Close
Close

Wigilijne pole min – jak je przejść i nie stracić nogi?

Skip to entry content

Bez zbędnych wstępów: typ, z którym macie się na wyłączność, choć jeszcze nikt nikomu nie owijał palców metalem, zaprosił Cię na Wigilię. Do swojej rodziny. I nie oszukujmy się, nogi Ci się trzęsą jakbyś miała skakać na bungee, bo to pierwszy raz. Ale lajtowo, jak to mówiła młodzież w 2004, dzięki dzisiejszemu wpisowi, nie będzie to skok bez liny. Przeprowadzę Cię przez wigilijne pole min, tak, żebyś w trakcie kolacji nie musiała wymykać się do toalety i googlować frazy „proteza stopy i twarzy tanio”.

Co dać w prezencie?

W świętach nie chodzi o prezenty. W świętach chodzi o to, żeby w 3 dni zjeść tyle co przez cały poprzedni miesiąc i nie przytyć. Mimo wszystko, jednak głupio przyjść tak w gości z pustymi rękami, dlatego najlepiej mieć w nich butelkę czerwonego wina za dwie dychy.

Jeśli lubisz ryzyko, i zdarza Ci się wyjść z domu z telefonem na końcówce baterii, to możesz pójść na całość i kupić jakieś indywidualne upominki dla pani i pana domu. Przy czym, ustalmy sobie jedno na wejściu: „indywidualne” trzeba wziąć w cudzysłów wielkości „y” w napisie HOLLYWOOD, bo jak źle trafisz, to będzie jedno wielkie „yyyyyyyy… (w domyśle „co to jest? wolę, żeby mój syn poszedł do seminarium niż spotykał się z tą kobietą!”)”. Dlatego, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której kupiłaś wejściówkę na strzelnicę komuś, komu zastrzelono rodziców na wojnie, zagraj niesamobójczo. I matce kup jakiś drobny kosmetyk, a ojcu spinkę do krawata. Szybciej ją zgubi niż użyje, ale zrobi mu się miło, że pomyślałaś, że mógłby to zrobić.

Jak się ubrać?

Zacznijmy od podstaw. „A” to samogłoska, „B” to spółgłoska, stolica Meksyku to Meksyk, a sukienka, w której widać, czy w lipcu opalałaś się z bielizną, czy bez, to nie jest dobry strój na tę okazję. I to nie chodzi o jego rodziców. Chodzi o jego wujków. I kuzynów. Zwłaszcza kuzynów. Nie będziesz się czuła dobrze, kiedy będziesz czuła, że jesteś opięta kombinezonem do nurkowania ze spojrzeń. Poza tym, jego starzy mogą mieszkać w kamienicy i będzie pizgać.

Biała koszula, granatowy sweter, czarne rajstopy i ołówkowa spódnica. To Twój zestaw na ten wieczór. Może z rozpędu załapiesz się nawet na pasowanie na ucznia.

O czym rozmawiać?

Jeśli przy stole są nieletni, możesz przełamać pierwsze lody rzucając coś w stylu „a wiecie, że Święty Mikołaj nie istnieje?” albo bardziej na czasie „Czuux, to mój ulubiony polski raper”. A tak serio, to żeby nie było rzeźni, wystarczy, że nie będziesz rzucać mięsem. I raz na jakiś czas się uśmiechniesz.

Gorzej z dorosłymi. Tu lista pułapek jest dłuższa niż kolejka do baru w Forum. Nawet jeśli ich syn nie ma na budziku Ojca Dyrektora, to i tak nie wiadomo, czy jego starzy nie słyszą strzałów w 1:15. Polityka odpada i większość aktualnych wydarzeń też, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie ktoś wyjedzie z czystą rasowo Europą. Podobno najbezpieczniej rozmawiać o pogodzie, ale tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nie trafił na zatwardziałego ciepłolubca, gdy za oknem śnieży jak w „Zjawie” i wszyscy tylko czekają, aż Leo zajmie miejsce dla zbłąkanego wędrowca.

