Close
Close

8 typów ludzi, których warto usunąć ze znajomych na Facebooku

Skip to entry content

Zwykło się mówić, że internet to wirtualna rzeczywistość, sugerując, że to co się w nim dzieje, nie jest prawdziwe. Pod koniec lat 90-tych, przynajmniej w Polsce, sieć faktycznie była ciekawostką, którą mało kto traktował serio. Modemy brzmiące jak spieprzone radio i czas ładowania pojedynczej strony trwający tyle, co reklamy na TVNie. Dzisiejsza codzienność nie ma już nic wspólnego z ówczesnym przywożeniem internetu taczkami i czekaniem na tańszy transfer jak na deszcz w Ugandzie.

Dziś sieć jest wszędzie, dla wszystkich, i jeśli kogoś w niej nie ma, to znaczy, że nie istnieje. A świat, w którym emocje wyrażasz za pomocą żółtej buźki, ma taki sam wpływ na Twoje życie, jak ten w którym musisz napiąć mięśnie mimiczne, żeby pokazać, że się śmiejesz. Jeśli nie większy.

Według badań przeprowadzonych przez portal AdWeek.com, przeciętny człowiek – czyli średnia z cyfrowego analfabety i komputerowego ćpuna – spędza codziennie na Facebooku 35 minut. W sumie, we wszystkich mediach społecznościowych, ponad 2 godziny. To ponad 30 dni rocznie. Miesiąc. Wątpię, żeby ktokolwiek z czytających, kto zakończył już edukację, spędzał tyle czasu w ciągu roku ze swoim przyjacielem. Albo rodzicami.

Tak jak w świecie namacalnym selekcjonujesz ludzi, którym poświęcasz bezpowrotnie mijające minuty, tak w świecie cyfrowym, powinieneś robić dokładnie to samo. I nie czytać na swojej tablicy, budzących w Tobie negatywne emocje, wypocin człowieka, z którym dwa razy w życiu jechałeś autobusem. Zresztą, takiego z którym przez całe wojsko spałeś na jednej pryczy też nie. Nikogo, kto najzwyczajniej w świecie Cię wkurwia.

Życie jest za krótkie, żeby oglądać polskie komedie romantyczne i mieć kontakt z ludźmi, którzy źle na Ciebie wpływają. Dlatego, jeśli nie z rzeczywistości, to powinieneś ich usunąć, chociaż ze znajomych na Facebooku.

Kogo konkretnie?

Konkursowicz – dzień bez żebrania o głosy w konkursie, w którym może wygrać pół kostki margaryny i zestaw ołówków z IKEA, to dzień stracony. Nie złoży Ci życzeń na urodziny, ale przypomni, że potrzebuje jeszcze tylko 3278 klików, żeby przejść do kolejnego etapu. Czytając wiadomości od niego masz wrażenie, że pomyliłeś Messengera z pocztą na O2, brakuje tylko nagłówków „Większy penis już w 24h!”, ale ilość spamu się zgadza.

Policja językowa – szybkie pytanie: co robisz, gdy widzisz, że Twojej kumpeli poszło oczko w rajstopach? Opcja A: mówisz jej na ucho, że ma nogi jak stąd do raju podatkowego, ale coś nie halo z jej rajtkami? Opcja B: drzesz się na całe pomieszczenie, tak żeby wszyscy w zasięgu Twoich strun głosowych zwrócili uwagę, że Olka ma dziurę w ubraniu?

Jeśli komuś faktycznie zależy, żeby pomóc Ci w niepopełnianiu błędów, a nie tylko na tym, żeby zdobyć poklask za wyciągnięcie wpadki, zwróci Ci uwagę prywatnie. Nie publicznie. Innymi słowy, jeśli ktoś notorycznie poprawia Cię pod statusami na Facebooku, a nie pisze Ci o pomyłce na Messengerze, to wcale nie zależy mu na Twojej poprawności językowej. Zależy mu na lajkach pod jego uwagami.

Oznaczarka – taguje częściej niż początkujący graficiarz. Znajdujesz swoje imię i nazwisko na losowych grafikach, śmiesznych filmikach i statusach tekstowych, które mają tyle z Tobą wspólnego, co pierogi ruskie z Rosją.

