Close
Close

Czy wiesz co to znaczy być TERAZ i TUTAJ?

Skip to entry content

Bycie TERAZ i TUTAJ to odczuwanie bieżącej chwili i uczestniczenie w niej. To bycie umysłem i ciałem współautorem wydarzenia, które właśnie się dokonuje. To pełne zaangażowanie zmysłów w odczuwanie aktualnego momentu i wszystkich emocji, które ze sobą niesie.

Bycie TERAZ i TUTAJ, to nerwowe przełykanie śliny, gdy jesteś na osiemnastce w lepiącym się od buzujących hormonów klubie, patrzenie źrenicami wielkości śliwek na dziewczynę, z którą trzymacie się za ręce i kołyszecie biodrami na parkiecie i rzucanie monetą w myślach, aby sprawdzić, czy to właściwy moment, żeby ją pocałować.

Bycie TERAZ i TUTAJ, to forsowanie barierek oddzielających wykonawcę od publiczności na koncercie Twojego idola z czasów licealnych, wykrzykiwanie razem z nim zwrotek tak głośno, by zagłuszyć nagłośnienie i obudzić wszystkich w obrębie dzielnicy, i poczucie bycia jednością z całą salą, z każdym jednym człowiekiem, który zdziera gardło tak jak Ty.

Bycie TERAZ i TUTAJ, to czucie w przełyku bicia wyrywającego się z klatki piersiowej serca, które masz wrażenie, że już doszło do granicy swoich możliwości i zaraz stanie, bo właśnie stoisz na krawędzi mostu wzniesionego 200 metrów nad ziemią i masz z niego skoczyć, co prawda z liną, ale w tej chwili nie sprawia Ci to większej różnicy.

Piszę o tym, bo odkąd media społecznościowe zadomowiły się na telefonach i pojawił się Snapchat, mam wrażenie, że wiele osób zapomniało, co to znaczy być TERAZ i TUTAJ.

Coraz częściej obserwuję ludzi, którzy odcinają się mentalnie od bieżących wydarzeń, rejestrując je na telefonie. I nie należy mylić tego z utrwalaniem chwili. Łapanie momentu, w postaci zrobienia zdjęcia, z perspektywy mojego rocznika – 1988 – było obecne zawsze. Tyle, że ten moment łapało się dla siebie. Wyciągało się aparat, prosiło kogoś o cyknięcie zdjęcia, pstry-pstryk, chowało się aparat do kieszeni i dalej uczestniczyło w wydarzeniu, mając pamiątkę DLA SIEBIE do celebrowania jej PÓŹNIEJ. W dniu, w którym to piszę, sytuacja została wywrócona do góry nogami.

Obecnie rejestrujemy chwile DLA INNYCH aby konsumować zarejestrowany materiał NATYCHMIAST.

Przez co nie uczestniczymy w wydarzeniach. Obserwujemy je.

Dopóki nie zająłem się blogowaniem, robienie zdjęć śniadań, wrzucanie zrzutów z Endomondo, czy opisywanie w statusie sytuacji na imprezach masowych, było dla mnie, delikatnie mówiąc, dziwne. Nie rozumiałem, czemu ktoś będąc w trakcie jakiegoś zdarzenia niosącego ładunek emocjonalny, zamiast je przeżywać, odcina się od niego, grzebiąc w telefonie i wchodząc do sieci. Gdy wszedłem w branżę zrozumiałem, że „relacje na żywo” to narzędzie do budowania wizerunku, rozwoju marki osobistej i animowania społeczności.

Mimo to, wciąż, gdy dzieje się coś naprawdę dla mnie istotnego, gdy dzieje się coś co chcę przeżyć, jestem poza siecią. A nawet jeśli coś utrwalam, z resztą świata dzielę się tym później.