Jeśli to Twoje pierwsze spotkanie z jego rodziną, albo na poprzednich nie udało Ci się wybadać, które tematy skutkują wybiciem włazu od studzienki kanalizacyjnej, zastosuj jeden prosty trik wart dwóch tysięcy waz z uszkami, za który wszystkie jego byłe Cię znienawidzą: zacznij rozmowę od chwalenia jedzenia. Nie ma ludzi, którzy by nie byli łasi na komplementy, a jeśli jeszcze chwalisz ich pracę publicznie, to jest duże prawdopodobieństwo, że pożyczą Ci na wkład własny.

Jak z jedzeniem, jak z piciem?

Jeść jak najwięcej, pić jak najmniej.

Jak już wcześniej ustaliliśmy, nic tak nie zjedna Ci ludzi, jak utwierdzanie ich w przekonaniu, że są dobrzy w tym co robią. Jak przyszła teściowa zobaczy, że jej karpie, śledzie i kutie wchodzą Ci jak Norek do Krawczyków, pokocha jak swoją. Gorzej jeśli nie jesteś w stanie zjeść dwóch kilogramów ryb i pięciu ciasta za jednym posiedzeniem. Albo kiedy ryba jeszcze wali mułem. Zostaje Ci wykorzystanie umiejętności nabytych w korpo: symulacja i delegacja. Symulujesz, że ze smaku wylizujesz talerz i delegujesz jego zawartość do lubego. W końcu on Cię tu ściągnął, więc niech teraz kombinuje jak przetrawić drugą porcję.

Jak jesteśmy już przy trawieniu, to przejdźmy do alkoholu. A w zasadzie na tyle, ile to możliwe, obejdźmy go łukiem. Pij jak najmniej, w pierwszy dzień świąt podziękuje Ci za to żołądek, wątroba i poczucie godności. Co zrobić jak wszystkie wujki i ciocie namawiają i pada sakramentalne „ale ze mną się nie napijesz?”. Uciekać. Od alko-patologii rodzinnej trzeba po prostu uciekać.

Czego życzyć?

Szczere to powinno być złoto, a życzenia wigilijne najlepiej jak są po prostu zwięzłe, bo w kolejce czeka kilka innych osób. Złota trójca – „zdrowia, szczęścia, pomyślności” – w tej sytuacji jest jak dwa razy 2forU w McDonaldzie przed imprezą – wystarczy. Jeśli za wszelką cenę chcesz być oryginalna i dodać coś od siebie, to dodaj „droga ciociu” przed wyliczanką. Z imieniem bym nie ryzykował, bo jeszcze złapiesz gumę i odbijesz od bandy.

Bardziej niż samym copywritingiem życzeń, martwiłbym się jak nie dostać podrażnienia na skórze od wąsów wujków, którzy będą Cię całować po policzkach. Na ból polecam Ibuprom Max, a na wszelki wypadek makijaż słabszy niż mocniejszy, bo zanim siądziesz do kolacji Twoja twarz będzie wyglądała jak nieudane graffiti.

***

Jesteś gotowa. Tylko pamiętaj o uśmiechu. Działa cuda.

(niżej jest kolejny tekst)

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
WeronikaJan FavrePatrycja Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Patrycja
Gość
Patrycja

Możesz napisać tekst o tym co kupić w Rossmanie na promocji, jak nie nabawić się hemoroidów czy 25 domowych sposobów na ból gardła, a ja i tak będę to czytać z wypiekami na twarzy, próbując ukryć śmiech. Oczywiście siedząc w pracy na incognito, bo Janek COŚ napisał i muszę to przeczytać TERAZ. Twoje porównania to MAJSTERSZTYK! Dzięki, że jesteś i że piszesz!

Jan Favre
Gość

Rany, dziękuję z całego, bardzo miło mi to czytać!

Weronika
Gość
Weronika

Tego było mi trzeba! :D

Jan Favre
Gość

Powodzenia!

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Jeśli nie jesteś ode mnie lepszy, to nie udzielaj mi rad!

Skip to entry content

Jest tylko jedna rzecz gorsza od obudzenia się na kacu bez wody w zasięgu wzroku. Rada, o którą nie prosiłeś, od osoby, której tylko wydaje się, że wie o czym mówi.