Czarna dziura – myślisz, że miałeś ciężki dzień? Gówno wiesz, on miał cięższy. Wczoraj, dzisiaj i jutro. Zawsze. Świat jest zły, życie niesprawiedliwe, w rządzie są sami złodzieje, a kanapki spadają masłem do dołu. Zima jest za zimna, lato za gorące, woda za mokra, a zupa za słona. Co konkretnie dzieje się w jego życiu, że 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu jest wulkanem negatywnej energii? Nie pytaj, i tak nie rozumiesz.

Nikt nie zrozumie, bo nikt nie ma tak ciężko jak on. Dlatego podaruj sobie jego aktywność na swojej tablicy, zanim ten ciężar pociągnie Cię za sobą na dno dobrego samopoczucia.

Mistrz marketingu – ostatni raz rozmawialiście w 1410, co nie przeszkadza mu osiem razy w tygodniu wysyłać Ci zaproszeń na imprezy w klubie, w którym pracuje. Nie zależy mu na Waszej znajomości, tylko na +1 przy liczbie osób w wydarzeniu. Gdyby ktoś Ci płacił złotówkę za każdym razem kiedy musisz odklikać „nie jestem zainteresowany”, to dzisiaj miałbyś pół kawalerki na Ruczaju.

Tajny agent – nigdy nie daje „lubię to”, gdy zmieniasz profilówkę, nie udostępnia Twoich próśb o udostępnienie, gdy szukasz dla matki dawcy szpiku kostnego, ani nie komentuje, gdy pytasz, czy Twój drugi syn powinien mieć na imię „Alojzy”, czy „Leopold”, bo „Brajan” poszło już dla pierworodnego. Już dawno pomyślałbyś, że nie żyje, a przynajmniej, że Cię nie obserwuje, gdyby nie jeden szczegół.

Wystarczy, że napiszesz „rok świetlny” w kontekście miary czasu, a nie odległości i już tajny agent wychodzi z ukrycia, aby Cię poprawić. I tak za każdym razem, gdy tylko ma szansę publicznie udowodnić, że się mylisz. To jego życiowa misja. Gdybyś dostał się na listę „Wprostu” nawet nie dałby kciuka w górę, ale gdy tylko może się przyjebać, nigdy nie marnuje okazji.

Homofob-seksista – chciałem napisać „wyznawca PiSu”, ale zdałem sobie sprawę, że osobom niezadeklarowanym politycznie, też zdarza się uważać, że kobiety i geje to podludzie. I tym pierwszym powinno odebrać się możliwość decydowania o sobie, a tych drugich warto byłoby ukamienować. Żeby przypadkiem, przez podanie ręki, nie zarazili swoją chorobą turbo samców alfa. Jedna rasa, męska rasa.

W rozmowie przez sieć nie przekonasz takiego, że kobieta umiejętności gotowania nie wysysa z mlekiem matki, a homoseksualizm jest częścią natury. Stracisz tylko nerwy i czas.

Jeden z dziesięciu – ma odpowiedzi na wszystkie pytania. Również te, których nie zadałeś.

Wrzuciłeś zdjęcie z suto zastawionym stołem? Zaraz poznasz skład chemiczny wszystkich produktów, które się na nim znajdują. Sugestie, czego absolutnie nie powinieneś już nigdy więcej jeść – gratis. Oznaczyłeś się w drodze na Filipiny? Malaria, kiła, mogiła i drogo. Bagry lepsze. Straciłeś telefon i oko w dniu meczu Wisły z Cracovią? Trzeba było nie wychodzić z domu, najwyraźniej sam prosiłeś się o problemy. Chcesz kupić nowego iPhone’a? Bez sensu, lepiej Alcatela. Albo poczekać 15 lat, aż stanieje.

***

Jim Rohn – amerykański przedsiębiorca – powiedział kiedyś, że „każdy z nas jest wypadkową 5 osób, z którymi spędza najwięcej czasu”. W dobie mediów społecznościowych i permanentnego życia w sieci, można by tę cyfrę podnieść do potęgi i powiedzieć, że „każdy z nas jest wypadkową 25 osób, z którymi ma najwięcej interakcji na Facebooku”.

Warto zadbać o to, by nie być wypadkową złości, irytacji i złych intencji.

(niżej jest kolejny tekst)

21
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
8 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
13 Comment authors
Farma UrodyJankoAnJaDotJan Favre Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anka
Gość
Anka

A co w przypadku gdy „Czarną dziurą” są rodzice?

