Close
Close

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

8
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
8 Comment authors
GrześStara Panna Z KotemOlaNitj'sefniHav0s Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ola
Gość
Ola

Już od dłuższego czasu widzę, jak „jarasz się” Taconafide, widać to było wyraźnie na Facebooku. Liczyłam, że w końcu pojawi się tekst na blogu na ten temat. I jeśli mam być szczera, mi Taconafide się ani trochę nie podoba. ALE ALE ALE, zanim zostanę oskarżona o hejt: szanuję to, co robią Filip i Kuba, słucham ich od długiego czasu i naprawdę lubię ich muzykę, jednak Taconafide to nie jest coś dla mnie. Mimo to sadzę, że odwalili kawał dobrej roboty, i ból dupy otoczenia jest spowodowany czystą zazdrością, że ktoś osiągnął swój cel. Jestem przykładem że da się nie lubić… Czytaj więcej »

Stara Panna Z Kotem
Gość
Stara Panna Z Kotem

O matko, nareszcie jakaś merytoryczna opinia na temat tej płyty, a nie wypociny frustratów z serii „czego ta dzisiejsza młodzież słucha, za naszych czasów to był prawdziwy hip hop!” W zasadzie to napisałeś wszystko, co ja mogłabym powiedzieć w tej sprawie- powiem tylko, że w sumie to pokoleniowo mogłabym być MAMĄ obu artystów (no okej, może duuuuuużo starszą siostrą)- i nadal nie przeszkadza mi to jarać się jak pochodnia tą płytą. UWIELBIAM Taco i Quebo, a to co zrobili razem jest zajebiste na tylu poziomach (tekstowym również), że mogłabym o tym poemat napisać! Nie mogę pojąć, skąd taka powszechna potrzeba… Czytaj więcej »

Grześ
Gość
Grześ

Fajnie napisane i celne (w temat) trafienie. Graty za poczucie humoru i lekkie pióro. Mówi Wam to 57-latek. Pozdro, siema i pochwa. :)

Michał Małysa
Gość

„Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.” Całkowicie celne. Wiem, że przez fanów „starego” Quebo mogę zostać za to zjedzony, ale wytwór Taconafide totalnie przypomina mi „Płytę roku” – niby słucha się głównie dla maestrii… Czytaj więcej »

Omi
Gość
Omi

Tytuł „Soma” skojarzył mi się z „Nowym Wspaniałym Światem”. Jak to się ma do treści płyty, muszę sprawdzić

Ola
Gość
Ola

gdzieś tam czasem są odniesienia do książki (aczkolwiek niewielkie), a w piosence „Soma” także do samego autora

Hav0s
Gość
Hav0s

Bo tytuł „Soma” jest głównie nawiązaniem do „Nowego Wspaniałego Świata”. Cuty z intra i outra oraz kawałek „Soma”, który nawiązuje właśnie do książki Huxley’a.

Nitj'sefni
Gość
Nitj'sefni

W „Intro” są sample prawdopodobnie z filmu Brave New World (głos opowiada o SOMie, czyli legalnej używce w uniwersum stworzonym przez Huxleya). Tak samo nawiązania w kawałku o tytule „Soma”. Dlatego jestem pewien, że autorom chodziło właśnie o tę książkową używkę, aczkolwiek nie wiedziałem, że ma ona też odpowiednik w naszym prawdziwym świecie.

Wpis jak zwykle świetny.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Jesteś stary, jeśli nikt nie oblał Cię w lany poniedziałek

Skip to entry content

Gdy byłem dzieckiem, w lany poniedziałek najważniejszy zawsze był początek dnia. To jako który obudziłeś się w domu, decydowało o tym, czy byłeś polującym, czy upolowanym. Pamiętam jak w któreś Święta Wielkanocne zaspałem i z cieplutkiego snu wybudził mnie zimny strumień wody opadający mi na twarz. To moja mama, zrewanżowała się za poprzednie śmingusy-dyngusy, kiedy to ona była wyrywana ze snu przy pomocy gumowej psikawki imitującej jajko. Babcię oblewałem zazwyczaj, gdy już była na nogach, choć i tu trzeba było obrać odpowiednią taktykę, bo zdarzyło się, że pozorując zajęcia kucharsko-kuchenne, tylko czekała aż się zbliżę i zaatakowała pierwsza z przezroczystej żaby z wodą. Jak na swoje lata miała lepszą celność, niż niejeden wytrawny gracz w Counter Strike’a.