Kilka dni temu byłem na pizzy. W knajpie. Pizza rewelacyjna, knajpa ciut gorsza. Niby udaje, że jest modna, lanserska i jak się oznaczasz w niej na Instagramie, to penis rośnie Ci o centymetr, ale stoliki są tak blisko siebie, że jak mówisz osobie, z którą przyszedłeś, że „La La Land” był średni, to nigdy nie wiadomo, czy nie dostaniesz w ryj od laski siedzącej obok. W sensie, jakbyś chciał przeprowadzić z kimś prywatną rozmowę, to musiałbyś porozdawać wszystkim dookoła zatyczki do uszu. Albo wyjść z knajpy.

Dwie laski siedzące po mojej lewej nie wybrały żadnej z tych opcji, przez co usłyszałem rozmowę, która kończyła się mniej więcej tak:

– …i ty teraz sobie projektujesz biżuterię i podróżujesz, a ja skończyłam to pieprzone  zarządzanie, tak jak chcieli moi starzy, i nie mogę znaleźć pracy – powiedziała wkurwiona blondynka pijąca piwo przez słomkę, do próbującej się nie wkurwiać szatynki pijącej prosecco. Bez słomki.

Blondynka była piramidą z kulek żalu, które zaraz rozlecą się po podłodze, z dwóch powodów. Po pierwsze: rodzice ją oszukali. Odkąd nauczyła się mówić „nie chce mi się”, powtarzali, że studia są gwarancją sukcesu i wielkich pieniędzy, i że gdy tylko odbierze dyplom magistra Uniwersytetu Ekonomicznego, pracodawcy będą walić drzwiami i oknami jak oddział antyterrorystyczny. Po drugie: szatynka nie przytyła odkąd ostatnio się widziały. A ona tak.

Taki ze mnie dietetyk jak z Karoliny Szostak, więc odpuśćmy drugą kwestię i zajmijmy się tylko pierwszą. Przed, po, a już zwłaszcza w trakcie studiów, spotkałem naprawdę wiele osób, które nawet nie tyle wybrały kierunek pod wpływem rodziców, co zwyczajnie żyły według ich planu. Nie kwestionując, czy to na pewno dobry pomysł. Bo przecież rodzice wiedzą najlepiej.

Pomijam już aspekt decydowania o samym sobie i bycia ubezwłasnowolnionym, ale w momencie kiedy oddajemy innej osobie swój los do wykucia, to warto zwrócić uwagę, czy ten człowiek w ogóle miał kiedyś w rękach kowadło.

Jeśli Twój stary nazywa się Solorz, jest na liście „Forbesa”, otrzymał Perłę Honorową Polskiej Gospodarki albo chociaż jest prężnie rozwijającym się przedsiębiorcą, to jasne, warto posłuchać jego rad w kwestii zarabiania pieniędzy, bo chłop bez wątpienia wie o czym mówi. Jeśli jednak żaden z Twoich rodziców nie jest finansowym nindżą i może to Twoja wrodzona lub nabyta wada wzroku, ale jakoś nigdy nie widziałeś w domu przepychu i bogactwa, to co daje im prawo, by mówić Ci jak ułożyć sobie życie zawodowe? Czy to nie jest absurdem, że ludzie którzy nie grzeszą hajsem, dają Ci rady skąd go wziąć? Przecież gdyby Twoi rodzice faktycznie wiedzieli, a nie tylko im się wydawało, że wiedzą jak zbijać kokosy, to już dawno by to robili.

To działa dokładnie tak samo z innymi dziedzinami życia.

Jak kumpela, która jest notoryczną singielką i najbliżej z mężczyzną była w 501 kiedy zarzuciło autobus wchodząc zakręt na Czarnowiejskiej, może Ci dawać porady związkowe? Albo jest w związku, ale toksycznym? On traktuje ją przedmiotowo, ona ma problem z poczuciem własnej wartości i jest wniebowzięta, że w ogóle ktoś z nią jest. To tak jakby topielec prowadził kurs pływania. Kiepski autorytet, co? Podobnie matka, która spędziła cały życie przy garach, nie mając nigdy czasu dla siebie, raczej nie powinna być specjalnie wiarygodna mówiąc, że dla kobiety najważniejszy jest ślub.

