Close
Close

11 błędów w Twoim CV, przez które nie możesz dostać pracy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z drukarnią internetową Chroma

Opowiadałem Wam, że zanim zająłem się blogowaniem pracowałem w kilkunastu różnych miejscach? Chłopiec na posyłki w fabryce, osiedlowy roznosiciel ulotek, sprzedawca gazet nad morzem, kelner w Dominium, układacz  ciuchów w Housie, przygotowywacz jedzenia w McDonald’s, fotograf w biurze nieruchomości, jakieś dziesięć innych zajęć pod drodze, i w końcu copywriter w agencji reklamowej.

Żeby biegać sobie po plaży w Niechorzu z plecakiem wypełnionym Gazetą Wyborczą, wystarczyło po prostu pojechać do ich ówczesnego biura na Sokolskiej w Katowicach i powiedzieć, że ma się taką fantazję. Żeby dostać się na praktyki do Onetu, a potem na płatny staż do Interii trzeba było jednak zrobić coś więcej. To enigmatyczne “więcej” materializowało się w postaci dobrego CV. Niby banał, ale ile zależy od dobrze napisanego i przyjaźnie zaprezentowanego życiorysu, przekonałem się dopiero wtedy, kiedy to ja byłem po drugiej stronie biurka na rozmowie rekrutacyjnej. I dostawałem na swoją skrzynkę mailową wypadki przy pracy, które powinny zostać wysłane do PZU jako materiał dowodowy przy podaniu o rentę, a nie dokumenty aplikacyjne na stanowisko wymagające myślenia.

Przechodząc do konkretów: oto najczęstsze błędy w CV, przez które Twoja aplikacja może zostać odrzucona.

1. CV w formacie *.QTAZ

Możesz być nieślubnym dzieckiem Steve’a Jobsa i Stephena Hawkinga z ogarnianiem wielozadaniowości na poziomie matki trójki dzieci, ale jeśli wysyłasz curriculum vitae w formacie, który jesteś w stanie otworzyć tylko Ty, to zgadnij co. Nikt się o tym nie dowie. Nie wszystkie firmy mają najnowszego Worda, nie wszystkie firmy – często z powodów bezpieczeństwa – mogą otwierać niszowe rozszerzenia plików, ale wszystkie mogą wyświetlić dokument przesłany w PDFie. Pilnuj Dobrego Formatu – PDF.

2. Co wiersz inny rodzaj fontu, ramki i podkreślenia

Poza kilkoma procent zawodów, w których naprawdę istotna jest kreatywność, dużo bardziej liczy się coś innego – sumienność. I to, czy Twoje CV da się przeczytać bez ataku epilepsji. I bardziej niż na wodotryskach i milionach wyróżników treści, osobom filtrującym aplikacje zależy na czytelności. Żeby mogły dotrzeć do istotnych informacji bez półgodzinnego studiowania legendy oznaczeń.

3. Plik podpisany “CV”

Albo bardziej finezyjnie – “curriculum vitae”.

Przy rekrutacji na półroczne praktyki z konserwacji powierzchni płaskich dostaje się po kilkanaście zgłoszeń. Na stanowisko, gdzie płacą miską ryżu, kilkadziesiąt. Teraz wyobraź sobie, że to Ty jesteś tym kimś, kto ma wybrać człowieka do obsługi ekspresu w kantynie i dostałeś osiem zgłoszeń podpisanych identycznym akronimem “CV”. Będziesz się męczył z edycją nazwy pliku, żeby przepisać tam ich nazwiska i móc się połapać czyje jest czyje, czy wciśniesz CTRL + A, a potem DELETE?

No właśnie.

4. Pisanie, że jesteś “kreatywny i komunikatywny”

Rekruterzy widząc tę formułkę dostają alergii III stopnia i lądują na OIOMie, czekając na domięśniowe podanie odczulaczy. Za każdym razem, kiedy przeklejasz z gotowca jakiś banał typu “znajomość pakietu MS Office i środowiska Windows 98” umiera jedna osoba z działu HR. Powstrzymaj się od używania tego typu oklepanych frazesów, bo nie będzie miał kto odpowiedzieć na Twoje zgłoszenie, a lekarze znów będą strajkować z nadmiaru pacjentów.

5. Przejawy gimbusiarstwa

Nie uwierzyłbym, że ludzie to robią, jeśli nie byłbym tego naocznym świadkiem.

