Close
Close

Okazywanie uczuć to nie dowód słabości. To dowód wartości

Skip to entry content

Kilka dni temu od jednej z czytelniczek dostałem bardzo długi list natury damsko-męskiej. Tak długi, że można by z niego zrobić e-booka. Albo streścić w jednym zdaniu: ona mu się podoba i on jej też, ale nie są razem, bo żadne z nich nie ma odwagi powiedzieć drugiemu co czuje. Brzmi absurdalnie? To dołóżcie do tego fakt, że ten pat na szachownicy relacji nie trwa od miesiąca, tylko od kilku lat. Czy jak w każdej komedii romantycznej, ich drogi splotą się w jedną przez zupełny przypadek? Spotkają się przy tej samej kasie w Biedrze walcząc o Świeżaki dla młodszego rodzeństwa?

Nie spodziewam się, bo w rzeczywistości przypadek częściej oznacza wpadnięcie pod samochód niż wygranie w Lotto.

Gdy gówno robisz, to gówno z tego wychodzi

W podstawówce byłem śmiertelnie zakochany w koleżance z klasy – Magdzie. Magda była mega laską, miała obie nogi, wszystkie zęby stałe, dwa blond warkoczyki i getry z Myszką Minnie. A w szóstej klasie nawet szczątkowe piersi. Żadna inna w całej szkole nie mogła się z nią równać.

Wzdychałem do niej na matematykach, technikach i przyrodach, i gdy tylko było to możliwe, starałem się siadać w ławce przed nią albo za nią. Nigdy w tej samej, bo mógłbym nie wytrzymać z przejęcia i paść na zawał w wieku 11 lat, a miałem do przejścia jeszcze wiele gier na Pegazusa. Każdego dnia wracając do domu obiecywałem sobie, że następnego wszystko jej powiem. Zaczepię na długiej przerwie, kiedy akurat będzie stała sama, podbiegnę, kiedy będzie wychodziła ze szkoły, stanę przed nią, spojrzę głęboko w oczy i wyznam, że jest miłością mojego życia i te wszystkie anonimowe kartki walentynkowe to ode mnie.

Jednak nigdy się to nie stało. Bo ilekroć była nadarzająca się okazja, paraliżował mnie strach brzmiący: a co, jeśli ja nie jestem miłością jej życia?

CO, JEŚLI ONA MNIE WYŚMIEJE?

Żeby było zabawniej, poznałem odpowiedź na to pytanie, ale nie od niej. Tuż po rozdaniu świadectw ukończenia podstawówki spotkałem najlepszą przyjaciółkę Magdy – Gosię. Upojona do nieprzytomności oranżadą z syfonu, wyznała mi, że Magda odkąd doszła do nas w czwartej klasie, kochała się we mnie i w Grześku. I przez całe trzy lata czekała, aż któryś z nas coś zrobi. I się nie doczekała.

Gdybym nie był wtedy takim boidupą, pewnie dzisiaj mielibyśmy trójkę dzieci, buldoga francuskiego, duży dom i rozwód. Wystarczyło powiedzieć „hej, masz fajny tornister, będziesz ze mną chodzić, skarbie?”.

Co takiego strasznego może się stać?

Wyznawanie miłości z zaskoczenia, jakbyś zachodził kogoś w ciemnej uliczce od tyłu z nożem, mówiąc „karta do bankomatu i kod pin albo życie”, oczywiście nie jestem dobrym pomysłem, ale uświadomienie obiektu naszych zainteresowań, że nim jest, już tak. Bo co najgorszego może się stać, gdy powiesz drugiej osobie z którą jesteś w bliższych lub dalszych stosunkach, że Ci na niej zależy? Albo po prostu, że Ci się podoba?

Przyłoży Ci z otwartej w twarz? A niby czemu?

Wykastruje Cię spojrzeniem? Spojrzenia nie mają takiej mocy. Serio.