Od dłuższego czasu wyznaję zasadę, że rady przyjmuję wyłącznie od lepszych ode mnie albo chociaż od osób na moim poziomie w danej dziedzinie. I to niezależnie, czy chodzi o rozwój pisarski, dobór ciuchów, czy decyzje na poziomie „znaleźć żonę i płodzić dzieci, czy pojechać na stopa dookoła świata?”.

Wujków Dobra Rada jest od groma wśród znajomych, w rodzinie, a zwłaszcza w sieci, gdzie każdy ma zdanie na każdy temat i w dodatku jest w tym ekspertem. Wiadomo. Nie wiadomo tylko, po co miałbym słuchać kogoś, kto ma takie pojęcie o tym co robię, jak Jarosław Kaczyński o marihuanie. Odkąd założyłem bloga, regularnie dostaję wskazówki o czym powinienem pisać. I super, że ktoś tak bardzo chce mi, biednemu i zagubionemu, pomóc znaleźć światło w tunelu. Problem jest tylko taki, że z nieproszoną pomocą nie przychodzi Volant, czy Janina Daily, tylko Mietek98 z nikąd.

To trochę jakby do trenera FC Barcelony przyszedł typ wyrabiający 8-godzinny etat pierdzenia w stołek i mówił mu jak powinien szkolić piłkarzy.

I oczywiście tak jest. Po każdym meczu sieć zalewa powódź komentarzy z radami jak powinni grać, jak nie grać i którą stroną noża rozsmarowywać masło na chlebie. I nikt z osób, do których kierowane są te uwagi nie bierze ich na serio, bo jak brać na serio uwagi od kogoś, kto ostatni raz kopał piłkę w szkole średniej?

Nie wiem skąd to się bierze, ale naprawdę, jeśli zaczynam swoją przygodę z rysowaniem, a Ty nie jesteś zajebistym ilustratorem, to czemu wydaje Ci się, że Twoje uwagi są radami, a nie tylko subiektywnym wrażeniem laika, który nie ma pojęcia o temacie, na który się wypowiada? Przecież to, że nie podoba Ci się moja praca, zupełnie nie oznacza, że jest słaba, czy niejakościowa, znaczy to dokładnie tyle, że Ci się nie podoba. Nie trafia w gust JEDNEJ osoby. Tylko tyle. A z gustem jest jak powodzeniem u kobiet – wielu chciałoby go mieć, ale większości tylko się wydaje, że go ma.

Ja wiem, że modnie być otwartym na dialog i w ogóle, przyjmowanie krytyki to super sprawa w kwestii budowania wizerunku. Tylko, że takie podejście to zamach na własny rozwój i najprostsza droga do zrobienia sobie wody z mózgu. Konkretnie to wody z kibla.

Na pewno kojarzysz Jessicę Mercedes – najpopularniejszą w Polsce blogerkę modową. Ma prawie milionową armię fanek i całkiem spory oddział anty-fanek. Te pierwszą ją kochają, te drugie, gdyby mogły dodałyby jej kminku do chleba. Skala oceny jej osoby i tego co robi waha się do bogini, do podczłowieka. Gdyby miała przyjmować do siebie wszystkie „rady” od osób, które wypowiadają się na jej temat i analizować, które z nich mają sens, to dawno wylądowałaby w psychiatryku. A już na pewno nie zaszła tak wysoko w świecie mody. I biznesu.

Czasem przeglądam dyskusje pod jej zdjęciami i widzę komentarze typu:

– Niepotrzebnie ubierałaś tak wysokie obcasy, nie pasują do tych spodni.

– Źle dobrałaś cienie do powiek, poszerzają ci twarz.

– Naucz się pozować, bo stoisz jak pokraka.

To nie są uwagi ani od Karla Lagerfelda ani od Joanny Przetakiewicz. To widzimisię przypadkowego przechodnia.

Z takich rad nie tyle nie powinno się, co nie wolno korzystać, bo są szkodliwe.

