Close
Close

Czy wiesz co to znaczy być TERAZ i TUTAJ?

Skip to entry content

Bycie TERAZ i TUTAJ to odczuwanie bieżącej chwili i uczestniczenie w niej. To bycie umysłem i ciałem współautorem wydarzenia, które właśnie się dokonuje. To pełne zaangażowanie zmysłów w odczuwanie aktualnego momentu i wszystkich emocji, które ze sobą niesie.

Bycie TERAZ i TUTAJ, to nerwowe przełykanie śliny, gdy jesteś na osiemnastce w lepiącym się od buzujących hormonów klubie, patrzenie źrenicami wielkości śliwek na dziewczynę, z którą trzymacie się za ręce i kołyszecie biodrami na parkiecie i rzucanie monetą w myślach, aby sprawdzić, czy to właściwy moment, żeby ją pocałować.

Bycie TERAZ i TUTAJ, to forsowanie barierek oddzielających wykonawcę od publiczności na koncercie Twojego idola z czasów licealnych, wykrzykiwanie razem z nim zwrotek tak głośno, by zagłuszyć nagłośnienie i obudzić wszystkich w obrębie dzielnicy, i poczucie bycia jednością z całą salą, z każdym jednym człowiekiem, który zdziera gardło tak jak Ty.

Bycie TERAZ i TUTAJ, to czucie w przełyku bicia wyrywającego się z klatki piersiowej serca, które masz wrażenie, że już doszło do granicy swoich możliwości i zaraz stanie, bo właśnie stoisz na krawędzi mostu wzniesionego 200 metrów nad ziemią i masz z niego skoczyć, co prawda z liną, ale w tej chwili nie sprawia Ci to większej różnicy.

Piszę o tym, bo odkąd media społecznościowe zadomowiły się na telefonach i pojawił się Snapchat, mam wrażenie, że wiele osób zapomniało, co to znaczy być TERAZ i TUTAJ.

Coraz częściej obserwuję ludzi, którzy odcinają się mentalnie od bieżących wydarzeń, rejestrując je na telefonie. I nie należy mylić tego z utrwalaniem chwili. Łapanie momentu, w postaci zrobienia zdjęcia, z perspektywy mojego rocznika – 1988 – było obecne zawsze. Tyle, że ten moment łapało się dla siebie. Wyciągało się aparat, prosiło kogoś o cyknięcie zdjęcia, pstry-pstryk, chowało się aparat do kieszeni i dalej uczestniczyło w wydarzeniu, mając pamiątkę DLA SIEBIE do celebrowania jej PÓŹNIEJ. W dniu, w którym to piszę, sytuacja została wywrócona do góry nogami.

Obecnie rejestrujemy chwile DLA INNYCH aby konsumować zarejestrowany materiał NATYCHMIAST.

Przez co nie uczestniczymy w wydarzeniach. Obserwujemy je.

Dopóki nie zająłem się blogowaniem, robienie zdjęć śniadań, wrzucanie zrzutów z Endomondo, czy opisywanie w statusie sytuacji na imprezach masowych, było dla mnie, delikatnie mówiąc, dziwne. Nie rozumiałem, czemu ktoś będąc w trakcie jakiegoś zdarzenia niosącego ładunek emocjonalny, zamiast je przeżywać, odcina się od niego, grzebiąc w telefonie i wchodząc do sieci. Gdy wszedłem w branżę zrozumiałem, że „relacje na żywo” to narzędzie do budowania wizerunku, rozwoju marki osobistej i animowania społeczności.

Mimo to, wciąż, gdy dzieje się coś naprawdę dla mnie istotnego, gdy dzieje się coś co chcę przeżyć, jestem poza siecią. A nawet jeśli coś utrwalam, z resztą świata dzielę się tym później.

Dzielenie się wydarzeniami, emocjami, przemyśleniami, to element mojej pracy, który dostarcza mi wymierne korzyści i mimo, że to moje hobby, jestem w to wkręcony i daje mi to radochę, potrafię i przede wszystkich chcę oddzielać to od realnego życia i uczestniczenia w rzeczywistości. Dlatego przeraziło mnie, gdy w trakcie wakacji w Słonecznym Brzegu widziałem w każdym, ale to dosłownie w każdym klubie ludzi przyspawanych do Snapchata.

Te imprezy naprawdę były spoko. Dj puszczali same najlepsze playlisty ze Spotify, barmani lali od serca i czasem nawet łapali butelkę po podrzuceniu, laski tańczyły na barze, kolesie też, a stopień zakrycia ciała przez obie płcie był odwrotnie proporcjonalny do temperatury i stężenia alkoholu we krwi. No typowe wakacyjno-kurortowo-plażowe imprezy. I na każdej znajdywała się przynajmniej jedna osoba, która nie chłonęła atmosfery, nie wkręcała w pantomimę ciał i energię, która panowała w lokalu, tylko biegała z telefonem i kręciła snapy. Żeby pokazać innym, że ona tu i teraz świetnie się bawi i jest taaaki melanż.