Wklejanie do curriculum vitae zdjęcia z plażingu w Mielnie albo imprezy na działce, to naprawdę nie jest coś, co pomaga dostać pracę, która polega na używaniu mózgu, a nie ciała. Podobnie jak podawanie w danych kontaktowych maila z początkiem “weedlover” albo “sweetkocia” w domenie “buziaczek.pl”. Bądź pro, poświęć te 30 sekund na założenie maila imię.nazwisko@gmail.com i kwadrans na zrobienie sobie zdjęcia w koszuli na tle białej ściany.

6. Opis stanowiska: praca biurowa

Gdy kupujesz telefon chcesz wiedzieć ile trzyma bateria i jakiej rozdzielczość ma aprat, tak? Podobnie z komputerem, samochodem i masażerem osobistym, zgadza się? Nie wystarczy Ci informacja, że “jest sporych rozmiarów” i “wystarczy na dłuższe spotkanie”, bo dla każdego “sporo” i “długo” znaczy co innego, a Ty chcesz wiedzieć konkretnie: ile?

Z opisywaniem swojej dotychczasowej kariery jest dokładnie tak samo. Przyszłemu pracodawcy nic nie mówi, że “wykonywałeś zadania biurowe” albo “pracowałeś z komputerem”. Chce wiedzieć jakie dokładnie były Twoje obowiązki – czy byłeś przyciskiem do papieru, czy osobą odpisującą na zapytania ofertowe klientów.

Konkret, konkret, konkret.

7. Wpisywanie hobby, tylko po to, żeby wpisać

Jeśli w rubryce “zainteresowania” wpisujesz “muzyka”, bo jadąc samochodem lubisz sobie włączyć Eskę, to lepiej pozostaw to pole puste, bo w trakcie rozmowy błyskawicznie wyjdzie, że to wcale nie jest Twoją pasją. Jeśli faktycznie chcesz się pochwalić swoimi zainteresowaniami wpisz szczegółowo – “kuchnia wschodnioazjatycka”, a nie “gotowanie”. Jednak zdradzę Ci pewną tajemnicę: w większości branż ważniejsze od tego, co robisz po pracy, jest ważniejsze to, co robisz w pracy. I nic się nie stanie, jeśli wywalisz sekcję “hobby”.

8. Nieistniejące miejsca pracy i stanowiska

Innymi słowy – fałszywe wpisy w curriculum vitae, żeby podnieść jego atrakcyjność.

Ja wiem, że początki są najtrudniejsze i ruszanie z miejsca z niczym jest na maksa zniechęcające, ale nie ma innej drogi. Jeśli nie jesteś zawodowym aktorem – a jestem pewien, że nie jesteś, bo gdybyś był, nie czytałbyś tego wpisu – to na rozmowie rekrutacyjnej nie zagrasz kogoś, kto pełnił kierownicze stanowisko, bo nie będziesz nawet wiedział z jakimi obowiązkami wiąże się tego typu funkcja. I kłamstwo wyjdzie szybciej, niż gdy miałeś 5 lat i próbowałeś przekonać mamę, że to nie Ty zostawiłeś błoto w przedpokoju. Przekreślając tym samym Twoje szanse na jakąkolwiek pracę w tej firmie.

Żeby nie było, testowane empirycznie. Jedno i drugie.

9. Nikogo nie interesuje, gdzie chodziłeś do podstawówki

„Mniej znaczy więcej”, jak to mawiają sportowe świry na redukcji, więc warto się zastanowić, czy wszystkie informacje, które umieściliśmy w naszym zawodowym życiorysie są potrzebne. Wykształcenie poniżej średniego, stan cywilny, czy dyplom z osiedlowej biblioteki za wypożyczenie największej liczby książek w lutym, nie jest tym przez co rekruterzy lubią przebijać się najbardziej.

Upewnij się, że nie przepompowałeś swojej aplikacji zbędną treścią.

10. To samo CV na kelnera, menagera i copywritera

Większość osób, które szuka pracy, rozważa różne możliwości, branże i stanowiska. I na każde z nich wysyła jedno i to samo CV. A to naprawdę nie jest tak, że te same informacje, które pomogłyby Ci zdobyć posadę pracownika działu kadr, pomogą Ci też zostać przedstawicielem handlowym. Wręcz przeciwnie.