Jeśli nie jesteś ode mnie lepszy, to nie udzielaj mi rad. Christopher Nolan nie tworzy oscarowych filmów, bo czyta na Filmwebie uwagi od osób, które w życiu nie widziały kamery na oczy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest clement127

idiota – w slangu notorycznych singielek, najczęściej oznacza mężczyznę, którego nie interesuje trwały związek, lecz jednorazowy seks, ewentualnie wielorazowy, ale bez zobowiązań

Po kolejnej znajomości, która skończyła się szybciej niż się zaczęła, stajesz na środku pustego placu w deszczową noc, rozkładasz ręce, unosisz twarz ku niebu i krzycząc, pytasz czemu trafiasz na samych idiotów? Bo znowu trafiłaś na dupka i to jeszcze większego, niż ten poprzedni? A wiesz ile jest 2+2? Jaka zupa wyjdzie po dolaniu śmietany do żuru? Jak zareaguje 6-latek, gdy wręczysz mu nowy zestaw Lego, a potem powiesz, że ma iść spać? Jaki kolor uzyskasz kiedy zmieszasz niebieski z żółtym? I przede wszystkim, co się stanie, kiedy włożysz rękę w środek ogniska?

Wiesz?

Nie kłam.

Gdyby te zależności były dla Ciebie oczywiste, to nie pytałabyś czemu trafiasz na samych idiotów.

Trafiasz na samych idiotów, bo prawdopodobnie widziałaś ich w dzieciństwie

Nie żebym znał Twoich rodziców, a tym bardziej miał coś do nich, ale kobiety bardzo często wybierają partnerów podobnych do swoich ojców. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Glenn Geher, przez Chrisa Fraleya, przez studentów z Uniwersytetu Wrocławskiego, przez amerykańskich naukowców i przez moją znajomą z licencjatu, która sprawdziła tę tezę empirycznie na grupie 27 swoich byłych.

Patrząc przez lata dzieciństwa na swoich rodziców, którzy w tym okresie są wzorcami kobiety, mężczyzny i związku, w dorosłym życiu naśladujemy ich. Nieważne, że zdroworozsądkowo nie ma nic fajnego w facecie, który Cię nie szanuje, traktuje przedmiotowo albo zdradza. Ważne, że małżeństwo Twoich rodziców tak wyglądało i obserwując ich przez naście albo dzieścia lat, zakodowałaś sobie, że tak właśnie powinna wyglądać relacja między kobietą, a mężczyzną.

I mimo, że w rozmowach z koleżankami mówisz „nigdy w życiu”, to podświadomie ciągnie Cię do kogoś takiego.

Trafiasz na samych idiotów, bo chodzisz do miejsc, gdzie najłatwiej ich znaleźć

Ja wiem, że prawdziwą miłość można znaleźć wszędzie. Serio. Kiedyś mój kumpel zagadał dziewczynę w kolejce do toalety w Maku, a dzisiaj mają wspólny kredyt na M3. Mam też znajomą, która poznała obecnego męża w chórze kościelnym, i znam parę, która została parą, bo ona, cofając pod Carrefourem, wgniotła mu zderzak i zostawiła swój numer telefonu za wycieraczką. Da się? Da się.

Da się też z Ruczaju dojechać do Nowej Huty na zaciągniętym ręcznym, ale mimo wszystko łatwiej to zrobić spuszczając hamulec.

Tak jak na Allegro da się kupić niepodrabiane Air Maxy w dobrej cenie, tak w klubie da się znaleźć kogoś, kto nie przyszedł tam tylko po seks. Jednak dziwić się, że facet poznany na dyskotece nie chce się wiązać po szybkim numerku, to jak być zaskoczonym, że pies szczeka, a kaktus kłuje. Chodząc do miejsc, w których głównym celem jest zabawa, hedonizm i  zabawa, naprawdę trudno oczekiwać, żeby poznani tam mężczyźni nagle chcieli zakładać rodziny i wybierać razem tapetę w Castoramie.

Dla Ciebie gość, który przestał się odzywać po tym jak poznałaś go w klubie, a później poszliście do łóżka, jest idiotą. Spoko. Ale w rzeczywistości to Ty poszłaś do sieciówki z koszulkami, które kurczą się po pierwszym praniu, licząc, że znajdziesz taką, która starczy Ci na całe życie.