Wraz z wiekiem wodny oręż ewoluował.

Od wcześniej wspomnianych psikawek, które miały skandalicznie małą pojemność i koszmarnie żaden zasięg, przez pistolety i strzykawki wystrzeliwujące wodę ciutkę dalej, po opakowania po Ludwiku mieszczące całkiem przyzwoitą ilość amunicji i strzykawki laryngologiczne mające zasięg od schodów klatki aż po trzepak, kończąc na 5-litrowych baniakach i wiadrach. Które przy dobrym zamachu wyrzucały wodę do połowy podwórka. Niestety, mimo imponującego zasięgu rażenia, miały naprawdę sporą niedogodność – po dwóch atakach trzeba było wrócić do domu po przeładowanie. Co było równoznaczne z tym, że będąc na terytorium wroga, bardzo szybko stawałeś się bezbronny.

„Bezbronny” z kolei równało się „mokry”, a „terytorium wroga” równało się „każde miejsce poza domem”.

W lany poniedziałek osiedle przypominało klimatem „Gangi Nowego Jorku”. Tyle, że bez krwi. Choć z dwa razy się zdarzyło, że ktoś przymierzając się do ataku z wiadra, nie zauważył, że ma swojego krok od siebie i zamachując się z „całej pety przyłożył mu w kinola”. Że już tak podwórkowym slangiem polecę. Cóż, to była wojna. I to wojna, która nie bierze jeńców. Nie było tłumaczenia, że to ostatnia sucha koszulka, że właśnie idziesz na obiad do dziadków, że to koszulka z Najki, czy Adasia i starzy Cię zabiją, albo, że rodzice wyszli z domu i będziesz mógł się przebrać dopiero popołudniu. Tu było prawo wody: płyń z nią albo spływaj. Jeśli oczywiście zdążysz uciec.

Ekipy walczyły między sobą o strefy wpływów w bezlitosnych starciach, napędzając się widokiem pokonanych i piskiem uciekających przed mimowolnym udziałem w konkursie mokrego podkoszulka. Kto chciał uniknąć przymusowej kąpieli, wiedział, że jedynym wyjściem jest pozostanie w domu aż do zmroku. Wszelkie inne próby przesmyczenia się bocznymi alejkami, wybrania okrężnej drogi, czy zamaskowania się nie do poznania, kończyły się w ten sam sposób. Mokro. Ten bój miał tylko jedną, święta zasadę: nie lejemy dorosłych. Dorosłych, czyli tych starych ludzi, którymi nigdy nie będziemy.

Dzisiaj wyszedłem z domu do Żabki po sok, a dzieciaki z pistoletami na wodę minęły mnie szerokim łukiem. Jak smutne jest to?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Dean Hochman

19 rzeczy, które zaskoczą Cię w Wietnamie!

Skip to entry content

Po tym jak w 2016 w końcu zrealizowałem marzenie z czasów jedzenia bułek posmarowanych nożem i poleciałem do Tajlandii, bardzo zajawiłem się na Azję i wiedziałem, że muszę tam wrócić. Choćby po to, żeby liznąć trochę słońca w trakcie półrocznej polskiej zimy. Wybór padł na Wietnam ze względów gastronomicznym – pozdro dla zupiarzy i sajgoniarzy – i oczywiście ekonomicznych – Japonia cały czas poza moim zasięgiem, chlip, chlip.

I co? I o ile Tajlandią byłem oczarowany, o tyle Wietnam mnie rozczarował. Nie wiem, czy to kwestia tego, że tylko raz możesz być zachwycony Azją pierwszy raz i pewne rzeczy już nie robią na Tobie wrażenia, czy może chodzi o to, że Tajowie w odróżnieniu od Wietnamczyków, nie traktowali mnie jak chodzącego worka z dolarami. Tak czy inaczej, w Wietnamie było w porządku – nie beznadziejnie, ale też nie porywająco. Ot, ciekawe doświadczenie, którego nie mam potrzeby powtarzać.

