Close
Close

8 typów ludzi, których warto usunąć ze znajomych na Facebooku

Skip to entry content

Zwykło się mówić, że internet to wirtualna rzeczywistość, sugerując, że to co się w nim dzieje, nie jest prawdziwe. Pod koniec lat 90-tych, przynajmniej w Polsce, sieć faktycznie była ciekawostką, którą mało kto traktował serio. Modemy brzmiące jak spieprzone radio i czas ładowania pojedynczej strony trwający tyle, co reklamy na TVNie. Dzisiejsza codzienność nie ma już nic wspólnego z ówczesnym przywożeniem internetu taczkami i czekaniem na tańszy transfer jak na deszcz w Ugandzie.

Dziś sieć jest wszędzie, dla wszystkich, i jeśli kogoś w niej nie ma, to znaczy, że nie istnieje. A świat, w którym emocje wyrażasz za pomocą żółtej buźki, ma taki sam wpływ na Twoje życie, jak ten w którym musisz napiąć mięśnie mimiczne, żeby pokazać, że się śmiejesz. Jeśli nie większy.

Według badań przeprowadzonych przez portal AdWeek.com, przeciętny człowiek – czyli średnia z cyfrowego analfabety i komputerowego ćpuna – spędza codziennie na Facebooku 35 minut. W sumie, we wszystkich mediach społecznościowych, ponad 2 godziny. To ponad 30 dni rocznie. Miesiąc. Wątpię, żeby ktokolwiek z czytających, kto zakończył już edukację, spędzał tyle czasu w ciągu roku ze swoim przyjacielem. Albo rodzicami.

Tak jak w świecie namacalnym selekcjonujesz ludzi, którym poświęcasz bezpowrotnie mijające minuty, tak w świecie cyfrowym, powinieneś robić dokładnie to samo. I nie czytać na swojej tablicy, budzących w Tobie negatywne emocje, wypocin człowieka, z którym dwa razy w życiu jechałeś autobusem. Zresztą, takiego z którym przez całe wojsko spałeś na jednej pryczy też nie. Nikogo, kto najzwyczajniej w świecie Cię wkurwia.

Życie jest za krótkie, żeby oglądać polskie komedie romantyczne i mieć kontakt z ludźmi, którzy źle na Ciebie wpływają. Dlatego, jeśli nie z rzeczywistości, to powinieneś ich usunąć, chociaż ze znajomych na Facebooku.

Kogo konkretnie?

Konkursowicz – dzień bez żebrania o głosy w konkursie, w którym może wygrać pół kostki margaryny i zestaw ołówków z IKEA, to dzień stracony. Nie złoży Ci życzeń na urodziny, ale przypomni, że potrzebuje jeszcze tylko 3278 klików, żeby przejść do kolejnego etapu. Czytając wiadomości od niego masz wrażenie, że pomyliłeś Messengera z pocztą na O2, brakuje tylko nagłówków „Większy penis już w 24h!”, ale ilość spamu się zgadza.

Policja językowa – szybkie pytanie: co robisz, gdy widzisz, że Twojej kumpeli poszło oczko w rajstopach? Opcja A: mówisz jej na ucho, że ma nogi jak stąd do raju podatkowego, ale coś nie halo z jej rajtkami? Opcja B: drzesz się na całe pomieszczenie, tak żeby wszyscy w zasięgu Twoich strun głosowych zwrócili uwagę, że Olka ma dziurę w ubraniu?

Jeśli komuś faktycznie zależy, żeby pomóc Ci w niepopełnianiu błędów, a nie tylko na tym, żeby zdobyć poklask za wyciągnięcie wpadki, zwróci Ci uwagę prywatnie. Nie publicznie. Innymi słowy, jeśli ktoś notorycznie poprawia Cię pod statusami na Facebooku, a nie pisze Ci o pomyłce na Messengerze, to wcale nie zależy mu na Twojej poprawności językowej. Zależy mu na lajkach pod jego uwagami.