Trafiasz na samych idiotów, bo ich znasz i wiesz jak z nimi postępować

Pamiętasz „Rejs”? Ten stary czarno-biały film ze Stanisławem Tymem i Janem Himilsbachem? Nie? Luz, ja też średnio, bo za bardzo mnie nie śmieszy, jednak pada tam jedna wypowiedź, na którą naprawdę warto zwrócić uwagę. Przy ustalaniu treści piosenki dla kapitana, Zdzisław Maklakiewicz mówi tak:

Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?

I nie dość, że faktycznie tak jest, to jeszcze ma to przełożenie na inne dziedziny życia.

Na imprezie ludzie bawią się najlepiej przy kawałkach, które najlepiej znają. W przemyśle filmowym najbardziej opłaca się robić kontynuacje i kolejne części tytułów, które już się sprawdziły. Ludzie chodzą na nie najchętniej, bo wiedzą czego się spodziewać i nad portfelem nie wisi widmo rozczarowującego zaskoczenia. Stąd ekshumacja „Gwiezdnych wojen”,„Rocky 14”, „Szybcy i wściekli 57” i kolejne świąteczne komedie z Karolakiem. To samo działa w przypadku książek. I jedzenia. I partnerów.

Lubimy to, co już znamy.

Gość może być stuprocentowym dupkiem, ale Ty w kwestii postępowania z dupkami masz już doktorat, więc, paradoksalnie, taki wybór Ci odpowiada, bo jest bezpieczny. Wiesz jak nawiązać znajomość z dupkiem, jak się z nim obchodzić, jak podtrzymywać zainteresowanie swoją osobą i przede wszystkim: na co go stać.

A co by było, gdybyś zaczęła umawiać się z nie-dupkiem? Stara, przerąbane, jak to mawiają iluzjoniści po nieudanej sztuczce z siekierą. Musiałabyś wszystkiego uczyć się od początku, całej instrukcji obsługi i serwisowania, i nie byłabyś w stanie przewidzieć jego kolejnego kroku. A gdyby przewidywalność była walutą, to w dorosłym życiu miałaby wyższy kurs niż bitcoin.

Trafiasz na samych idiotów, bo nie zauważasz normalnych facetów

Nie ma ludzi, którym przydarzają się tylko i wyłącznie złe rzeczy. Jest za to sporo osób, które tak sądzą. Podobnie, nie ma ludzi, którym przydarzają się tylko i wyłącznie rzeczy dobre. Przekonanych o tym natomiast jest sporo mniej, niż tych pierwszych, jednak obie te grupy mają trochę racji. Bo to kwestia filtru jaki nakładasz na swoją świadomość.

Jest taki gość, który nazywa się Joseph Murphy i napisał światowy bestseller: „Potęga podświadomości”. Zasadniczo, całą tę książkę można by zamknąć w dwóch stronach maszynopisu, bo kolejne rozdziały są niekończącą się parafrazą jednego zdania: Twoje myśli się materializują.

Jeśli w kółko powtarzasz sobie, że świat jest polem minowym i jedyne co ma Ci do zaoferowania, to kop w dupę, to tak jest. Skupiasz się wyłącznie na negatywach i zupełnie nie dopuszczasz siebie pozytywów. Każde zdarzenie nieprzystające do Twojej wewnętrznej narracji wypierasz ze świadomości. Więcej, przez nakręcanie się, że wszystko jest źle, prowokujesz sytuacje, które potwierdzają Twoją tezę, żebyś mogła powiedzieć „oho! a nie mówiłam?”.

Podobnie jest z relacjami damsko-męskimi. Jeśli w kółko wmawiasz sobie, że trafiasz na samych idiotów i że normalnych, wolnych facetów już nie ma, to tak się dzieje. To znaczy, ci nie-idioci byli, są i będą, ale Ty zwyczajnie ich nie zauważasz. Twój filtr pod tytułem „porządni faceci wyginęli, dlatego jestem skazana na dupków” nie zarejestruje nie-idioty, nawet gdybyś wpadła mu w ramiona potykając się o krawężnik.

Jesteś zaprogramowana przez siebie samą, że takich mężczyzn nie ma lub że nie zasługujesz na nich, dlatego ich nie dostrzegasz.

Trafiasz na samych idiotów, bo…

…przyciągasz ich do siebie.