Tyle, że ona nie była TERAZ i TUTAJ. Ona odcinała się od wydarzeń, traciła kontakt z otoczeniem i była poza tym momentem. Była obserwatorem nie uczestnikiem. Była ZA CHWILĘ i OBOK, bo siedziała na Snapchacie i relacjonowała wydarzenie, które ją omijało.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Zatruci „Mocarzem” powinni się leczyć na własny koszt

Skip to entry content

Od kilku dni w mediach głośną karierę robi nowy dopalacz – czyli niezdelegalizowany przez państwo syntetyczny odpowiednik narkotyku – „Mocarz”. Jak podają lekarze jest 800 (słownie: OSIEMSET) razy mocniejszy niż marihuana i robi z mózgu szambo. Ogromne spustoszenie sieje w okolicach Śląska, gdzie od czwartku po jego zażyciu do szpitali trafiło ponad 200 osób. W stanie bardzo, ale to bardzo nieciekawym, cytując doktora Czarosława Kijonkę z rozmowy z Gazeta.pl:

Od zeszłego czwartku mieliśmy u nad dziewięć osób po dopalaczach. Wszystkie bardzo pobudzone psychoruchowo. Trudno było z nimi nawiązać logiczny kontakt. Oni tkwili we własnym świecie. Mówili takie rzeczy, że dosłownie byłem przerażony. Że są w jakimś filmie. Krzyczą, że fruwają, że bardzo chcą fruwać. Jeden z nich krzyczał, że zaraz będzie wyskakiwał z okna w samolocie.

Współczuję wszystkim, którzy to wzięli, bo z pewnością nie mieli pojęcia na co się piszą, ani jak to zdewastuje ich układ nerwowy. Opinia społeczna, jednak nie ma tyle empatii:

Smutne, że teraz musimy za leczenie tych palantów płacić. Chcieli się odurzyć to niech się odtruwają pod drzewem, albo mamusia niech gotuje rosołek. Tak, tylko łóżka w szpitalach zajmują. Młodzież poszukująca zabawy… niedobrze się robi.

autor: nc221

Te ćpuny powinny płacić za pomoc lekarską.

autor: dejtrejder

Mam nadzieję, że koszty hospitalizacji w caości pokryją ci narkomani…

autor: cler27

Zasadniczo duża część społeczeństwa uważa, że osoby zatrute „Mocarzem” nie powinny być leczone z państwowych pieniędzy, bo nabawiły się problemów ze zdrowiem przez własną głupotę. Coś w stylu „nawarzyłeś piwa, to teraz je wypij” i takie tam uderzanie w tony odpowiedzialności za swoje czyny. Ja z kolei uważam, że konsumenci dopalaczy powinni być leczeni na takich samych zasadach jak wszyscy inni chorzy i do osób, które się z tym nie zgadzają mam kilka prostych pytań.

Czy osoby, które dostały zawału serca, a paliły papierosy powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które są trwale sparaliżowane, bo skakały do wody na główkę bez sprawdzenia, czy pod powierzchnią wody nie ma wózka z Tesco powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają problemy ze stawami, a uprawiały wyczynowo sport powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają marskość wątroby, a piły alkohol powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają problemy ze wzrokiem, a w wolnych chwilach siedzą przed komputerem powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają nadciśnienie i miażdżycę, a są otyłe nie z powodów genetycznych powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które doznały poparzenia 3-go stopnia w wyniku nadmiernego opalania się powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, którym urwało palce, bo odpalały fajerwerki bez użycia wyobraźni powinny być leczone z własnych pieniędzy?

I wreszcie, czy osoby, które nie nosiły czapki w zimie i dostały zapalenia zatok powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to za pomocą tych pytań próbowałem Ci uzmysłowić, że duża część, jeśli nie połowa, urazów i chorób bierze się z ludzkiej głupoty. Nie twierdzę, że zażywanie substancji niewiadomego pochodzenia jest mądre. Nie jest w żadnym wypadku. Tyle, że ani ja, ani Ty nie jesteśmy święci i każdemu zdarzyło się choć raz w życiu zrobić głupotę. Więc jeśli mamy karać głupie zachowania powodujące szkody w naszym organizmie, to karzmy wszystkie po równo i wyrzućmy z publicznych poradni rehabilitacyjnych osoby, które od siedzenia przy biurku mają pokrzywione kręgosłupy.