Oznaczarka – taguje częściej niż początkujący graficiarz. Znajdujesz swoje imię i nazwisko na losowych grafikach, śmiesznych filmikach i statusach tekstowych, które mają tyle z Tobą wspólnego, co pierogi ruskie z Rosją.

Czarna dziura – myślisz, że miałeś ciężki dzień? Gówno wiesz, on miał cięższy. Wczoraj, dzisiaj i jutro. Zawsze. Świat jest zły, życie niesprawiedliwe, w rządzie są sami złodzieje, a kanapki spadają masłem do dołu. Zima jest za zimna, lato za gorące, woda za mokra, a zupa za słona. Co konkretnie dzieje się w jego życiu, że 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu jest wulkanem negatywnej energii? Nie pytaj, i tak nie rozumiesz.

Nikt nie zrozumie, bo nikt nie ma tak ciężko jak on. Dlatego podaruj sobie jego aktywność na swojej tablicy, zanim ten ciężar pociągnie Cię za sobą na dno dobrego samopoczucia.

Mistrz marketingu – ostatni raz rozmawialiście w 1410, co nie przeszkadza mu osiem razy w tygodniu wysyłać Ci zaproszeń na imprezy w klubie, w którym pracuje. Nie zależy mu na Waszej znajomości, tylko na +1 przy liczbie osób w wydarzeniu. Gdyby ktoś Ci płacił złotówkę za każdym razem kiedy musisz odklikać „nie jestem zainteresowany”, to dzisiaj miałbyś pół kawalerki na Ruczaju.

Tajny agent – nigdy nie daje „lubię to”, gdy zmieniasz profilówkę, nie udostępnia Twoich próśb o udostępnienie, gdy szukasz dla matki dawcy szpiku kostnego, ani nie komentuje, gdy pytasz, czy Twój drugi syn powinien mieć na imię „Alojzy”, czy „Leopold”, bo „Brajan” poszło już dla pierworodnego. Już dawno pomyślałbyś, że nie żyje, a przynajmniej, że Cię nie obserwuje, gdyby nie jeden szczegół.

Wystarczy, że napiszesz „rok świetlny” w kontekście miary czasu, a nie odległości i już tajny agent wychodzi z ukrycia, aby Cię poprawić. I tak za każdym razem, gdy tylko ma szansę publicznie udowodnić, że się mylisz. To jego życiowa misja. Gdybyś dostał się na listę „Wprostu” nawet nie dałby kciuka w górę, ale gdy tylko może się przyjebać, nigdy nie marnuje okazji.

Homofob-seksista – chciałem napisać „wyznawca PiSu”, ale zdałem sobie sprawę, że osobom niezadeklarowanym politycznie, też zdarza się uważać, że kobiety i geje to podludzie. I tym pierwszym powinno odebrać się możliwość decydowania o sobie, a tych drugich warto byłoby ukamienować. Żeby przypadkiem, przez podanie ręki, nie zarazili swoją chorobą turbo samców alfa. Jedna rasa, męska rasa.

W rozmowie przez sieć nie przekonasz takiego, że kobieta umiejętności gotowania nie wysysa z mlekiem matki, a homoseksualizm jest częścią natury. Stracisz tylko nerwy i czas.

Jeden z dziesięciu – ma odpowiedzi na wszystkie pytania. Również te, których nie zadałeś.

Wrzuciłeś zdjęcie z suto zastawionym stołem? Zaraz poznasz skład chemiczny wszystkich produktów, które się na nim znajdują. Sugestie, czego absolutnie nie powinieneś już nigdy więcej jeść – gratis. Oznaczyłeś się w drodze na Filipiny? Malaria, kiła, mogiła i drogo. Bagry lepsze. Straciłeś telefon i oko w dniu meczu Wisły z Cracovią? Trzeba było nie wychodzić z domu, najwyraźniej sam prosiłeś się o problemy. Chcesz kupić nowego iPhone’a? Bez sensu, lepiej Alcatela. Albo poczekać 15 lat, aż stanieje.