Napisze o tym status na Fejsie? Nagra godzinną serię szydzących snapów? Wypchnie w trendujące na Twitterze hashtag #bekazTwojeImięINazwisko? Jeśli oboje skończyliście już gimnazjum, to raczej nie zapowiada się, żebyś mógł zostać w ten sposób gwiazdą internetu.

Spadnie Ci niebo na głowę i świat się skończy? Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie, ale, na Teutatesa, nie, nie jesteś Asterixem.

Realnie najgorsze co się może stać, to że ona nie będzie zainteresowana Tobą w tym samym kontekście co Ty nią, bo miała Cię za dobrego kumpla, a nie kandydata na współlokatora do kawalerki z jednym łóżkiem, i zakończycie znajomość. Tylko tyle. Nikt nikogo nie zamorduje, nikomu nie zostaną wycięte narządy rozrodcze. W razie czarnego scenariusza po prostu przestaniecie się widywać.

Kto pierwszy powie, że mu zależy przegrywa

Relacje damsko-męskie to gra pozorów bez możliwości save’owania. Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby wchodząc do klubu każda dziewczyna w pierwszym zdaniu informowała Cię, czy jest Tobą zainteresowana, czy nie, a jeśli tak, to czy chce mieć z Tobą wspólny kredyt na mieszkanie, czy tylko orgazm. Gdyby obie strony chodziły z Judaszami na czole, przez które w dowolnej chwili można zajrzeć i sprawdzić co się dzieje pod kopułą, z pewnością wszyscy zaoszczędzilibyśmy sobie sporo czasu i nerwów.

Tylko, że uwodzenie się straciłoby całą magię.

To, że nie wiesz, czy bawienie się włosami i oblizywanie ust, to tylko tik nerwowy, czy świadome wysyłanie sygnałów do bliższego kontaktu, nadaje urok całemu procesowi podrywu i poznawania się nawzajem. To właśnie ta niepewność nas nakręca, buduje napięcie i sprawia, że chcemy się odkryć, sprawdzić, czy jest tak, jak nam się wydaje.

Wiele osób, jednak traktuje to jako grę, w której wyłożenie kart na stół jest równoznaczne z przegraną. Tak jakby w kontaktach między kobietami i mężczyznami chodziło o wieczne zwodzenie się, głównym celem była apatia, a otwarte okazanie zainteresowania zasługiwało na potępienie. Absurd. Po to robi się podchody, żeby móc się cieszyć ze znalezienia się, a nie do czterdziestki chować się w lesie z twarzą obrośniętą mchem.

Relacje międzyludzkie, to nie boks, że zwycięstwo jednej strony jest uzależnione od porażki drugiej. Tu wygrywa się tylko w parach. Przegrywa najczęściej też.

Okazywanie uczuć jest ludzkie

Tym się różnimy od maszyn, że poza zdolnością podnoszenia ciężarów i wykonywania obliczeń, zostaliśmy obdarzeni umiejętnością przeżywania emocji i wyrażania uczuć. Warto korzystać z tych możliwości, bo w dobie dzikiego rozwoju technologii i sztucznej inteligencji, to jedyne co dzieli nas i roboty. Kto mówi o tym, co ma w środku, o tym jak jego kulka z białego puchu schowana pod klatką piersiową reaguje na świat zewnętrzny, jest człowiekiem. Kto jest bryłą lodu, chowającą całą swoją emocjonalność, potrzeby, pragnienia w metalowej puszce, może być po prostu ładnie wykonanym androidem. I sam o tym nie wie.

Okazywanie uczuć nie jest dowodem słabości. Jest dowodem wartości. Świadectwem bycia człowiekiem, kto tego nie robi, przestaje nim być.

A kto je wykorzystuje lub szydzi z nich widząc je u drugiej osoby, jest zwykłym chujem.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Pisanie bloga, a pisanie powieści, to jak granie w sapera, a bycie saperem

Skip to entry content

Pewnie się zastanawiacie (a przynajmniej mam taką nadzieje, że ktokolwiek się nad tym zastanawiał), czemu na blogu przez ostatnie pół roku pojawiało się tak mało wpisów. Czy po prawie 6 latach znudziło mi się blogowanie? Nie. Czy w końcu wziąłem się za poważną pracę i na emigracji skręcam meblościanki bogatym Norwegom? Też nie do końca. Nie mam weny, wypaliłem się, skończyłem i czas się pożegnać? Wręcz przeciwnie. Dopiero się zaczynam.