Jan Favre
Gość

Najlepiej pójść na terapię, bo o ile z Facebooka ich usuniesz dwom kliknięciami, to życiem realnym będzie nieco trudniej.

Kamil Polny
Gość

Nie ująłeś mnie w żadnej formie :(

Jan Favre
Gość

Za mało się starałeś.

Deus Veritatis
Gość
Deus Veritatis

Autorze, weź jakiś kurs interpunkcji albo zatrudnij sobie jakiegoś korektora, bo tych swawolnych interpunkcyjnie bazgrołów, gdzie przecinki są stawiane w losowych i kompletnie przypadkowych miejscach, nie da się po prostu czytać. Pozdrawiam.

Karola | Życie Me
Gość

Janek ciągle w formie. Jak ja to lubię!

Jan Favre
Gość

W formie na ciasto! #mnieśmieszy

Karola | Życie Me
Gość

Nie tylko Ciebie :-)

Andrzej Baliś
Gość
Andrzej Baliś

Zapomniałeś wrzucić typu: „Brajan’s mother” to typowa choroba umysłowa, której skutkiem jest wrzucanie co 15 min zdjęcia swojego ukochanego miesięcznego dziecka. Jej nie interesuje co sie dzieje u Ciebie, ani czy w ogóle jeszcze żyjesz. Natomiast ilość lajków pod zdjęciami Brajana musi się zgadzać.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Wigilijne pole min – jak je przejść i nie stracić nogi?

Skip to entry content

Bez zbędnych wstępów: typ, z którym macie się na wyłączność, choć jeszcze nikt nikomu nie owijał palców metalem, zaprosił Cię na Wigilię. Do swojej rodziny. I nie oszukujmy się, nogi Ci się trzęsą jakbyś miała skakać na bungee, bo to pierwszy raz. Ale lajtowo, jak to mówiła młodzież w 2004, dzięki dzisiejszemu wpisowi, nie będzie to skok bez liny. Przeprowadzę Cię przez wigilijne pole min, tak, żebyś w trakcie kolacji nie musiała wymykać się do toalety i googlować frazy „proteza stopy i twarzy tanio”.

Co dać w prezencie?

W świętach nie chodzi o prezenty. W świętach chodzi o to, żeby w 3 dni zjeść tyle co przez cały poprzedni miesiąc i nie przytyć. Mimo wszystko, jednak głupio przyjść tak w gości z pustymi rękami, dlatego najlepiej mieć w nich butelkę czerwonego wina za dwie dychy.

Jeśli lubisz ryzyko, i zdarza Ci się wyjść z domu z telefonem na końcówce baterii, to możesz pójść na całość i kupić jakieś indywidualne upominki dla pani i pana domu. Przy czym, ustalmy sobie jedno na wejściu: „indywidualne” trzeba wziąć w cudzysłów wielkości „y” w napisie HOLLYWOOD, bo jak źle trafisz, to będzie jedno wielkie „yyyyyyyy… (w domyśle „co to jest? wolę, żeby mój syn poszedł do seminarium niż spotykał się z tą kobietą!”)”. Dlatego, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której kupiłaś wejściówkę na strzelnicę komuś, komu zastrzelono rodziców na wojnie, zagraj niesamobójczo. I matce kup jakiś drobny kosmetyk, a ojcu spinkę do krawata. Szybciej ją zgubi niż użyje, ale zrobi mu się miło, że pomyślałaś, że mógłby to zrobić.

Jak się ubrać?

Zacznijmy od podstaw. „A” to samogłoska, „B” to spółgłoska, stolica Meksyku to Meksyk, a sukienka, w której widać, czy w lipcu opalałaś się z bielizną, czy bez, to nie jest dobry strój na tę okazję. I to nie chodzi o jego rodziców. Chodzi o jego wujków. I kuzynów. Zwłaszcza kuzynów. Nie będziesz się czuła dobrze, kiedy będziesz czuła, że jesteś opięta kombinezonem do nurkowania ze spojrzeń. Poza tym, jego starzy mogą mieszkać w kamienicy i będzie pizgać.

Biała koszula, granatowy sweter, czarne rajstopy i ołówkowa spódnica. To Twój zestaw na ten wieczór. Może z rozpędu załapiesz się nawet na pasowanie na ucznia.