***

Jim Rohn – amerykański przedsiębiorca – powiedział kiedyś, że „każdy z nas jest wypadkową 5 osób, z którymi spędza najwięcej czasu”. W dobie mediów społecznościowych i permanentnego życia w sieci, można by tę cyfrę podnieść do potęgi i powiedzieć, że „każdy z nas jest wypadkową 25 osób, z którymi ma najwięcej interakcji na Facebooku”.

Warto zadbać o to, by nie być wypadkową złości, irytacji i złych intencji.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Wigilijne pole min – jak je przejść i nie stracić nogi?

Skip to entry content

Bez zbędnych wstępów: typ, z którym macie się na wyłączność, choć jeszcze nikt nikomu nie owijał palców metalem, zaprosił Cię na Wigilię. Do swojej rodziny. I nie oszukujmy się, nogi Ci się trzęsą jakbyś miała skakać na bungee, bo to pierwszy raz. Ale lajtowo, jak to mówiła młodzież w 2004, dzięki dzisiejszemu wpisowi, nie będzie to skok bez liny. Przeprowadzę Cię przez wigilijne pole min, tak, żebyś w trakcie kolacji nie musiała wymykać się do toalety i googlować frazy „proteza stopy i twarzy tanio”.

Co dać w prezencie?

W świętach nie chodzi o prezenty. W świętach chodzi o to, żeby w 3 dni zjeść tyle co przez cały poprzedni miesiąc i nie przytyć. Mimo wszystko, jednak głupio przyjść tak w gości z pustymi rękami, dlatego najlepiej mieć w nich butelkę czerwonego wina za dwie dychy.

Jeśli lubisz ryzyko, i zdarza Ci się wyjść z domu z telefonem na końcówce baterii, to możesz pójść na całość i kupić jakieś indywidualne upominki dla pani i pana domu. Przy czym, ustalmy sobie jedno na wejściu: „indywidualne” trzeba wziąć w cudzysłów wielkości „y” w napisie HOLLYWOOD, bo jak źle trafisz, to będzie jedno wielkie „yyyyyyyy… (w domyśle „co to jest? wolę, żeby mój syn poszedł do seminarium niż spotykał się z tą kobietą!”)”. Dlatego, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której kupiłaś wejściówkę na strzelnicę komuś, komu zastrzelono rodziców na wojnie, zagraj niesamobójczo. I matce kup jakiś drobny kosmetyk, a ojcu spinkę do krawata. Szybciej ją zgubi niż użyje, ale zrobi mu się miło, że pomyślałaś, że mógłby to zrobić.

Jak się ubrać?

Zacznijmy od podstaw. „A” to samogłoska, „B” to spółgłoska, stolica Meksyku to Meksyk, a sukienka, w której widać, czy w lipcu opalałaś się z bielizną, czy bez, to nie jest dobry strój na tę okazję. I to nie chodzi o jego rodziców. Chodzi o jego wujków. I kuzynów. Zwłaszcza kuzynów. Nie będziesz się czuła dobrze, kiedy będziesz czuła, że jesteś opięta kombinezonem do nurkowania ze spojrzeń. Poza tym, jego starzy mogą mieszkać w kamienicy i będzie pizgać.

Biała koszula, granatowy sweter, czarne rajstopy i ołówkowa spódnica. To Twój zestaw na ten wieczór. Może z rozpędu załapiesz się nawet na pasowanie na ucznia.

O czym rozmawiać?

Jeśli przy stole są nieletni, możesz przełamać pierwsze lody rzucając coś w stylu „a wiecie, że Święty Mikołaj nie istnieje?” albo bardziej na czasie „Czuux, to mój ulubiony polski raper”. A tak serio, to żeby nie było rzeźni, wystarczy, że nie będziesz rzucać mięsem. I raz na jakiś czas się uśmiechniesz.

Gorzej z dorosłymi. Tu lista pułapek jest dłuższa niż kolejka do baru w Forum. Nawet jeśli ich syn nie ma na budziku Ojca Dyrektora, to i tak nie wiadomo, czy jego starzy nie słyszą strzałów w 1:15. Polityka odpada i większość aktualnych wydarzeń też, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie ktoś wyjedzie z czystą rasowo Europą. Podobno najbezpieczniej rozmawiać o pogodzie, ale tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nie trafił na zatwardziałego ciepłolubca, gdy za oknem śnieży jak w „Zjawie” i wszyscy tylko czekają, aż Leo zajmie miejsce dla zbłąkanego wędrowca.