I nawet jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco, to muszę Cię zmartwić. Te osoby, tak samo jak zatruci „Mocarzem”, są leczone z własnych pieniędzy. No, chyba, że udowodnisz im, że nie płaciły podatków.

autorem zdjęcia jest MattysFlicks

7 typów ludzi, których spotkasz na plaży

Skip to entry content

Po tygodniu pływania, opalania się i rzucania frisbee, przerywanego chowaniem się przed deszczem, napatrzyłem się tyle na piasek, że wszędzie widzę ziarna. Jak krakowski gołąb. Po spędzeniu takiej ilości czasu na plaży doznałem oświecenia porównywalnego do przejścia z geocentrycznej do heliocentrycznej koncepcji świata. Dotarło do mnie, że niezależnie czy jesteś w Hurghadzie, Słonecznym Brzegu, Darłowie, czy na Bagrach, wszędzie można spotkać niemal identyczne typy ludzi zażywających słonecznej kąpieli.

Kogo spotkasz na plaży?

 

Wcale-nie-mam-dupy-na-wierzchu

Znana także jako Spadające Majtki.

To ta lekko zaniedbana blachareczka z  kilkoma kilogramami nadbagażu nad łonem. Jest przekonana równie głęboko co brud za jej niedomalowanymi paznokciami, że nie rozwój intelektualno-osobisty, a idealnie opalona dupa jest czynnikiem decydującym o wygrywaniu życia. Mimo to, nie pójdzie na całość i nie ściągnie z siebie tych dwóch sznurków udających majtki, żeby zaaplikować sobie brąz na odwłok, tylko zsuwa je. Podciąga, zsuwa, podciąga, zsuwa, podciąga, zsuwa, żeby równomiernie złapać słońce, przez co przez większość czasu są spuszczone do połowy tyłka i nie wiadomo, czy właśnie srała, czy dopiero będzie. A przecież każdy kto nadział się na widok jej odbytu chce to wiedzieć.

 

Superniania

Jak wiadomo, najlepszą metodą wychowawczą jest krzyk, a w zasadzie skrzek. Więc z pozycji królowej matki, lub też władczyni narodów oczekującej na wachlowanie, rozciągnięta na leżaku jak żaba pod kołami TIRa na autostradzie, matrona nieustannie skrzeczy na dzieci.  Skrzeczy przez całą plażę, żeby nie wchodziły do wody bo jest głęboko, żeby weszły do wody bo jest gorąco, żeby wyszły z wody, bo się przeziębią i żeby nie piły wody, bo przed chwilą do niej sikały. Niosący się po falach skrzek przypomina bardziej nieudolną musztrę niż rozmowę z potomstwem, a to przecież nie jest poligon.

 

Pan Mieciu

Nieodzownie towarzyszy mu siatka-żulówka z logiem któregoś z dyskontów spożywczych, wypełniona najtańszymi browarami jakie można dostać w zasięgu kilometra. Po wypiciu trzech fasbergopodobnych szczyn, wali w kimę w pełnym słońcu i spala sobie skórę.

 

Modelka

Artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle wody, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle piasku, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle palm, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle baru, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle innych dup. Nie ma już kolejnych miejsc do wypięcia pośladków, wciągnięcia brzucha i zrobienia dziubka? Ach, jak dobrze, że jeszcze są cycki! To jedziemy z drugą kolejeczką!

 

Rycerz ortalionu

Jeśli nie przyszedł na plażę w Shoxach, to tylko dlatego, że nastąpiła jakaś klęska żywiołowa pod postacią starcia się całej podeszwy po 5-ciu latach nieustannego chodzenia w jednej parze w każdy dzień tygodnia. Nigdy nie występuje sam, zawsze jest w towarzystwie przynajmniej dwóch kamratów wyglądających identycznie jak on, przez co chwila nieuwagi i staje się nie do odróżnienia. Łysa głowa, łańcuszek z pierwszej komunii na szyi i cichoszelesty do połowy uda z trzema paskami, łyżwą lub dzikim zwierzem, to nie ubiór. To styl życia.

 

Osiedlowa piękność

Narzeczona rycerza ortalionu. Kawałki Firmy recytuje z pamięci, kawałki Chady z przedramion kolegów. Co kwadrans szlug, co 10 sekund bluzg. Nie widzi różnicy między jeziorem, klubem i domem dlatego opala się w bieliźnie i pełnym makijażu. Posiada umiejętność miotania piorunami rzucając spojrzeniem jak shurikenami w inne przedstawicielki jej płci.

 

DJ bez słuchawek

Dba o odpowiedni akompaniament, żebyś nie musiał plażować w ciszy i mógł nacieszyć uszy kompozycjami największych wirtuozów współczesnych czasów. Bezpłatnie zapewnia Ci wyselekcjonowane tło muzyczne przy pomocy niepozornego telefonu. Nie czujesz „Pisarza miłości”? „Ona tańczy dla mnie” nie trafia w Twoje wysublimowane gusta? To dlatego, że za mało się angażujesz. Na trzy, czteee-ryyy, wszyscy razem: PIZDA NAD GŁOWĄ, PI-PI-PIZDA NA GŁOWĄ!!

O kimś zapomniałem?