11. Grzegrz Nowwak

Wiesz co jest gorsze, niż przebijanie się przez setkę plików podpisanych „CV” w czterdziestu wersjach Worda, podczas, gdy Ty masz OpenOfice’a? Literówki w danych kontaktowych. Znajdujesz w końcu tą jedną, jedyną osobę, która spełnia wymagania podane w ogłoszeniu – i nie wysłała swojej cefałki na Senior Executive Officera, gdy jej doświadczenie to „barman, barman, barman, barman, pomoc barmańska” – i nie możesz się do niej dodzwonić, bo podając swój numer telefonu wcisnęła „0” zamiast ”9”.

***

Warto swój numer telefonu i adres e-mail sprawdzić więcej niż raz zwłaszcza wysyłając swoje zgłoszenie do Najpozytywniejszej Pracy Świata. Internetowa drukarnia Chroma szuka pracownika do działu kontroli jakości, oferując 1 miesiąc pracy, 11 miesięcy urlopu i 60 000 złotych wynagrodzenia. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe? Dobra, powiem od razu, że jest jeden mały haczyk: żeby dostać taką fuchę życia, trzeba spełnić bardzo restrykcyjne wymagania.

Kwalifikacje, którymi musi się charakteryzować kandydat to:
– duże doświadczenie w byciu pozytywnym
– energia i dobry humor
– dyspozycyjność przez miesiąc
– znajomość słowa TAK w 11 językach

I do tego jeszcze to skomplikowane zadanie rekrutacyjne: „Przedstaw się jako najbardziej pozytywna osoba na świecie. Dołącz zdjęcie lub video, na którym jesteś na TAK!”.

Mimo tych nieludzkich wymogów, sam chętnie podjąłbym rękawicę i wysłał swoje zgłoszenie, ale nie mogę, bo biorę udział w akcji promującej tę rekrutację, więc pozostaje mi tylko zachęcić Cię, żebyś Ty to zrobił, a potem mi opowiedział jak było.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

8 typów ludzi, których warto usunąć ze znajomych na Facebooku

Skip to entry content

Zwykło się mówić, że internet to wirtualna rzeczywistość, sugerując, że to co się w nim dzieje, nie jest prawdziwe. Pod koniec lat 90-tych, przynajmniej w Polsce, sieć faktycznie była ciekawostką, którą mało kto traktował serio. Modemy brzmiące jak spieprzone radio i czas ładowania pojedynczej strony trwający tyle, co reklamy na TVNie. Dzisiejsza codzienność nie ma już nic wspólnego z ówczesnym przywożeniem internetu taczkami i czekaniem na tańszy transfer jak na deszcz w Ugandzie.

Dziś sieć jest wszędzie, dla wszystkich, i jeśli kogoś w niej nie ma, to znaczy, że nie istnieje. A świat, w którym emocje wyrażasz za pomocą żółtej buźki, ma taki sam wpływ na Twoje życie, jak ten w którym musisz napiąć mięśnie mimiczne, żeby pokazać, że się śmiejesz. Jeśli nie większy.

Według badań przeprowadzonych przez portal AdWeek.com, przeciętny człowiek – czyli średnia z cyfrowego analfabety i komputerowego ćpuna – spędza codziennie na Facebooku 35 minut. W sumie, we wszystkich mediach społecznościowych, ponad 2 godziny. To ponad 30 dni rocznie. Miesiąc. Wątpię, żeby ktokolwiek z czytających, kto zakończył już edukację, spędzał tyle czasu w ciągu roku ze swoim przyjacielem. Albo rodzicami.

Tak jak w świecie namacalnym selekcjonujesz ludzi, którym poświęcasz bezpowrotnie mijające minuty, tak w świecie cyfrowym, powinieneś robić dokładnie to samo. I nie czytać na swojej tablicy, budzących w Tobie negatywne emocje, wypocin człowieka, z którym dwa razy w życiu jechałeś autobusem. Zresztą, takiego z którym przez całe wojsko spałeś na jednej pryczy też nie. Nikogo, kto najzwyczajniej w świecie Cię wkurwia.

Życie jest za krótkie, żeby oglądać polskie komedie romantyczne i mieć kontakt z ludźmi, którzy źle na Ciebie wpływają. Dlatego, jeśli nie z rzeczywistości, to powinieneś ich usunąć, chociaż ze znajomych na Facebooku.

Kogo konkretnie?