Od stycznia realizowałem największe wyzwanie i jednocześnie marzenie, do którego zbierałem się dobre kilka lat, bo wydawało mi się, że nie jestem gotowy. I miałem rację, nie byłem gotowy, bo do takich rzeczy nie da się przygotować. Trzeba po prostu zacząć je robić. To tak jak z seksem, możesz przeczytać wszystkie kamasutry dostępne na rynku i wykupić konto premium na PornHubie, ale to wcale nie znaczy, że będziesz wiedział jak to robić. Trzeba po prostu się w tym zanurzyć, mówiąc metaforycznie. I dosłownie. Więc zanurzyłem się i płynąłem łodzią podwodną w poszukiwaniu skarbów, wysuwając raz na jakiś czas peryskop nad powierzchnię, żeby nie zapomnieć, że oprócz niezbadanych głębin jest jeszcze jakiś inny świat. A zapomnieć o tym wyjątkowo łatwo, bo ta nowa przestrzeń, ta wyprawa po skrzynię ze złotem, którą jest treść wykręcająca czytelnikowi mózg na lewą stronę, jest ultra wymagająca i nie uznaje kompromisów.

To jak z pociągiem, albo wsiadasz, albo zostajesz na stacji, nie da się do niego wsiąść częściowo, jedną nogą. No, chyba, że chcesz ją stracić. Ja nie chciałem, w związku z czym niemal całe swoje dotychczasowe życie, łącznie z tak prozaicznymi sprawami jak jedzenie, podporządkowałem pisaniu powieści. Powieści, z której nie tylko będę dumny, ale powieści, która będzie o czymś, będzie istotna i będzie dla odbiorców tym, czy dla mnie było „Memento”. Będzie bić linijką po synapsach.

Czym to się różni od prowadzenia bloga?

Po pierwsze plan, po drugie plan, po trzecie plan

Nie jestem jakimś habilitowanym doktorem organizowania się, zresztą niehabilitowanym też nie, ale jedną z trzech rzeczy, których nauczyłem się na studiach, jest to, że trzeba planować. Bo zmiana na etapie pomysłu to 1 jednostka czasu, na etapie tworzenia koncepcji 10 jednostek czasu, a na etapie realizacji to 100 jednostek czasu. I o ile teksty na bloga można sobie pisać spontanicznie, bo komentarze związane z tajemniczym zaginięciem Polki w Egipcie budzą tak żywe reakcje, że w godzinę mam gotowy tekst i najwyżej przed samą publikacją powycinam zbędne wulgaryzmy, o tyle z opisywaniem historii, która rozwija się w czasie i pojawiają się w niej punkty zwrotne, jest zupełnie inaczej.

Żeby jakaś postać A, nazwijmy ją Czesiu, spektakularnie sprzeciwiła się jakiejś postaci B, nazwijmy ją Zosia, z naturalnie wynikającego z fabuły powodu, niech będzie nim miłość do frytek, trzeba ten powód zaszczepić dużo, dużo wcześniej. Jeśli Czesiu ma udusić Zosię w połowie książki, bo ta zabrała mu frytkę, to to te frytki powinny się przewijać w co drugiej scenie z Czesiem jako narkotyk napędzający go do życia. Inaczej odbiorca nie uwierzy w powód morderstwa i całe zdarzenie będzie dla niego nieprzekonujące.

Zresztą, mimo, że zawsze idą ze sobą w parze, to nie muszą być frytki i to nie musi być morderstwo, bo to tyczy się wszystkich zwrotów akcji. Nie mogą brać się z dupy, muszą wynikać z jakichś wcześniejszych wydarzeń / rozmów / poszlak, a żeby te wydarzenia / rozmowy / poszlaki się pojawiły, trzeba je zaplanować. Bo inaczej pojawia się maaaaasę przepisywania i można ugrzęznąć na zawsze w gęstym bagnie poprawek.