O czym rozmawiać?

Jeśli przy stole są nieletni, możesz przełamać pierwsze lody rzucając coś w stylu „a wiecie, że Święty Mikołaj nie istnieje?” albo bardziej na czasie „Czuux, to mój ulubiony polski raper”. A tak serio, to żeby nie było rzeźni, wystarczy, że nie będziesz rzucać mięsem. I raz na jakiś czas się uśmiechniesz.

Gorzej z dorosłymi. Tu lista pułapek jest dłuższa niż kolejka do baru w Forum. Nawet jeśli ich syn nie ma na budziku Ojca Dyrektora, to i tak nie wiadomo, czy jego starzy nie słyszą strzałów w 1:15. Polityka odpada i większość aktualnych wydarzeń też, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie ktoś wyjedzie z czystą rasowo Europą. Podobno najbezpieczniej rozmawiać o pogodzie, ale tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nie trafił na zatwardziałego ciepłolubca, gdy za oknem śnieży jak w „Zjawie” i wszyscy tylko czekają, aż Leo zajmie miejsce dla zbłąkanego wędrowca.

Jeśli to Twoje pierwsze spotkanie z jego rodziną, albo na poprzednich nie udało Ci się wybadać, które tematy skutkują wybiciem włazu od studzienki kanalizacyjnej, zastosuj jeden prosty trik wart dwóch tysięcy waz z uszkami, za który wszystkie jego byłe Cię znienawidzą: zacznij rozmowę od chwalenia jedzenia. Nie ma ludzi, którzy by nie byli łasi na komplementy, a jeśli jeszcze chwalisz ich pracę publicznie, to jest duże prawdopodobieństwo, że pożyczą Ci na wkład własny.

Jak z jedzeniem, jak z piciem?

Jeść jak najwięcej, pić jak najmniej.

Jak już wcześniej ustaliliśmy, nic tak nie zjedna Ci ludzi, jak utwierdzanie ich w przekonaniu, że są dobrzy w tym co robią. Jak przyszła teściowa zobaczy, że jej karpie, śledzie i kutie wchodzą Ci jak Norek do Krawczyków, pokocha jak swoją. Gorzej jeśli nie jesteś w stanie zjeść dwóch kilogramów ryb i pięciu ciasta za jednym posiedzeniem. Albo kiedy ryba jeszcze wali mułem. Zostaje Ci wykorzystanie umiejętności nabytych w korpo: symulacja i delegacja. Symulujesz, że ze smaku wylizujesz talerz i delegujesz jego zawartość do lubego. W końcu on Cię tu ściągnął, więc niech teraz kombinuje jak przetrawić drugą porcję.

Jak jesteśmy już przy trawieniu, to przejdźmy do alkoholu. A w zasadzie na tyle, ile to możliwe, obejdźmy go łukiem. Pij jak najmniej, w pierwszy dzień świąt podziękuje Ci za to żołądek, wątroba i poczucie godności. Co zrobić jak wszystkie wujki i ciocie namawiają i pada sakramentalne „ale ze mną się nie napijesz?”. Uciekać. Od alko-patologii rodzinnej trzeba po prostu uciekać.

Czego życzyć?

Szczere to powinno być złoto, a życzenia wigilijne najlepiej jak są po prostu zwięzłe, bo w kolejce czeka kilka innych osób. Złota trójca – „zdrowia, szczęścia, pomyślności” – w tej sytuacji jest jak dwa razy 2forU w McDonaldzie przed imprezą – wystarczy. Jeśli za wszelką cenę chcesz być oryginalna i dodać coś od siebie, to dodaj „droga ciociu” przed wyliczanką. Z imieniem bym nie ryzykował, bo jeszcze złapiesz gumę i odbijesz od bandy.

Bardziej niż samym copywritingiem życzeń, martwiłbym się jak nie dostać podrażnienia na skórze od wąsów wujków, którzy będą Cię całować po policzkach. Na ból polecam Ibuprom Max, a na wszelki wypadek makijaż słabszy niż mocniejszy, bo zanim siądziesz do kolacji Twoja twarz będzie wyglądała jak nieudane graffiti.

***

Jesteś gotowa. Tylko pamiętaj o uśmiechu. Działa cuda.

Jeśli nie jesteś ode mnie lepszy, to nie udzielaj mi rad!