Konkursowicz – dzień bez żebrania o głosy w konkursie, w którym może wygrać pół kostki margaryny i zestaw ołówków z IKEA, to dzień stracony. Nie złoży Ci życzeń na urodziny, ale przypomni, że potrzebuje jeszcze tylko 3278 klików, żeby przejść do kolejnego etapu. Czytając wiadomości od niego masz wrażenie, że pomyliłeś Messengera z pocztą na O2, brakuje tylko nagłówków „Większy penis już w 24h!”, ale ilość spamu się zgadza.

Policja językowa – szybkie pytanie: co robisz, gdy widzisz, że Twojej kumpeli poszło oczko w rajstopach? Opcja A: mówisz jej na ucho, że ma nogi jak stąd do raju podatkowego, ale coś nie halo z jej rajtkami? Opcja B: drzesz się na całe pomieszczenie, tak żeby wszyscy w zasięgu Twoich strun głosowych zwrócili uwagę, że Olka ma dziurę w ubraniu?

Jeśli komuś faktycznie zależy, żeby pomóc Ci w niepopełnianiu błędów, a nie tylko na tym, żeby zdobyć poklask za wyciągnięcie wpadki, zwróci Ci uwagę prywatnie. Nie publicznie. Innymi słowy, jeśli ktoś notorycznie poprawia Cię pod statusami na Facebooku, a nie pisze Ci o pomyłce na Messengerze, to wcale nie zależy mu na Twojej poprawności językowej. Zależy mu na lajkach pod jego uwagami.

Oznaczarka – taguje częściej niż początkujący graficiarz. Znajdujesz swoje imię i nazwisko na losowych grafikach, śmiesznych filmikach i statusach tekstowych, które mają tyle z Tobą wspólnego, co pierogi ruskie z Rosją.

Czarna dziura – myślisz, że miałeś ciężki dzień? Gówno wiesz, on miał cięższy. Wczoraj, dzisiaj i jutro. Zawsze. Świat jest zły, życie niesprawiedliwe, w rządzie są sami złodzieje, a kanapki spadają masłem do dołu. Zima jest za zimna, lato za gorące, woda za mokra, a zupa za słona. Co konkretnie dzieje się w jego życiu, że 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu jest wulkanem negatywnej energii? Nie pytaj, i tak nie rozumiesz.

Nikt nie zrozumie, bo nikt nie ma tak ciężko jak on. Dlatego podaruj sobie jego aktywność na swojej tablicy, zanim ten ciężar pociągnie Cię za sobą na dno dobrego samopoczucia.

Mistrz marketingu – ostatni raz rozmawialiście w 1410, co nie przeszkadza mu osiem razy w tygodniu wysyłać Ci zaproszeń na imprezy w klubie, w którym pracuje. Nie zależy mu na Waszej znajomości, tylko na +1 przy liczbie osób w wydarzeniu. Gdyby ktoś Ci płacił złotówkę za każdym razem kiedy musisz odklikać “nie jestem zainteresowany”, to dzisiaj miałbyś pół kawalerki na Ruczaju.

Tajny agent – nigdy nie daje „lubię to”, gdy zmieniasz profilówkę, nie udostępnia Twoich próśb o udostępnienie, gdy szukasz dla matki dawcy szpiku kostnego, ani nie komentuje, gdy pytasz, czy Twój drugi syn powinien mieć na imię „Alojzy”, czy „Leopold”, bo „Brajan” poszło już dla pierworodnego. Już dawno pomyślałbyś, że nie żyje, a przynajmniej, że Cię nie obserwuje, gdyby nie jeden szczegół.

Wystarczy, że napiszesz „rok świetlny” w kontekście miary czasu, a nie odległości i już tajny agent wychodzi z ukrycia, aby Cię poprawić. I tak za każdym razem, gdy tylko ma szansę publicznie udowodnić, że się mylisz. To jego życiowa misja. Gdybyś dostał się na listę „Wprostu” nawet nie dałby kciuka w górę, ale gdy tylko może się przyjebać, nigdy nie marnuje okazji.

Homofob-seksista – chciałem napisać „wyznawca PiSu”, ale zdałem sobie sprawę, że osobom niezadeklarowanym politycznie, też zdarza się uważać, że kobiety i geje to podludzie. I tym pierwszym powinno odebrać się możliwość decydowania o sobie, a tych drugich warto byłoby ukamienować. Żeby przypadkiem, przez podanie ręki, nie zarazili swoją chorobą turbo samców alfa. Jedna rasa, męska rasa.