Jeśli to Twoje pierwsze spotkanie z jego rodziną, albo na poprzednich nie udało Ci się wybadać, które tematy skutkują wybiciem włazu od studzienki kanalizacyjnej, zastosuj jeden prosty trik wart dwóch tysięcy waz z uszkami, za który wszystkie jego byłe Cię znienawidzą: zacznij rozmowę od chwalenia jedzenia. Nie ma ludzi, którzy by nie byli łasi na komplementy, a jeśli jeszcze chwalisz ich pracę publicznie, to jest duże prawdopodobieństwo, że pożyczą Ci na wkład własny.

Jak z jedzeniem? Jak z piciem?

Jeść jak najwięcej, pić jak najmniej.

Jak już wcześniej ustaliliśmy, nic tak nie zjedna Ci ludzi, jak utwierdzanie ich w przekonaniu, że są dobrzy w tym co robią. Jak przyszła teściowa zobaczy, że jej karpie, śledzie i kutie wchodzą Ci jak Norek do Krawczyków, pokocha jak swoją. Gorzej jeśli nie jesteś w stanie zjeść dwóch kilogramów ryb i pięciu ciast za jednym posiedzeniem. Albo kiedy ryba jeszcze wali mułem. Zostaje Ci wykorzystanie umiejętności nabytych w pracy: symulacja i delegacja. Symulujesz, że ze smaku wylizujesz talerz i delegujesz jego zawartość do lubego. W końcu on Cię tu ściągnął, więc niech teraz kombinuje jak przetrawić drugą porcję.

Jak jesteśmy już przy trawieniu, to przejdźmy do alkoholu. A w zasadzie na tyle, ile to możliwe, obejdźmy go łukiem. Pij jak najmniej, w pierwszy dzień świąt podziękuje Ci za to żołądek, wątroba i poczucie godności. Co zrobić jak wszystkie wujki i ciocie namawiają i pada sakramentalne „ale ze mną się nie napijesz?”. Uciekać. Od alko-patologii rodzinnej trzeba po prostu uciekać.

Czego życzyć?

Szczere to powinno być złoto, a życzenia wigilijne najlepiej jak są po prostu zwięzłe, bo w kolejce czeka kilka innych osób. Złota trójca – „zdrowia, szczęścia, pomyślności” – w tej sytuacji jest jak dwa razy 2forU w McDonaldzie przed imprezą – wystarczy. Jeśli za wszelką cenę chcesz być oryginalna i dodać coś od siebie, to dodaj „droga ciociu” przed wyliczanką. Z imieniem bym nie ryzykował, bo jeszcze złapiesz gumę i odbijesz od bandy.

Bardziej niż samym copywritingiem życzeń, martwiłbym się jak nie dostać podrażnienia na skórze od wąsów wujków, którzy będą Cię całować po policzkach. Na ból polecam Ibuprom Max, a na wszelki wypadek makijaż słabszy niż mocniejszy, bo zanim siądziesz do kolacji Twoja twarz będzie wyglądała jak nieudane graffiti.

***

Jesteś gotowa. Tylko pamiętaj o uśmiechu. Działa cuda.

Jeśli nie jesteś ode mnie lepszy, to nie udzielaj mi rad!

Skip to entry content

Jest tylko jedna rzecz gorsza od obudzenia się na kacu bez wody w zasięgu wzroku. Rada, o którą nie prosiłeś, od osoby, której tylko wydaje się, że wie o czym mówi.