Skip to entry content

Jest tylko jedna rzecz gorsza od obudzenia się na kacu bez wody w zasięgu wzroku. Rada, o którą nie prosiłeś, od osoby, której tylko wydaje się, że wie o czym mówi.

Kilka dni temu byłem na pizzy. W knajpie. Pizza rewelacyjna, knajpa ciut gorsza. Niby udaje, że jest modna, lanserska i jak się oznaczasz w niej na Instagramie, to penis rośnie Ci o centymetr, ale stoliki są tak blisko siebie, że jak mówisz osobie, z którą przyszedłeś, że „La La Land” był średni, to nigdy nie wiadomo, czy nie dostaniesz w ryj od laski siedzącej obok. W sensie, jakbyś chciał przeprowadzić z kimś prywatną rozmowę, to musiałbyś porozdawać wszystkim dookoła zatyczki do uszu. Albo wyjść z knajpy.

Dwie laski siedzące po mojej lewej nie wybrały żadnej z tych opcji, przez co usłyszałem rozmowę, która kończyła się mniej więcej tak:

– …i ty teraz sobie projektujesz biżuterię i podróżujesz, a ja skończyłam to pieprzone  zarządzanie, tak jak chcieli moi starzy, i nie mogę znaleźć pracy – powiedziała wkurwiona blondynka pijąca piwo przez słomkę, do próbującej się nie wkurwiać szatynki pijącej prosecco. Bez słomki.

Blondynka była piramidą z kulek żalu, które zaraz rozlecą się po podłodze, z dwóch powodów. Po pierwsze: rodzice ją oszukali. Odkąd nauczyła się mówić „nie chce mi się”, powtarzali, że studia są gwarancją sukcesu i wielkich pieniędzy, i że gdy tylko odbierze dyplom magistra Uniwersytetu Ekonomicznego, pracodawcy będą walić drzwiami i oknami jak oddział antyterrorystyczny. Po drugie: szatynka nie przytyła odkąd ostatnio się widziały. A ona tak.

Taki ze mnie dietetyk jak z Karoliny Szostak, więc odpuśćmy drugą kwestię i zajmijmy się tylko pierwszą. Przed, po, a już zwłaszcza w trakcie studiów, spotkałem naprawdę wiele osób, które nawet nie tyle wybrały kierunek pod wpływem rodziców, co zwyczajnie żyły według ich planu. Nie kwestionując, czy to na pewno dobry pomysł. Bo przecież rodzice wiedzą najlepiej.

Pomijam już aspekt decydowania o samym sobie i bycia ubezwłasnowolnionym, ale w momencie kiedy oddajemy innej osobie swój los do wykucia, to warto zwrócić uwagę, czy ten człowiek w ogóle miał kiedyś w rękach kowadło.

Jeśli Twój stary nazywa się Solorz, jest na liście „Forbesa”, otrzymał Perłę Honorową Polskiej Gospodarki albo chociaż jest prężnie rozwijającym się przedsiębiorcą, to jasne, warto posłuchać jego rad w kwestii zarabiania pieniędzy, bo chłop bez wątpienia wie o czym mówi. Jeśli jednak żaden z Twoich rodziców nie jest finansowym nindżą i może to Twoja wrodzona lub nabyta wada wzroku, ale jakoś nigdy nie widziałeś w domu przepychu i bogactwa, to co daje im prawo, by mówić Ci jak ułożyć sobie życie zawodowe? Czy to nie jest absurdem, że ludzie którzy nie grzeszą hajsem, dają Ci rady skąd go wziąć? Przecież gdyby Twoi rodzice faktycznie wiedzieli, a nie tylko im się wydawało, że wiedzą jak zbijać kokosy, to już dawno by to robili.

To działa dokładnie tak samo z innymi dziedzinami życia.

Jak kumpela, która jest notoryczną singielką i najbliżej z mężczyzną była w 501 kiedy zarzuciło autobus wchodząc zakręt na Czarnowiejskiej, może Ci dawać porady związkowe? Albo jest w związku, ale toksycznym? On traktuje ją przedmiotowo, ona ma problem z poczuciem własnej wartości i jest wniebowzięta, że w ogóle ktoś z nią jest. To tak jakby topielec prowadził kurs pływania. Kiepski autorytet, co? Podobnie matka, która spędziła cały życie przy garach, nie mając nigdy czasu dla siebie, raczej nie powinna być specjalnie wiarygodna mówiąc, że dla kobiety najważniejszy jest ślub.

