego felietonu wystarczyłoby użycie porównania, które widzisz w śródtytule powyżej.

***

Trochę się pożaliłem, trochę pomądrzyłem, a teraz czas na konkrety. Tekst przeszedł już redakcję, korektę i skład, i niebawem wybierze się do druku! W międzyczasie, czyli w każdej chwili kiedy nie śpię, dopinam sprawy organizacyjno-techniczne typu zakładanie sklepu internetowego, wyrabianie numeru ISBN, szukanie podwykonawcy, który będzie magazynował i wysyłał książki, i dziesiątki innych rzeczy, którymi nie chcę Cię zanudzać. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to „Lunatycy” ujrzą światło dzienne pod koniec października, ale już dziś mogę ich nieco wychylić z mroku.

Jeśli chcesz posłuchać pierwszego rozdziału mojej powieści (tak, tak, posłuchać, jak czytam go na głos), poczuć jej klimat i wejść w świat, w którym żyją bohaterowie, zostaw poniżej swój adres e-mail!

(obiecuję, że zapisując się na tę listę dostaniesz tylko wiadomości związane z książką i nigdy na Twoją skrzynkę nie wleci reklama tabletek na powiększanie penisa ani list od nieznanego wujka ze Stanów, który zostawił Ci w spadku 50 miliardów dolarów)

---> SKOMENTUJ

9 kłamstw o świecie, w które wierzą ludzie

Skip to entry content

W podstawówce miałem napisać wypracowanie na temat „przysłowia mądrością narodów”. To było jakoś pod koniec roku szkolnego i średnio mi się chciało, bo słońce, koledzy i te sprawy, poza tym miałem jeszcze jedno niewykorzystane nieprzygotowanie. Kto by nie skorzystał? Jak znacie taką osobę, to usuńcie ze znajomych, bo takim ludziom, nie można ufać. Ja skorzystałem i olałem temat. Ale dziś do niego wracam. Udowadniając, że teza w nim zawarta nie zawsze jest prawdziwa.

Pani magister, proszę dopisać jedną szóstkę w dzienniku pod numerem 14to b!

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – na początek klasyk najklasyczniejszy z klasycznych. Powiedzenie to odnosi się najczęściej do związków i kwestii wracania do byłych partnerów, choć pojawia się również w kontekście ponownego próbowania innych rzeczy, które za pierwszym razem skończyły się niepowodzeniem. Prowadzenie własnego biznesu, gra w polo, sport ekstremalny, seks analny. Gdyby wszyscy ludzie na Ziemi brali je sobie do serca, dalej siedzielibyśmy w jaskiniach i robili selfie mażąc zwierzęcą krwią po ścianach, bo nikt nie wymyśliłby aparatów. Raz by mu się nie udało i więcej by już nie próbował.

„Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” jest źle zrozumianą, ztabloidyzowaną przeróbką „nie wchodzi się dwa razy do TAKIEJ SAMEJ rzeki”, pochodzącą od filozoficznego „panta rhei”. I Heraklitowi, który sformułował tę myśl, nie chodziło o to, żeby wszyscy odpulający swoich eks mogli to robić zgrabną frazą. Nie. Chodziło mu to, że wszystko płynie i jeśli do danej rzeki wejdziesz ponownie za tydzień, za godzinę, a nawet za 15 sekund, to ona już nie będzie dokładnie taką samą rzeką jak za pierwszym razem. Bo ktoś kilometr wcześniej mógł dorzucić do niej kamień. Albo swój mocz.

Pieniądze szczęścia nie dają – szczęście daje ich zdobywanie, bo świadczy o skuteczności zawodowej i potwierdza poziom naszych umiejętności. Uszczęśliwia również to, co możesz za nie kupić. Na przykład pies, kot albo królik, potrafi dać cała wannę szczęścia. Wanna z hydro-masażem też potrafi poprawić samopoczucie. Zwłaszcza jeśli wchodzisz do niej z kimś. Z kim nie musisz żyć w szałasie z kartonu. I poznałeś go dzięki temu, że poszedłeś do miejsca, gdzie wydaje się pieniądze. Albo przez aplikację działającą na sprzęcie, który też nie spada z nieba.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy – to prawda, tylko w sytuacji, gdy zupełnie nie masz kontroli nad swoim życiem, a wzloty materialne i emocjonalne są wyłącznie dziełem przypadku. Jeśli jesteś świadom decyzji, które podejmujesz, a Twoja ścieżka to sumienna realizacja wyznaczonych celów, a nie dryfowanie w łupinie po orzechu na środku oceanu, dobre rzeczy się nie kończą. Trwają.

Wyśpisz się po śmierci – dewiza pracoholików. Tak jak w życiu ważna jest praca, tak samo ważny jest odpoczynek. To pierwsze nie istnieje bez tego drugiego. Nikt z nas nie jest robotem i zarówno ciało, jak i umysł potrzebują przerwy i snu. Gdyby tak nie było, ludzie nie umieraliby po ciągach amfetaminowych.