Petarda kontra bomba z długim lontem

W przypadku wpisu na blogu tak naprawdę ważne są tylko dwie rzeczy: mocny start i mocny finisz.

Żeby tekst na 6000 znaków odniósł sukces, potrzebny jest przebojowy nagłówek i interesujące zdjęcie, które sprawią, że ktoś w ogóle w nie kliknie, i dosadna puenta, z którą ten sam ktoś się zgodzi lub nie i wciśnie magiczny przycisk „udostępnij”. Tyle. Środek oczywiście nie może być dnem dna, ani ciągnącą się w nieskończoność przeżutą gumą, ale wystarczy, że nie będzie spektakularnie zamulał.

Z powieścią jest ciut inaczej.

Żeby historia na 350 stron maszynopisu była strawna w odbiorze, trzeba opanować chodzenie po linie, a potem przełożyć to na balansowanie napięciem. W treści musi być podłożona bomba, która wybucha więcej niż raz, tak żeby czytelnik ciągle się głowił kiedy to się stanie i to głowienie się, było dla niego najbardziej zajmującym zajęciem w trakcie dnia. Przy czym, lont do niej musi być na tyle długi, by nie dochodziło do eksplozji co 5 stron, bo padnie na zawał i nie doczyta do końca, a przynajmniej się tym zmęczy. Nie może być też zbyt długi, bo uśnie albo z rozwojem fabuły wygra przeglądanie śmiesznych zdjęć kotów na Facebooku.

Momenty intensywne i nieco bardziej stosowane muszą być długą sinusoidą. Coś jak chęć zabicia wszystkich ludzi i niepohamowana miłość do świata w zależności, czy jest poniedziałek, czy piątek.

Musisz stworzyć postacie, musisz stworzyć świat, musisz być bogiem, w którego ludzie uwierzą

Wiecie co jest gorsze niż stanięcie gołą stopą na klocku Lego? Stworzenie historii, której bohaterów wszyscy mają w dupie.

Dlaczego śledziliśmy z zapartym tchem doskonalenie techniki syntezy i sprzedaży metaamfetaminy przez Waltera White’a i Jessiego Pinkmana w „Breaking Bad”? Czemu co drugi student płci męskiej chciał być jak Hank Moody w „Californication”? Skąd wzięło się to, że Frank Underwood miał większe poparcie wśród Polaków niż Andrzej Duda? Bo uwierzyliśmy, że te postacie i świat, w którym się poruszają, naprawdę może istnieć. Bo autorzy tych seriali stworzyli je interesującymi.

Te odpowiedzi są dość proste, ale to zadanie jest naprawdę trudne, bo to właśnie przejmowanie kompetencji boga. Żeby odbiorcy uwierzyli w świat, w którym toczy się akcja musi on zostać im szczegółowo przedstawiony, ale jednocześnie na tyle interesująco, by chciało im się w ogóle go poznawać. Żeby ktoś przejął się losami bohaterów muszą być wyraziści, ale jednocześnie nie przerysowani, powinno dać się z nimi utożsamić, ale nie do końca, tak by zostało jakieś pole na domysły i spekulacje. Rozwój wydarzeń ma być prawdopodobny, ale nie oczywisty. A wszystko takie jak w realnym świecie, tyle, że ciekawsze. Chyba, że tworzysz fantasy, wtedy po prostu ma być ciekawsze. Tak czy inaczej, musisz zabawić się w twórcę w pełnym tego słowa znaczeniu i odkryć, że „zabawa” w tym przypadku jest zakamuflowanym synonimem słowa „praca”.

Na ile sposobów potrafisz powiedzieć, że jesteś spięty jak baranie jaja?