Od dłuższego czasu wyznaję zasadę, że rady przyjmuję wyłącznie od lepszych ode mnie albo chociaż od osób na moim poziomie w danej dziedzinie. I to niezależnie, czy chodzi o rozwój pisarski, dobór ciuchów, czy decyzje na poziomie „znaleźć żonę i płodzić dzieci, czy pojechać na stopa dookoła świata?”.

Wujków Dobra Rada jest od groma wśród znajomych, w rodzinie, a zwłaszcza w sieci, gdzie każdy ma zdanie na każdy temat i w dodatku jest w tym ekspertem. Wiadomo. Nie wiadomo tylko, po co miałbym słuchać kogoś, kto ma takie pojęcie o tym co robię, jak Jarosław Kaczyński o marihuanie. Odkąd założyłem bloga, regularnie dostaję wskazówki o czym powinienem pisać. I super, że ktoś tak bardzo chce mi, biednemu i zagubionemu, pomóc znaleźć światło w tunelu. Problem jest tylko taki, że z nieproszoną pomocą nie przychodzi Volant, czy Janina Daily, tylko Mietek98 z nikąd.

To trochę jakby do trenera FC Barcelony przyszedł typ wyrabiający 8-godzinny etat pierdzenia w stołek i mówił mu jak powinien szkolić piłkarzy.

I oczywiście tak jest. Po każdym meczu sieć zalewa powódź komentarzy z radami jak powinni grać, jak nie grać i którą stroną noża rozsmarowywać masło na chlebie. I nikt z osób, do których kierowane są te uwagi nie bierze ich na serio, bo jak brać na serio uwagi od kogoś, kto ostatni raz kopał piłkę w szkole średniej?

Nie wiem skąd to się bierze, ale naprawdę, jeśli zaczynam swoją przygodę z rysowaniem, a Ty nie jesteś zajebistym ilustratorem, to czemu wydaje Ci się, że Twoje uwagi są radami, a nie tylko subiektywnym wrażeniem laika, który nie ma pojęcia o temacie, na który się wypowiada? Przecież to, że nie podoba Ci się moja praca, zupełnie nie oznacza, że jest słaba, czy niejakościowa, znaczy to dokładnie tyle, że Ci się nie podoba. Nie trafia w gust JEDNEJ osoby. Tylko tyle. A z gustem jest jak powodzeniem u kobiet – wielu chciałoby go mieć, ale większości tylko się wydaje, że go ma.

Ja wiem, że modnie być otwartym na dialog i w ogóle, przyjmowanie krytyki to super sprawa w kwestii budowania wizerunku. Tylko, że takie podejście to zamach na własny rozwój i najprostsza droga do zrobienia sobie wody z mózgu. Konkretnie to wody z kibla.

Na pewno kojarzysz Jessicę Mercedes – najpopularniejszą w Polsce blogerkę modową. Ma prawie milionową armię fanek i całkiem spory oddział anty-fanek. Te pierwszą ją kochają, te drugie, gdyby mogły dodałyby jej kminku do chleba. Skala oceny jej osoby i tego co robi waha się do bogini, do podczłowieka. Gdyby miała przyjmować do siebie wszystkie „rady” od osób, które wypowiadają się na jej temat i analizować, które z nich mają sens, to dawno wylądowałaby w psychiatryku. A już na pewno nie zaszła tak wysoko w świecie mody. I biznesu.

Czasem przeglądam dyskusje pod jej zdjęciami i widzę komentarze typu:

– Niepotrzebnie ubierałaś tak wysokie obcasy, nie pasują do tych spodni.

– Źle dobrałaś cienie do powiek, poszerzają ci twarz.

– Naucz się pozować, bo stoisz jak pokraka.

To nie są uwagi ani od Karla Lagerfelda ani od Joanny Przetakiewicz. To widzimisię przypadkowego przechodnia.

Z takich rad nie tyle nie powinno się, co nie wolno korzystać, bo są szkodliwe.

Jeśli nie jesteś ode mnie lepszy, to nie udzielaj mi rad. Christopher Nolan nie tworzy oscarowych filmów, bo czyta na Filmwebie uwagi od osób, które w życiu nie widziały kamery na oczy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest clement127