Jak podaje mfiles.pl:

W Japonii rok rocznie ok. 10 tys. osób umiera na karoshi (śmierć z przepracowania), pracując po 12 godzin dziennie. Jednak dane te mogą być kilkakrotnie zaniżone. Niestety śmierć z przepracowania jest w tym kraju uznawana za chlubę, a rodzina zmarłej osoby jest wynagradzana wysokim ubezpieczeniem.

Jakość broni się sama – złota myśl pojawiająca się zazwyczaj przy kampanii promocyjnej jakiegoś produktu, bądź wytworu kultury, który szybko zdobywa popularność. Jasne, prawdziwa sztuka nie potrzebuje reklamy, powiedz to wszystkim malarzom i pisarzom, którzy żyli w nędzy i zostali docenieni dopiero po śmierci. Pijąc deszczówkę w zaświatach z pewnością się z Tobą zgodzą.

Gdyby jakość broniła się sama w Walentynki w kinach mielibyśmy francuskie komedie i filmy niezależne, a nie „Listy do M. 17” z Karolakiem. A w radiu leciałaby Justyna Święs, a nie generyczne laski śpiewające o byciu suką i piasku w oczach. I gdyby dobrych produktów nie trzeba było reklamować, to działy marketingu, od Apple po Nike, zniknęłyby z powierzchni Ziemi, bo po co przepalać kasę na promocję, skoro ludzie sami dowiedzą się o nowych butach i ich zajebistości?

Od przybytku głowa nie boli – oj boli, i to nie jednokrotnie. Spytaj ludzi, którzy niespodziewanie weszli na wyższy próg podatkowy. Albo, którym porwano dziecko dla okupu.

Żeby osiągnąć cel, trzeba ciężko pracować – motto życiowe właścicieli małych rodzinnych firm, którzy harują dzień i noc, żeby utrzymać je na powierzchni. Oczywiście, niezależnie, czy sprzedajemy krasnale ogrodowe, gramy na harfie, czy chcemy schudnąć 15 kilo, efekty nie przyjdą same i potrzeba pracy, aby osiągnąć rezultaty, ale jest jedno duże ALE. Nie chodzi o to by „ciężko” pracować, tylko „mądrze”. Co z tego, że będziesz wylewał z siebie siódme poty, jeśli to, co robisz będzie bez sensu?

Mając firmę transportową nie chodzi o to, żeby samemu jeździć TIRem, a pogrzebową, żeby samemu grzebać ludzi.  Na tym opiera się choćby sukces AirBnb – po co męczyć się z budową sieci hoteli na całym świecie, skoro można pomyśleć i zarabiać tyle samo albo i więcej, nie mając ani jednej nieruchomości na własność?

Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni – jedno z moich ulubionych powiedzeń, wypowiadane najczęściej w towarzystwie takich frazesów jak „wszystko będzie dobrze” albo „po nocy przychodzi dzień”. Niezawodny pocieszyciel do każdej tragedii. Czy żona Rafała Piaseckiego – posła PiS – jest wzmocniona duchowo, bo mąż przez lata znęcał się nad nią psychicznie? Jakoś nie jestem do końca przekonany. Czy Żołnierz Fortuny trący w Iraku nogę i słuch przez ładunek wybuchający metr od niego, czuje się silniejszy przez to zdarzenie? Nie wydaje mi się. Czy tą samą mądrość z pełnym przekonaniem powiedziałbyś dziewczynie zgwałconej na plaży w Rimini?

Co Cię nie zabije, to Cię sponiewiera, upodli i pokaleczy duszę. A dusza to nie włosy, od regularnego podcinania nie robi się mocniejsza, tylko dziurawa.

O seksie się nie gada, seks się uprawia – jednozdaniowy przepis na nieudany związek. Jeśli ona uwielbia seks oralny, a Ty najniżej, gdzie mógłbyś ją pocałować, to w pępek, to jeśli o tym nie pogadacie, złotych godów raczej z tego nie będzie. Napięcie będzie narastać, będziesz pytać „Coś się stało? Jesteś zła? Co się dzieje, zrobiłem coś nie tak, że od 7 tygodni nie odzywasz się do mnie?”, a ona będzie odpowiadać „Nie. – cisza – Nic się nie stało. – cisza kłująca w uszy – Wszystko. Jest. W porządku. – cisza kłująca w uszy, która chce Ci poprzebijać bębenki”, aż którego dnia wyjdziesz ze śmieciami i nie wrócisz.

Jeśli rozmawiacie o tym, gdzie pójdziecie na obiad albo na jaki kolor pomalujecie ścianę, to tym bardziej powinniście mówić sobie co lubicie w łóżku, a czego nie i czy jest dobrze, czy już zbliżacie się do granicy poza, którą wolisz to robić sam. O seksie, jak o każdym elemencie związku, się gada. Właśnie po to, by móc go uprawiać.

---> SKOMENTUJ