Część rzeczy mnie urzekła, część pokazała mi środkowy palec, ale z pewnością żadna z nich mnie nie znudziła. Przed Tobą 19 rzeczy, które zaskoczą Cię w Wietnamie!

1. Skutery, WSZĘDZIE skutery!

W Wietnamie jest 45 MILIONÓW zarejestrowanych skuterów, przy 92-milionowej populacji ludzi, z czego 5 milionów porusza się po ulicach Hanoi. Na papierze może to nie robi wrażenia, ale gdy tylko dotrzesz z lotniska do miasta już tak. Ruch uliczny jest przerażający i to nie jest metafora. Każde przejście przez ulicę jest kładzeniem swojego życia na szali.

Wietnamczycy jeżdżą jakby im się śpieszyło do sprawdzenia empirycznie czy jest życie po śmierci, nie stosując się do żadnych zasad ruchu drogowego. Pomijam już kwestię kierunkowskazów i pasów, ale dla nich nie istnieje nawet sygnalizacja świetlna. Myślisz, że jak stoisz na światłach i masz zielone, to znaczy, że możesz bezpiecznie przejść? Hahaha, niezły żart. To znaczy, że samochód lekko przyhamuje zanim Cię potrąci. Na ulicy panuje prawo silniejszego, a przechodzień jest wyłącznie niechcianym intruzem.

Skutkuje to tym, że w Wietnamie w wypadkach drogowych rocznie ginie 14 000 ludzi. Czyli 1,5 osoby co każdą godzinę.

2. Palenie śmieci na ulicy

W Polsce śmieciami pali się w piecach na wsiach i w małych miejscowościach. Głównie po to, żeby ogrzać dom. W Wietnamie śmieci pali się na ulicy w stolicy kraju. Bo tak.

3. Kawa z jajkiem

Tak zwane egg coffee. Kawa z jajkiem brzmi jak przepis na rozwolnienie, a jest zadziwiająco dobra i była moim ulubiony deserem w trakcie podróży po tym kraju. Wersja bez koglu-moglu również bardzo pierwsza klasa.

4. Wiosłowanie nogami

Nie pytajcie jak oni to robią, bo nie mam najmniejszego pojęcia, ale na rzece w Tam Coc – wiosce obok Ninh Binh – Wietnamczycy wiosłują nogami. Gdyby to nie było wystarczająco zaskakujące, to w ten sposób są w stanie pokonać półtoragodzinną trasę metalową łodzią z dwoma turystami. I to nie tylko mężczyźni, ale również kobiety. Kilkukrotnie w ciągu dnia.

Szacunken.

5. Kury w klatkach dla chomików

Jedna z bardziej niehumanitarnych akcji jakie widziałem w Hanoi. Lokalsi uważają, że spoko pomysłem jest trzymanie drobiu w klatkach dla gryzoni przed swoimi mieszkaniami. Nie wiem, czy nie miałem okazji zaobserwować, czy po prostu tego nie robią, ale nie widziałem, żeby je karmili albo usuwali odchody.

6. Kraj milionerów

Wietnamską walutą są dongi – skrót VND – i najtańszy produkt jaki kupowałem w tym kraju – duża woda w ichniejszej Żabce – kosztował 10 000, czyli 1,6zł na polskie. Znaczy to tyle, że żeby być milionerem w tym kraju wystarczy mieć 160 złotych. Czułem się jak gwiazda TVNu. Przez całe ćwierć minuty.

7. Trudne warunki pracy w Gastro

Podobnie jak w Tajlandii, gotuje się wszędzie i na wszystkim, naczynia płucze się w brudnej wodzie w misach, a tą samą gołą dłonią, którą liczy się pieniądze, wrzuca się mięso do gara. I tak samo nie ma to przełożenia na zatrucia, biegunki, ani wymioty. Co kolejny raz mnie zaskakuje, bo po jedzeniu w Polsce – teoretycznie przygotowywanym zgodnie z normami sanepidu – nie raz miał sensacje żołądkowe.