W rozmowie przez sieć nie przekonasz takiego, że kobieta umiejętności gotowania nie wysysa z mlekiem matki, a homoseksualizm jest częścią natury. Stracisz tylko nerwy i czas.

Jeden z dziesięciu – ma odpowiedzi na wszystkie pytania. Również te, których nie zadałeś.

Wrzuciłeś zdjęcie z suto zastawionym stołem? Zaraz poznasz skład chemiczny wszystkich produktów, które się na nim znajdują. Sugestie, czego absolutnie nie powinieneś już nigdy więcej jeść – gratis. Oznaczyłeś się w drodze na Filipiny? Malaria, kiła, mogiła i drogo. Bagry lepsze. Straciłeś telefon i oko w dniu meczu Wisły z Cracovią? Trzeba było nie wychodzić z domu, najwyraźniej sam prosiłeś się o problemy. Chcesz kupić nowego iPhone’a? Bez sensu, lepiej Alcatela. Albo poczekać 15 lat, aż stanieje.

***

Jim Rohn – amerykański przedsiębiorca – powiedział kiedyś, że „każdy z nas jest wypadkową 5 osób, z którymi spędza najwięcej czasu”. W dobie mediów społecznościowych i permanentnego życia w sieci, można by tę cyfrę podnieść do potęgi i powiedzieć, że „każdy z nas jest wypadkową 25 osób, z którymi ma najwięcej interakcji na Facebooku”.

Warto zadbać o to, by nie być wypadkową złości, irytacji i złych intencji.

Wigilijne pole min – jak je przejść i nie stracić nogi?

Skip to entry content

Bez zbędnych wstępów: typ, z którym macie się na wyłączność, choć jeszcze nikt nikomu nie owijał palców metalem, zaprosił Cię na Wigilię. Do swojej rodziny. I nie oszukujmy się, nogi Ci się trzęsą jakbyś miała skakać na bungee, bo to pierwszy raz. Ale lajtowo, jak to mówiła młodzież w 2004, dzięki dzisiejszemu wpisowi, nie będzie to skok bez liny. Przeprowadzę Cię przez wigilijne pole min, tak, żebyś w trakcie kolacji nie musiała wymykać się do toalety i googlować frazy „proteza stopy i twarzy tanio”.

Co dać w prezencie?

W świętach nie chodzi o prezenty. W świętach chodzi o to, żeby w 3 dni zjeść tyle co przez cały poprzedni miesiąc i nie przytyć. Mimo wszystko, jednak głupio przyjść tak w gości z pustymi rękami, dlatego najlepiej mieć w nich butelkę czerwonego wina za dwie dychy.

Jeśli lubisz ryzyko, i zdarza Ci się wyjść z domu z telefonem na końcówce baterii, to możesz pójść na całość i kupić jakieś indywidualne upominki dla pani i pana domu. Przy czym, ustalmy sobie jedno na wejściu: “indywidualne” trzeba wziąć w cudzysłów wielkości “y” w napisie HOLLYWOOD, bo jak źle trafisz, to będzie jedno wielkie “yyyyyyyy… (w domyśle “co to jest? wolę, żeby mój syn poszedł do seminarium niż spotykał się z tą kobietą!”)”. Dlatego, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której kupiłaś wejściówkę na strzelnicę komuś, komu zastrzelono rodziców na wojnie, zagraj niesamobójczo. I matce kup jakiś drobny kosmetyk, a ojcu spinkę do krawata. Szybciej ją zgubi niż użyje, ale zrobi mu się miło, że pomyślałaś, że mógłby to zrobić.

Jak się ubrać?

Zacznijmy od podstaw. „A” to samogłoska, „B” to spółgłoska, stolica Meksyku to Meksyk, a sukienka, w której widać, czy w lipcu opalałaś się z bielizną, czy bez, to nie jest dobry strój na tę okazję. I to nie chodzi o jego rodziców. Chodzi o jego wujków. I kuzynów. Zwłaszcza kuzynów. Nie będziesz się czuła dobrze, kiedy będziesz czuła, że jesteś opięta kombinezonem do nurkowania ze spojrzeń. Poza tym, jego starzy mogą mieszkać w kamienicy i będzie pizgać.

Biała koszula, granatowy sweter, czarne rajstopy i ołówkowa spódnica. To Twój zestaw na ten wieczór. Może z rozpędu załapiesz się nawet na pasowanie na ucznia.

O czym rozmawiać?

Jeśli przy stole są nieletni, możesz przełamać pierwsze lody rzucając coś w stylu „a wiecie, że Święty Mikołaj nie istnieje?” albo bardziej na czasie „Czuux, to mój ulubiony polski raper”. A tak serio, to żeby nie było rzeźni, wystarczy, że nie będziesz rzucać mięsem. I raz na jakiś czas się uśmiechniesz.

Gorzej z dorosłymi. Tu lista pułapek jest dłuższa niż kolejka do baru w Forum. Nawet jeśli ich syn nie ma na budziku Ojca Dyrektora, to i tak nie wiadomo, czy jego starzy nie słyszą strzałów w 1:15. Polityka odpada i większość aktualnych wydarzeń też, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie ktoś wyjedzie z czystą rasowo Europą. Podobno najbezpieczniej rozmawiać o pogodzie, ale tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nie trafił na zatwardziałego ciepłolubca, gdy za oknem śnieży jak w „Zjawie” i wszyscy tylko czekają, aż Leo zajmie miejsce dla zbłąkanego wędrowca.

Jeśli to Twoje pierwsze spotkanie z jego rodziną, albo na poprzednich nie udało Ci się wybadać, które tematy skutkują wybiciem włazu od studzienki kanalizacyjnej, zastosuj jeden prosty trik wart dwóch tysięcy waz z uszkami, za który wszystkie jego byłe Cię znienawidzą: zacznij rozmowę od chwalenia jedzenia. Nie ma ludzi, którzy by nie byli łasi na komplementy, a jeśli jeszcze chwalisz ich pracę publicznie, to jest duże prawdopodobieństwo, że pożyczą Ci na wkład własny.

Jak z jedzeniem? Jak z piciem?

Jeść jak najwięcej, pić jak najmniej.

Jak już wcześniej ustaliliśmy, nic tak nie zjedna Ci ludzi, jak utwierdzanie ich w przekonaniu, że są dobrzy w tym co robią. Jak przyszła teściowa zobaczy, że jej karpie, śledzie i kutie wchodzą Ci jak Norek do Krawczyków, pokocha jak swoją. Gorzej jeśli nie jesteś w stanie zjeść dwóch kilogramów ryb i pięciu ciast za jednym posiedzeniem. Albo kiedy ryba jeszcze wali mułem. Zostaje Ci wykorzystanie umiejętności nabytych w pracy: symulacja i delegacja. Symulujesz, że ze smaku wylizujesz talerz i delegujesz jego zawartość do lubego. W końcu on Cię tu ściągnął, więc niech teraz kombinuje jak przetrawić drugą porcję.

Jak jesteśmy już przy trawieniu, to przejdźmy do alkoholu. A w zasadzie na tyle, ile to możliwe, obejdźmy go łukiem. Pij jak najmniej, w pierwszy dzień świąt podziękuje Ci za to żołądek, wątroba i poczucie godności. Co zrobić jak wszystkie wujki i ciocie namawiają i pada sakramentalne „ale ze mną się nie napijesz?”. Uciekać. Od alko-patologii rodzinnej trzeba po prostu uciekać.

Czego życzyć?

Szczere to powinno być złoto, a życzenia wigilijne najlepiej jak są po prostu zwięzłe, bo w kolejce czeka kilka innych osób. Złota trójca – „zdrowia, szczęścia, pomyślności” – w tej sytuacji jest jak dwa razy 2forU w McDonaldzie przed imprezą – wystarczy. Jeśli za wszelką cenę chcesz być oryginalna i dodać coś od siebie, to dodaj “droga ciociu” przed wyliczanką. Z imieniem bym nie ryzykował, bo jeszcze złapiesz gumę i odbijesz od bandy.

Bardziej niż samym copywritingiem życzeń, martwiłbym się jak nie dostać podrażnienia na skórze od wąsów wujków, którzy będą Cię całować po policzkach. Na ból polecam Ibuprom Max, a na wszelki wypadek makijaż słabszy niż mocniejszy, bo zanim siądziesz do kolacji Twoja twarz będzie wyglądała jak nieudane graffiti.

***

Jesteś gotowa. Tylko pamiętaj o uśmiechu. Działa cuda.