Kilka dni temu byłem na pizzy. W knajpie. Pizza rewelacyjna, knajpa ciut gorsza. Niby udaje, że jest modna, lanserska i jak się oznaczasz w niej na Instagramie, to penis rośnie Ci o centymetr, ale stoliki są tak blisko siebie, że jak mówisz osobie, z którą przyszedłeś, że „La La Land” był średni, to nigdy nie wiadomo, czy nie dostaniesz w ryj od laski siedzącej obok. W sensie, jakbyś chciał przeprowadzić z kimś prywatną rozmowę, to musiałbyś porozdawać wszystkim dookoła zatyczki do uszu. Albo wyjść z knajpy.

Dwie laski siedzące po mojej lewej nie wybrały żadnej z tych opcji, przez co usłyszałem rozmowę, która kończyła się mniej więcej tak:

– …i ty teraz sobie projektujesz biżuterię i podróżujesz, a ja skończyłam to pieprzone  zarządzanie, tak jak chcieli moi starzy, i nie mogę znaleźć pracy – powiedziała wkurwiona blondynka pijąca piwo przez słomkę, do próbującej się nie wkurwiać szatynki pijącej prosecco. Bez słomki.

Blondynka była piramidą z kulek żalu, które zaraz rozlecą się po podłodze, z dwóch powodów. Po pierwsze: rodzice ją oszukali. Odkąd nauczyła się mówić „nie chce mi się”, powtarzali, że studia są gwarancją sukcesu i wielkich pieniędzy, i że gdy tylko odbierze dyplom magistra Uniwersytetu Ekonomicznego, pracodawcy będą walić drzwiami i oknami jak oddział antyterrorystyczny. Po drugie: szatynka nie przytyła odkąd ostatnio się widziały. A ona tak.

Taki ze mnie dietetyk jak z Karoliny Szostak, więc odpuśćmy drugą kwestię i zajmijmy się tylko pierwszą. Przed, po, a już zwłaszcza w trakcie studiów, spotkałem naprawdę wiele osób, które nawet nie tyle wybrały kierunek pod wpływem rodziców, co zwyczajnie żyły według ich planu. Nie kwestionując, czy to na pewno dobry pomysł. Bo przecież rodzice wiedzą najlepiej.

Pomijam już aspekt decydowania o samym sobie i bycia ubezwłasnowolnionym, ale w momencie kiedy oddajemy innej osobie swój los do wykucia, to warto zwrócić uwagę, czy ten człowiek w ogóle miał kiedyś w rękach kowadło.

Jeśli Twój stary nazywa się Solorz, jest na liście „Forbesa”, otrzymał Perłę Honorową Polskiej Gospodarki albo chociaż jest prężnie rozwijającym się przedsiębiorcą, to jasne, warto posłuchać jego rad w kwestii zarabiania pieniędzy, bo chłop bez wątpienia wie o czym mówi. Jeśli jednak żaden z Twoich rodziców nie jest finansowym nindżą i może to Twoja wrodzona lub nabyta wada wzroku, ale jakoś nigdy nie widziałeś w domu przepychu i bogactwa, to co daje im prawo, by mówić Ci jak ułożyć sobie życie zawodowe? Czy to nie jest absurdem, że ludzie którzy nie grzeszą hajsem, dają Ci rady skąd go wziąć? Przecież gdyby Twoi rodzice faktycznie wiedzieli, a nie tylko im się wydawało, że wiedzą jak zbijać kokosy, to już dawno by to robili.

To działa dokładnie tak samo z innymi dziedzinami życia.

Jak kumpela, która jest notoryczną singielką i najbliżej z mężczyzną była w 501 kiedy zarzuciło autobus wchodząc zakręt na Czarnowiejskiej, może Ci dawać porady związkowe? Albo jest w związku, ale toksycznym? On traktuje ją przedmiotowo, ona ma problem z poczuciem własnej wartości i jest wniebowzięta, że w ogóle ktoś z nią jest. To tak jakby topielec prowadził kurs pływania. Kiepski autorytet, co? Podobnie matka, która spędziła cały życie przy garach, nie mając nigdy czasu dla siebie, raczej nie powinna być specjalnie wiarygodna mówiąc, że dla kobiety najważniejszy jest ślub.