Bo pisząc opowieść dłuższą niż przeciętna copypasta powinieneś umieć wyrazić to przynajmniej kilkunastoma różnymi sformułowaniami.

W wakacje po drugiej klasie liceum leżałem w dusznej szpitalnej sali i czytałem „Zwodniczy punkt” Dana Browna, żeby zająć czymś myśli i nie zwariować wysłuchując w kółko rozmów starszych panów po mojej lewej i prawej o umieraniu i zbliżającej się III wojnie światowej. Nie jest to tytuł, po który dziś bym sięgnął, ale wtedy wypełnił mi kilka dobrych dni, czyniąc je całkiem znośnymi, więc rysuję przy nim serduszko. Jednak mimo to, do dziś zapamiętałem jedną rzecz, która drażniła mnie jak zmiana cewnika: bohater za każdym razem kiedy wchodził do jakiegoś pomieszczenia omiatał je wzrokiem. Nie skanował, nie prześwietlał, nie przyglądał mu się, nawet nie oglądał go. Omiatał. Za. Każdym. Jednym. Razem.

Nie wiem, czy tłumacz miał wcześniej jakieś praktyki jako konserwator powierzchni płaskich i stąd to skrzywienie, czy w oryginale czynność zapoznawania się z nową przestrzenią również była nazywana za każdym razem w ten sam sposób, ale to było naprawdę nudne. I odbierało przyjemność z czytania. I obniżało jakość książki.

Dlatego postanowiłem, że u mnie tak nie będzie i jeśli u głównego bohatera raz pojawia się w wewnętrznym monologu, że stres ściska mu skronie imadłem, albo że zaraz żyłka na czole zamieni się w deltę Nilu, a potem wybuchnie, to to określenie nie pojawi się już nigdy więcej. I przy kolejnych sytuacjach, gdy w Michale, bo tak właśnie ma na imię, zrodzi się napięcie w związku z wydarzeniami, których doświadcza, to za każdym razem będę opisywał je inaczej. A napięcie się pojawia i to wielokrotnie, w związku z czym w tym momencie mógłbym wydać całą antologię z obrazowymi metaforami stresu.

Z kolei w przypadku internetowego felietonu wystarczyłoby użycie porównania, które widzisz w śródtytule powyżej.

***

Trochę się pożaliłem, trochę pomądrzyłem, a teraz czas na konkrety. Tekst przeszedł już redakcję, korektę i skład, i niebawem wybierze się do druku! W międzyczasie, czyli w każdej chwili kiedy nie śpię, dopinam sprawy organizacyjno-techniczne typu zakładanie sklepu internetowego, wyrabianie numeru ISBN, szukanie podwykonawcy, który będzie magazynował i wysyłał książki, i dziesiątki innych rzeczy, którymi nie chcę Cię zanudzać. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to „Lunatycy” ujrzą światło dzienne pod koniec października, ale już dziś mogę ich nieco wychylić z mroku.

Jeśli chcesz posłuchać pierwszego rozdziału mojej powieści (tak, tak, posłuchać, jak czytam go na głos), poczuć jej klimat i wejść w świat, w którym żyją bohaterowie, zostaw poniżej swój adres e-mail!

(obiecuję, że zapisując się na tę listę dostaniesz tylko wiadomości związane z książką i nigdy na Twoją skrzynkę nie wleci reklama tabletek na powiększanie penisa ani list od nieznanego wujka ze Stanów, który zostawił Ci w spadku 50 miliardów dolarów)

9 kłamstw o świecie, w które wierzą ludzie

Skip to entry content

W podstawówce miałem napisać wypracowanie na temat „przysłowia mądrością narodów”. To było jakoś pod koniec roku szkolnego i średnio mi się chciało, bo słońce, koledzy i te sprawy, poza tym miałem jeszcze jedno niewykorzystane nieprzygotowanie. Kto by nie skorzystał? Jak znacie taką osobę, to usuńcie ze znajomych, bo takim ludziom, nie można ufać. Ja skorzystałem i olałem temat. Ale dziś do niego wracam. Udowadniając, że teza w nim zawarta nie zawsze jest prawdziwa.

Pani magister, proszę dopisać jedną szóstkę w dzienniku pod numerem 14to b!

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – na początek klasyk najklasyczniejszy z klasycznych. Powiedzenie to odnosi się najczęściej do związków i kwestii wracania do byłych partnerów, choć pojawia się również w kontekście ponownego próbowania innych rzeczy, które za pierwszym razem skończyły się niepowodzeniem. Prowadzenie własnego biznesu, gra w polo, sport ekstremalny, seks analny. Gdyby wszyscy ludzie na Ziemi brali je sobie do serca, dalej siedzielibyśmy w jaskiniach i robili selfie mażąc zwierzęcą krwią po ścianach, bo nikt nie wymyśliłby aparatów. Raz by mu się nie udało i więcej by już nie próbował.

„Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” jest źle zrozumianą, ztabloidyzowaną przeróbką „nie wchodzi się dwa razy do TAKIEJ SAMEJ rzeki”, pochodzącą od filozoficznego „panta rhei”. I Heraklitowi, który sformułował tę myśl, nie chodziło o to, żeby wszyscy odpulający swoich eks mogli to robić zgrabną frazą. Nie. Chodziło mu to, że wszystko płynie i jeśli do danej rzeki wejdziesz ponownie za tydzień, za godzinę, a nawet za 15 sekund, to ona już nie będzie dokładnie taką samą rzeką jak za pierwszym razem. Bo ktoś kilometr wcześniej mógł dorzucić do niej kamień. Albo swój mocz.

Pieniądze szczęścia nie dają – szczęście daje ich zdobywanie, bo świadczy o skuteczności zawodowej i potwierdza poziom naszych umiejętności. Uszczęśliwia również to, co możesz za nie kupić. Na przykład pies, kot albo królik, potrafi dać cała wannę szczęścia. Wanna z hydro-masażem też potrafi poprawić samopoczucie. Zwłaszcza jeśli wchodzisz do niej z kimś. Z kim nie musisz żyć w szałasie z kartonu. I poznałeś go dzięki temu, że poszedłeś do miejsca, gdzie wydaje się pieniądze. Albo przez aplikację działającą na sprzęcie, który też nie spada z nieba.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy – to prawda, tylko w sytuacji, gdy zupełnie nie masz kontroli nad swoim życiem, a wzloty materialne i emocjonalne są wyłącznie dziełem przypadku. Jeśli jesteś świadom decyzji, które podejmujesz, a Twoja ścieżka to sumienna realizacja wyznaczonych celów, a nie dryfowanie w łupinie po orzechu na środku oceanu, dobre rzeczy się nie kończą. Trwają.

Wyśpisz się po śmierci – dewiza pracoholików. Tak jak w życiu ważna jest praca, tak samo ważny jest odpoczynek. To pierwsze nie istnieje bez tego drugiego. Nikt z nas nie jest robotem i zarówno ciało, jak i umysł potrzebują przerwy i snu. Gdyby tak nie było, ludzie nie umieraliby po ciągach amfetaminowych.

Jak podaje mfiles.pl:

W Japonii rok rocznie ok. 10 tys. osób umiera na karoshi (śmierć z przepracowania), pracując po 12 godzin dziennie. Jednak dane te mogą być kilkakrotnie zaniżone. Niestety śmierć z przepracowania jest w tym kraju uznawana za chlubę, a rodzina zmarłej osoby jest wynagradzana wysokim ubezpieczeniem.

Jakość broni się sama – złota myśl pojawiająca się zazwyczaj przy kampanii promocyjnej jakiegoś produktu, bądź wytworu kultury, który szybko zdobywa popularność. Jasne, prawdziwa sztuka nie potrzebuje reklamy, powiedz to wszystkim malarzom i pisarzom, którzy żyli w nędzy i zostali docenieni dopiero po śmierci. Pijąc deszczówkę w zaświatach z pewnością się z Tobą zgodzą.