8. Mgła i deszcz

W miejscowościach, w których jest za mało skuterów, żeby promienie słoneczne mógł zasłaniać smog, zasłania je mgła albo deszcz. Wietnam ma wiele malowniczych pejzaży, niestety na zdjęciach wyglądają jak namalowane kurzem. Ostrość odzyskaliśmy dopiero na wyspie na południu kraju, przy okazji przypominając sobie jak wygląda słońce. Wcześniej musieliśmy wierzyć na słowo, że faktycznie nad tym krajem również świeci.

9. Opiekanie psów i kóz w całości

Tego podpunktu nie zilustruję zdjęciem, bo nie byłem w stanie zmusić się, żeby je zrobić.

Tak, Wietnamczycy jedzą psy, przy czym nie są one ich narodowym daniem, jak kebab w Polsce, i nie znajdziemy budek serwujących to zwierzę na każdym rogu. Za to, gdy już trafimy na takie miejsce, to trudno będzie wymazać je z pamięci. W Wietnamie zwierzęta opieka się w całości – razem z głową – i w takiej też formie wystawia na ulicę, żeby zachęcić klientów. Znaczy to, że próbując nie zginąć w wypadku drogowym w trakcie poruszania się po Hanoi, można ni z tego, ni z owego trafić na stojący na chodniku stolik z upieczonym kundelkiem. A przemieszczając się po Ninh Binh z upieczoną kozą.

Wnioskując po grymasach na pyskach zwierząt, piecze się je żywcem.

10. Modlitwa z pieniędzmi

Że Budda lubi dary losu, to wiedziałem już po wizycie w Bangkoku – tam zostawiało mu się Fantę, Sprite’a albo browarka. Tutaj za to dowiedziałem się, że w dobrym tonie jest modlić się do niego z plikiem banknotów w dłoniach, a potem robić przed jego podobizną to, co Fat Joe na klipie do „Make it rain”. Co kraj to obyczaj.

11. Mrożona herbata

W Wietnamie oprócz świetnej kawy mają też świetne herbaty, w tym ultra zajebiste mrożone. Nie wiem, co mogę powiedzieć oprócz tego, że te z Cha Go były jak schłodzone płynne niebo na języku i chciałbym je w Polsce.

12. Selfie sportem narodowym

Byłem na wielu konferencjach, wyjazdach i innego typu wydarzeniach blogowych, na których ludzie z internetu robili sobie sajmojebki, i nikt z nas nie ma podjazdu do Wietnamczyków. Oni, jak to się mówi nie używając wulgaryzmów, nie uprawiają seksu w tańcu. U nich zrobić sobie selfie, to jak poprawić okulary na nosie. Nie ma różnicy czy masz 4, czy 104 lata, wszyscy walą fotograficzne autoportrety z ręki na potęgę.

Szczerze mówiąc, to im trochę zazdroszczę tego braku żenady, bo mnie jednak – mimo, że to w końcu moja praca – często jest głupio tak się onanizować do przedniej kamerki w miejscu publicznym.

13. Zupa dobra na wszystko

Wietnam słynie z zup, które je się o każdej porze dnia i nocy, a zwłaszcza z pho – ichniejszego rodzaju rosołu z wkładką. Tradycyjne warianty to pho bo – z wołowiną, i pho ga – z kurczakiem, aczkolwiek widziałem wersje z naprawdę różnymi rzeczami w środku. Czy mięsny wywar z pływającymi elementami, których nie jesteś w stanie zidentyfikować może dobrze wchodzić na śniadanie? No, pewnie! A na kolację? Tymbardziej!

Gorąco polecam wszelkie płynne substancje podawane w ulicznych lokalach, w których taborety ogrodowe są tak małe, że siedzisz tylko na jednym półdupku.

14. Kartony zamiast walizek

„Ogranicza nas tylko wyobraźnia” jak mówi jeden z popularniejszych cytatów motywacyjnych bez autora. Wielu lokalsów zdaje się brać te słowa za swoje motto, bo nadawanie kartonów jako bagaży rejestrowanych pod czasu lotu samolotem nie jest tu niczym niezwykłym. Może i niewygodne, może i nietrwałe, ale za to jakie hipsterskie.