Od dłuższego czasu wyznaję zasadę, że rady przyjmuję wyłącznie od lepszych ode mnie albo chociaż od osób na moim poziomie w danej dziedzinie. I to niezależnie, czy chodzi o rozwój pisarski, dobór ciuchów, czy decyzje na poziomie „znaleźć żonę i płodzić dzieci, czy pojechać na stopa dookoła świata?”.

Wujków Dobra Rada jest od groma wśród znajomych, w rodzinie, a zwłaszcza w sieci, gdzie każdy ma zdanie na każdy temat i w dodatku jest w tym ekspertem. Wiadomo. Nie wiadomo tylko, po co miałbym słuchać kogoś, kto ma takie pojęcie o tym co robię, jak Jarosław Kaczyński o marihuanie. Odkąd założyłem bloga, regularnie dostaję wskazówki o czym powinienem pisać. I super, że ktoś tak bardzo chce mi, biednemu i zagubionemu, pomóc znaleźć światło w tunelu. Problem jest tylko taki, że z nieproszoną pomocą nie przychodzi Volant, czy Janina Daily, tylko Mietek98 z nikąd.

To trochę jakby do trenera FC Barcelony przyszedł typ wyrabiający 8-godzinny etat pierdzenia w stołek i mówił mu jak powinien szkolić piłkarzy.

I oczywiście tak jest. Po każdym meczu sieć zalewa powódź komentarzy z radami jak powinni grać, jak nie grać i którą stroną noża rozsmarowywać masło na chlebie. I nikt z osób, do których kierowane są te uwagi nie bierze ich na serio, bo jak brać na serio uwagi od kogoś, kto ostatni raz kopał piłkę w szkole średniej?

Nie wiem skąd to się bierze, ale naprawdę, jeśli zaczynam swoją przygodę z rysowaniem, a Ty nie jesteś zajebistym ilustratorem, to czemu wydaje Ci się, że Twoje uwagi są radami, a nie tylko subiektywnym wrażeniem laika, który nie ma pojęcia o temacie, na który się wypowiada? Przecież to, że nie podoba Ci się moja praca, zupełnie nie oznacza, że jest słaba, czy niejakościowa, znaczy to dokładnie tyle, że Ci się nie podoba. Nie trafia w gust JEDNEJ osoby. Tylko tyle. A z gustem jest jak powodzeniem u kobiet – wielu chciałoby go mieć, ale większości tylko się wydaje, że go ma.

Ja wiem, że modnie być otwartym na dialog i w ogóle, przyjmowanie krytyki to super sprawa w kwestii budowania wizerunku. Tylko, że takie podejście to zamach na własny rozwój i najprostsza droga do zrobienia sobie wody z mózgu. Konkretnie to wody z kibla.

Na pewno kojarzysz Jessicę Mercedes – najpopularniejszą w Polsce blogerkę modową. Ma prawie milionową armię fanek i całkiem spory oddział anty-fanek. Te pierwszą ją kochają, te drugie, gdyby mogły dodałyby jej kminku do chleba. Skala oceny jej osoby i tego co robi waha się do bogini, do podczłowieka. Gdyby miała przyjmować do siebie wszystkie „rady” od osób, które wypowiadają się na jej temat i analizować, które z nich mają sens, to dawno wylądowałaby w psychiatryku. A już na pewno nie zaszła tak wysoko w świecie mody. I biznesu.

Czasem przeglądam dyskusje pod jej zdjęciami i widzę komentarze typu:

– Niepotrzebnie ubierałaś tak wysokie obcasy, nie pasują do tych spodni.

– Źle dobrałaś cienie do powiek, poszerzają ci twarz.

– Naucz się pozować, bo stoisz jak pokraka.

To nie są uwagi ani od Karla Lagerfelda ani od Joanny Przetakiewicz. To widzimisię przypadkowego przechodnia.

Z takich rad nie tyle nie powinno się, co nie wolno korzystać, bo są szkodliwe.

Jeśli nie jesteś ode mnie lepszy, to nie udzielaj mi rad. Christopher Nolan nie tworzy oscarowych filmów, bo czyta na Filmwebie uwagi od osób, które w życiu nie widziały kamery na oczy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest clement127