Gdyby jakość broniła się sama w Walentynki w kinach mielibyśmy francuskie komedie i filmy niezależne, a nie „Listy do M. 17” z Karolakiem. A w radiu leciałaby Justyna Święs, a nie generyczne laski śpiewające o byciu suką i piasku w oczach. I gdyby dobrych produktów nie trzeba było reklamować, to działy marketingu, od Apple po Nike, zniknęłyby z powierzchni Ziemi, bo po co przepalać kasę na promocję, skoro ludzie sami dowiedzą się o nowych butach i ich zajebistości?

Od przybytku głowa nie boli – oj boli, i to nie jednokrotnie. Spytaj ludzi, którzy niespodziewanie weszli na wyższy próg podatkowy. Albo, którym porwano dziecko dla okupu.

Żeby osiągnąć cel, trzeba ciężko pracować – motto życiowe właścicieli małych rodzinnych firm, którzy harują dzień i noc, żeby utrzymać je na powierzchni. Oczywiście, niezależnie, czy sprzedajemy krasnale ogrodowe, gramy na harfie, czy chcemy schudnąć 15 kilo, efekty nie przyjdą same i potrzeba pracy, aby osiągnąć rezultaty, ale jest jedno duże ALE. Nie chodzi o to by „ciężko” pracować, tylko „mądrze”. Co z tego, że będziesz wylewał z siebie siódme poty, jeśli to, co robisz będzie bez sensu?

Mając firmę transportową nie chodzi o to, żeby samemu jeździć TIRem, a pogrzebową, żeby samemu grzebać ludzi.  Na tym opiera się choćby sukces AirBnb – po co męczyć się z budową sieci hoteli na całym świecie, skoro można pomyśleć i zarabiać tyle samo albo i więcej, nie mając ani jednej nieruchomości na własność?

Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni – jedno z moich ulubionych powiedzeń, wypowiadane najczęściej w towarzystwie takich frazesów jak „wszystko będzie dobrze” albo „po nocy przychodzi dzień”. Niezawodny pocieszyciel do każdej tragedii. Czy żona Rafała Piaseckiego – posła PiS – jest wzmocniona duchowo, bo mąż przez lata znęcał się nad nią psychicznie? Jakoś nie jestem do końca przekonany. Czy Żołnierz Fortuny trący w Iraku nogę i słuch przez ładunek wybuchający metr od niego, czuje się silniejszy przez to zdarzenie? Nie wydaje mi się. Czy tą samą mądrość z pełnym przekonaniem powiedziałbyś dziewczynie zgwałconej na plaży w Rimini?

Co Cię nie zabije, to Cię sponiewiera, upodli i pokaleczy duszę. A dusza to nie włosy, od regularnego podcinania nie robi się mocniejsza, tylko dziurawa.

O seksie się nie gada, seks się uprawia – jednozdaniowy przepis na nieudany związek. Jeśli ona uwielbia seks oralny, a Ty najniżej, gdzie mógłbyś ją pocałować, to w pępek, to jeśli o tym nie pogadacie, złotych godów raczej z tego nie będzie. Napięcie będzie narastać, będziesz pytać „Coś się stało? Jesteś zła? Co się dzieje, zrobiłem coś nie tak, że od 7 tygodni nie odzywasz się do mnie?”, a ona będzie odpowiadać „Nie. – cisza – Nic się nie stało. – cisza kłująca w uszy – Wszystko. Jest. W porządku. – cisza kłująca w uszy, która chce Ci poprzebijać bębenki”, aż którego dnia wyjdziesz ze śmieciami i nie wrócisz.

Jeśli rozmawiacie o tym, gdzie pójdziecie na obiad albo na jaki kolor pomalujecie ścianę, to tym bardziej powinniście mówić sobie co lubicie w łóżku, a czego nie i czy jest dobrze, czy już zbliżacie się do granicy poza, którą wolisz to robić sam. O seksie, jak o każdym elemencie związku, się gada. Właśnie po to, by móc go uprawiać.