15. Banh mi, czyli bagiety z wkładką

W Tajlandii za pieczywo płacisz jak za bitcoiny i trochę trzeba poszukać, żeby je znaleźć. W Wietnamie, w związku z tym, że Francuzi ich najechali i zrobili tam swoją kolonię, bagietki znajdziemy w zasadzie na każdym rogu. Próbowałem różnych wariantów i zdecydowanie najlepszym jest ten z włożonym do środka omletem z pasztetem. I oczywiście kolendrą, bo tutaj jedzenie bez kolendry jest jak całowanie się po pijaku – nie liczy się.

16. Rżnięcie turystów na hajs

Niestety wielu Wietnamczyków mając kontakt z obcokrajowcami, zachowuje się jakby nie miało przed sobą człowieka, tylko bankomat. Co prawda jeszcze sporo brakuje im do Egipcjan, którzy białym ludziom niemal wyrywają pieniądze z portfela, ale da się odczuć, że każdy uśmiech jest wykalkulowany.

Oprócz standardowego naganiania, wciskania badziewia i różnicowania ceny w zależności czy wyglądasz na Amerykanina czy Europejczyka, jest jeszcze bardziej wyrafinowany sposób na wyciągnięcie hajsu z turystów. Jeśli znudzi Ci się jedzenie na ulicy i będziesz chciał spożyć posiłek niemając kolan pod brodą, możesz doznać lekkiego szoku. W miejscach z krzesłami normalnych rozmiarów często do cen potraw, które widziałeś w menu doliczane jest 5% za obsługę i 10% VATu. Bo jak wiadomo, podawanie cen z VATem to tylko zachodnia fanaberia.

17. Mężczyźni z długimi paznokciami

Tu niestety też nie pokażę Wam zdjęcia, ale pierwsze co mnie zaskoczyło po wyjściu z lotniska, to to, że kierowca Ubera miał naprawdę, ale to naprawdę długiego paznokcia u kciuka. Był transwestytą i nocą występował jako drag queen? A może bił rekord Guinessa? Możliwe, aczkolwiek bardziej prawdopodobne, że w ten sposób chciał zamanifestować swój status społeczny.

W Wietnamie mężczyźni, choć raczej starsi niż młodsi, zostawiają jeden lub dwa dużo dłuższe paznokcie, żeby pokazać, że nie pracują fizycznie. Gdyby zajmowali się uprawą ryżu musieli by ściąć szpony. Obleśne, ale czego się nie robi, żeby rwać panny na mieście.

18. Surowe sajgonki

To co w polskich knajpach z orientalnym jedzeniem nazywa się sajgonkami ma najczęściej tyle wspólnego z tymi wietnamskimi, co e-sport ze zdrowiem fizycznym. Sprawdzając jak chả giò faktycznie powinny wyglądać i smakować, dowiedziałem się przy okazji, że występują też w wersji bez smażenia. Surowe sajgonki, czyli marchewka, ogórek, sałata, mięso i makaron zawinięty w papier ryżowy, okazały się równie smaczne, co te potraktowane obróbką termiczną.

Aż się robię głodny jak przypomina mi się ich smak.

19. Ilu Wietnamczyków zmieści się na dwuosobowym skuterze?

To że jedynym prawem jakie Wietnamczycy respektują na drodze jest prawo dżungli, to jedno. Ale to, że ze skutera robią rodzinnego vana, to kwestia zasługująca na osobny akapit. Na jednośladzie przeznaczonym dla 2 osób potrafią jechać nawet w 5, wliczając w to dziecko niepotrafiące jeszcze chodzić. Które to najczęściej nie ma nawet kasku. Wygląda to jakby z cały sił starali się o nagrodę Nagrodę Darwina.

Czy warto polecieć do Wietnamu?

  (więcej ładnych widoczków z podróży znajdziecie na moim Instagramie)

Tuż nad sercem masz wydziaraną zupę pho? Dostajesz drgawek, jeśli nie zjesz makaronu ryżowego przez więcej niż 12 godzin? Twoją ulubioną grą jest rosyjska ruletka? Nie? To Wietnam możesz sobie odpuścić. Serio. W Tajlandii trafisz na równie egzotyczne widoki, a ludzie są milsi, ceny niższe i wszędzie owoce szejki. Ach te szejki…

Zobacz wpis: Jedzenie w Tajlandii: czego musisz spróbować?

Zobacz wpis: Ceny w Tajlandii. Ile kosztuje jedzenie, nocleg i internet?

Zobacz wpis: 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii