Close
Close

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • rafus

    0,1% się udało, a reszcie nie. Przypadek? Tak sądzę.

  • świętny tekst, kiedyś myślałam właśnie takie historie wyjdą mi z tworzenia drzewa genealogicznego rodzin królewskich. niestety nie zawsze jest to takie kolorowe, brak patronatu i poparcia z Hiszpańskiej strony bardzo mnie zabolały. myślę, że przyjdzie czas to do kończę drzewo z którego wywodzi się królowa Sofia z Hiszpanii. Na blogu Royal Family można dowiedzieć się więcej skim jest spokrewniona np. królowa Sofia : https://karola-royalty.blogspot.com/ .

  • Dot

    Zadziwiła mnie historia Oprah Winfrey, niewiele o niej wiedziałam.

    Bardzo dobry tekst!

  • Agata Deptuła

    Bardzo bardzo motywujące! Takiego kopniaka było mi trzeba! Idę robić rzeczy!

  • LaFemma

    Jedyny problem, że są to wszystko zagraniczne przykłady.

  • Inspiruje! Od siebie podrzucę podobny wpis, ale o 10 znanych kobietach:
    http://pancytat.pl/motywacja/kobiety/

  • napiszę krótko, takie historie zawsze są inspirujące…, warto by było o nich pamiętać w trudniejszych chwilach…

  • Wojciech

    Nie chcę wyjść na malkonenta, ale historię piszą zwycięzcy. Ciekawym byłoby faktyczne zestawienie ilu ludziom z podobnej sytuacji społeczno-materialnej udało się osiągnąć luźno zdefiniowany sukces. Żeby nie było – nie odmawiam umiejętności, ciężkiej pracy i zaangażowania opisanym osobom, ale to tylko warunek konieczny a nie wystarczający. Weźmy takiego Hawkinga – jak piszesz gość jest przegenialnym fizykiem. Kimś takim nie da się ‚zostać’ – taki ktoś się rodzi może raz na pokolenie, może rzadziej. Oczywiście, tak jak piszesz – mógł się załamać i nic nie robić w tej sytuacji i za to należy mu się dożywotni mega props. Ale co z ludźmi w podobnej do niego sytuacji, którzy nie urodzili się geniuszami? Jakoś mniej o nich słychać. Kończąc, to dobrze mieć w głowie ludzi, którym się udało mimo przeciwności i którzy motywują nas do działania, natomiast większość z nas nie jest ‚specjalną snieżynką’ bo światem niestety rządzi rozkład normalny

  • Świetny tekst! Od dawna nie czytałam tak wartościowego i inspirującego tekstu. Dziękuje Janku :)

  • Baśka

    Ja po dniu wczorajszym mam wprost odwrotne przemyślenia. Skreślono mnie z listy studentów, mimo że moja średnia z tego roku to 5,0; zrobiłam literalnie wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby się obronić i, co więcej, każda podjęta przeze mnie decyzja była z wcześniejszego punktu widzenia (ówczesnego, gdy ją podejmowałam) dobra. Ale moja promotorka zaginęła, wzięła urlop, a potem zachorowała. Bo widzicie, to ciężka sprawa, ale czasem trzeba po prostu mieć szczęście, czasem nasze plany zależą od innych ludzi, nie od nas, czasem naprawdę mamy guzik do powiedzenia i, niestety, nie jest to tylko wymówka. Jasne, że trzeba robić wszystko, żeby dążyć do swoich celów, ale czasem to jest za mało. Czasem waga tego na co mamy wpływ, w stosunku do tego, na co wpływu nie mamy jest maleńka. I to jest właśnie życie. Efekt pracy, przypadku, przeszłych zdarzeń i innych różności.

    • Nie można było zmienić na szybko promotora? W sensie czy uczelnia tego nie umożliwiła? :(

      • Baśka

        Nope. Jako się rzekło, zrobiłam wszystko. :)

        • Wielka szkoda, no i trochę wstyd dla uczelni, jeżeli powodem skreślenia z listy studentów był tylko brak zaliczenia seminarium/brak oddania pracy w terminie, który nie zależał od Ciebie. I co teraz, musisz od nowa zaliczać rok?

    • Sytuacje miałam identyczna i z perspektywy pt. rok później widzę to opóźnienie jako dar od losu ;) Znalazłam super prace, w dużym stopniu dzięki statusowi studneta który nie musi w ogóle chodzić na zajęcia. Odlozylismy więcej kasy bo wciąż miałam na wszystko zniżki studenckie. A ja napisałam na spokojnie prace i odpoczelam po tej niepotrzebnej gonitwie żeby zdążyć w tamtym roku. No i pocwiczylam asertywność i walkę o swoje gdy pół świata probowalo mi wmówić zdążyć to dramat zycia bronić się rok później. Generalnie – wyszło mi na dobre.

  • Magdalena Efler

    Duuużo literówek :)

    Komentarz do tekstu: Dzięki, stary.

    Jakbys chciał zatrudnić kiedyś korektora, to ja się zgłaszam!

    • Możesz mi wskazać, w których miejscach są te literówki? Bo znalazłem tylko jedną w tytule filmu.

      • Magdalena Efler

        Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego. <- wzorców

        A J. K. Rowling stała milionerką. – stała się

        a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny. – stworzył/chciał stworzyć

        Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę. – do wygranej, chyba lepiej :)

        Jan, ale tekst super. Zostałam zmotywowana.

  • magdagab

    Miałam ciary podczas czytania, wow!

  • Janek, dzięki za ten tekst!

    • Nie ma za co, polecam się na przyszłość!

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

Czy „Botoks” jest tak beznadziejny jak mówią? I dlaczego nie?

Skip to entry content

Z filmami Patryka Vegi jest jak z kebabem w nadmorskim kurorcie, raz jest Ci dobrze w środku i chcesz więcej, a raz tak Cię skręca, że musisz biec do kibla zanim zobaczysz koniec. Reżyserowany przez niego serial o policjantach z 2005 roku jest świetnym dramatem, od którego trudno się oderwać, natomiast „Ciacho”, to bardzo nieśmieszny żart, który miał być 30-sekundową reklamą podpasek na TVNie, ale zrobili z niego dwugodzinny film, bo znalazło się więcej reklamodawców.

Do której z tych grup zalicza się „Botoks”, który z jednej strony jest jechany z góry na dół, a z drugiej, miał najlepsze otwarcie w 2017 roku pod kątem zysków ze sprzedaży biletów? Po części do obu.

„Botoks” jest beznadziejny bo…

…to „Pitbull 4″. Widząc zarówno zwiastun, plakat, jak i aktorów występujących w filmie, ma się nieodparte wrażenie, że to kontynuacja sesacyjniaka o policjantach. I w trakcie seansu, już po kwadransie nie ma wątpliwości, że tak jest. Tyle, że policyjne mundury zastąpiono lekarskimi fartuchami, Stramowski ma dłuższe włosy po bokach, a Oświeciński zapuścił brodę.

Poza tymi detalami, to bardzo wierna kalka z tym samymi schematami fabularnymi, ujęciami, montażem i wiecznie wkurwionymi bohaterami. I tym razem nie działa.

…ten film to chaos. Tak jak w poprzedniej części, mamy milion postaci, trzy miliony wątków, i siedem miliardów anegdotek. Jest pato-laska robiąca karierę od zera do senior sales managera, jest trauma powypadkowa, jest eutanazja, jest aborcja, jest transseksualizm, jest współżycie z psem, jest zdrada, jest toksyczny partner, jest nawet gwałt na nieboszczyku i leki homeopatyczne.

Jest po prostu wszystko, jakby Vega był na studiach i zrobił zapiekankę z resztek jedzenia, które zostało mu w lodówce, nie zwracając uwagi, czy to śledzie, czy ananas.

…chuj, kurwa, jebać, chuj. Nie mam absolutnie nic przeciwko wulgaryzmom – bo sam ich używam i w życiu prywatnym, i w tekstach na blogu – o ile ich pojawienie się jest uzasadnione. Wiecie, emfaza i te sprawy. W „Botoksie” niestety nie jest. Tu już nawet nie używa się „kurew” zamiast przecinków. Tu „kurew” używa się zamiast słów. I o ile jeszcze w poprzednich częściach, gdzie próbowano pokazać twardy, gangsterski świat, mogłem przymknąć na to oko, o tyle w epizodzie rozgrywającym się w szpitalu, od tego przekoloryzowania dostajesz epilepsji.

Żeby nie było, ja rozumiem stylizację językową w celu urealnienia postaci, ale znam kilku młodych lekarzy – i kilku niemłodych też – i nawet po butelce Piccolo na głowę nie rzucają mięsem z taką częstotliwością. I to w sytuacjach, w których pije się Piccolo, a co dopiero w pracy.

…Oświeciński. Jestem pewien, że Tomek jest mega spoko gościem i można by z nim Świeżaki kraść, ale póki co, to kulturysta jednej roli. Gra na tyle, na ile potrafi, w kółko to samo, a nawet najlepszy żart powtórzony drugi raz już tak nie śmieszy. Żart z Oświecińskim jest dość przeciętny, a powtarzają go tu po raz trzeci.

…reżyser udaje, że to film zaangażowany społecznie.

Nie wiem, czy do tej pory ogarnęliście, co dzieje się w „Botoksie”, ale jeśli nie, to Wam na szybko streszczę. Jest pato-rodzina: pato-koks, pato-meliniara, pato-matka i pato-ojciec, matka się zapija na śmierć, potem jest JEEEEB, ojca potrąca samochód, potem są wrzutki na homoseksualistów, potem jest kobieta, w której zaklinował się penis jej psa, potem jest koleś z butelką w dupie, potem jest aborcja, potem znowu jest JEEEEEB, typ spada z motocyklu waląc dyńką o beton, potem jest szybkie ruchanko, potem Agnieszka Dygant ma depresję, potem Olga Bołądź zostaje karierowiczką, potem Piotrek Stramowski masturbuje się przy Mariecie Żukowskiej, potem znowu jest JEEEEEB, a potem Kasia Warnke płacze, bo jest w ciąży, a zrobiła 721 aborcji innym babkom, a w międzyczasie Janusz Chabior rzuca rymowanki pokroju entliczek-pentliczek, tylko wstawiając „chuje” w środku, a potem znowu jest JEEEEB, cukier puder w tabletkach, żart z ruchania trupa i ćpanie opiatów do nosa.

I gdzieś w tym wszystkim ma być misja i głębszy przekaz. I go nie ma.

To jest w ogóle główny problem tego filmu, że autor nie wie, czy chce zrobić przegląd dowcipów o lekarzach, czy „Big Short”, tylko z medycyną estetyczną zamiast gry na giełdzie, czy jednak dramat pokazujący ciemne oblicze aborcji. I przez to „Botoks” bardzo dużo traci, bo gdyby Vega na samym początku określił czym ma on być, a potem w trakcie realizacji wykazał się samodyscypliną i tego trzymał, to może mielibyśmy to, co w „Nowych porządkach”. Czyli  dobre kino rozrywkowe, które nie udaje, że jest czymś więcej.

A tak mamy chybocący się wiatrak z lekarskich stereotypów, na stelażu z aborcji i łapówek, napędzany wulgaryzmami.

 

„Botoks” nie jest beznadziejny bo…

…Katarzyna Warnke, Marieta Żukowska, Agnieszka Dygant. Panie grające w filmie są chyba najjaśniejszą jego stroną. Stają na rzęsach, żeby ich postacie nie były papierowe, i nie przewracają się. Lekarki są pełnowymiarowe, namacalne i nawet, gdy każdej z nich przydarza się ciąg zdarzeń zarezerwowany dla całego pokolenia lekarzy, przeżywamy to razem z nimi, mimo wszystko wierząc w ich istnienie. A pomijając już warsztat aktorski, Marieta Żukowska wygląda tak ślicznie w tych krótkich włosach, że mógłbym przez te 135 minut tylko patrzeć jak się śmieje i płacze na przemian.

…Vega nie bierze jeńców. Mimo, że reżyser zrobił z Warszawy niskobudżetowe Ghotam City, gdzie rolę Jokera przejmuje szefowa koncernu farmaceutycznego zatrudniającego same laski, to ta karykatura i przeginanie ma swój urok. Oczywiście miałaby go dużo więcej, gdyby nie dorabianie kiepskiej ideologii, ale i tak, poruszanie mocnych tematów bez półśrodków, wstyd się przyznać, jakoś mnie przyciąga. W końcu to nie kolejna ckliwa produkcja z Karolkiem, gdzie ludzie używają jednorazowych maszynek do golenia tylko raz, i w przypływie gniewu warczą „motyla noga”.

…są emocje. Czyli główny powód, który nie pozwala mi skreślić czwartej części „Pitbulla”.

Może mam mało wyrafinowany gust, ale naprawdę kilka scen w tym filmie mnie zaciekawiło i jakoś poruszyło. Mimo, że nie zgadzam się z przedstawionym w nim stanowiskiem na temat usuwania ciąży, to skłamałbym, gdybym powiedział, że nie przeszedł mnie dreszcz, gdy widziałem moment wykonywania tego zabiegu. Albo moment porodu. A nawet moment cięcia warg sromowych. Fakt, że może są to obrazy zbyt naturalistyczne i skalkulowane na szokowanie, ale – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, po tym wszystkim, co wcześniej napisałem – ruszyły mnie i choć przez chwilę zmusiły do refleksji.

A o to właśnie w wytworach kultury chodzi.

 

Czy warto iść na „Botoks” do kina?

Podsumowując wszystkie za i przeciw, a przede wszystkim biorąc po uwagę, że przed filmem pojawiło się logo Showmaxu: nie, nie warto iść na „Botoks” do kina. Chyba, że macie darmowe bilety z Multisporta, ale jeśli płacilibyście za nie normalnie, to film nie jest na tyle rozrywkowy, żeby się na nim bawić, ani na tyle dramatyczny, żeby doznawać w trakcie seansu katharsis. Można natomiast poczekać dwa miesiące, aż pojawi się na Showmaxie i założyć darmowe konto na 14 dni, by go obejrzeć.

Nie jest to ani taka poracha jak „Smoleńsk”, ani taki kozak jak „Drogówka”, ot typowy średniak. Seans raczej Cię nie rozwinie intelektualnie, ale też nie powinien bardzo zubożyć.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z materiałów promocyjnych filmu „Botoks”

---> SKOMENTUJ