Dzielenie się wydarzeniami, emocjami, przemyśleniami, to element mojej pracy, który dostarcza mi wymierne korzyści i mimo, że to moje hobby, jestem w to wkręcony i daje mi to radochę, potrafię i przede wszystkich chcę oddzielać to od realnego życia i uczestniczenia w rzeczywistości. Dlatego przeraziło mnie, gdy w trakcie wakacji w Słonecznym Brzegu widziałem w każdym, ale to dosłownie w każdym klubie ludzi przyspawanych do Snapchata.

Te imprezy naprawdę były spoko. Dj puszczali same najlepsze playlisty ze Spotify, barmani lali od serca i czasem nawet łapali butelkę po podrzuceniu, laski tańczyły na barze, kolesie też, a stopień zakrycia ciała przez obie płcie był odwrotnie proporcjonalny do temperatury i stężenia alkoholu we krwi. No typowe wakacyjno-kurortowo-plażowe imprezy. I na każdej znajdywała się przynajmniej jedna osoba, która nie chłonęła atmosfery, nie wkręcała w pantomimę ciał i energię, która panowała w lokalu, tylko biegała z telefonem i kręciła snapy. Żeby pokazać innym, że ona tu i teraz świetnie się bawi i jest taaaki melanż.

Tyle, że ona nie była TERAZ i TUTAJ. Ona odcinała się od wydarzeń, traciła kontakt z otoczeniem i była poza tym momentem. Była obserwatorem nie uczestnikiem. Była ZA CHWILĘ i OBOK, bo siedziała na Snapchacie i relacjonowała wydarzenie, które ją omijało.

(niżej jest kolejny tekst)

58
Dodaj komentarz

avatar
26 Comment threads
32 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
32 Comment authors
Wszystko dla lajków? Czyli o internetowym ekshibicjonizmie | NishkaDotBlogowanie / vlogowanie w podróży. Z dziećmi. Czy to możliwe? | Never Grow UpKarol WernerBlogabella Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Adrian Bysiak
Gość

To że ludzie nie umieją przeżywać bycia tu i teraz wiadome jest już od wieków. Dzisiaj mamy telefony, wcześniej po prostu skupialiśmy się na przeszłości i przyszłości więc również nie mogliśmy być tu i teraz. Ale faktycznie ruszyłeś ciekawy problem, gdyż fantazjowanie o przyszłości czy zanurzanie się w przeszłości można jeszcze jakoś wytłumaczyć – tak zostaliśmy wychowani. Odnośnie snapowania, zainstalowałem snapa jakiś czas temu i widzę, że robi się on coraz bardziej popularny. Ludzie masowo zaczynają wrzucać te krótkie filmiki zapominając o rzeczywistości wokół, mało tego – snapując – ich nie ma, a my mimo to otrzymujemy pseudo rzeczywistość takiej… Czytaj więcej »

zudit.pl
Gość

A pamiętasz, jak siedzieliśmy z Fabjulus na imprezie sponsorowanej przez Ubera i wskazałeś na dwie dziewczyny siedzące przy stoliku obok? „Przyszły na spotkanie, integrować się z blogerami” :) …a każda ze wzrokiem wlepionym w telefon, bez kontaktu z otoczeniem. Tekst dżinius! <3

Jan Favre
Gość

Moja pamięć nie należy do najlepszych, ale zaiste mogło tak być :)

Saga Sachnik
Gość

Bo patrzyłeś mi głęboko w oczy, stąd zaniki pamięci.

marissaPP
Gość

ostatnio będąc w towarzystwie, uświadomiłam sobie, że nie mogę trafić ze słowami do ludzi, bo każdy siedział z telefonem w ręku, wymiana zdań zamieniła się w zamianę półsłówek i mruknięcia. Uświadomiłam sobie jak bardzo kiepsko to wygląda, a co najgorsze – sama po ten telefon w końcu sięgnęłam, bo co robić, jak nie ma z kim pogadać? …

Umorusana Ewa
Gość
Umorusana Ewa

Wyjść?

Jacek eM
Gość

A ja już się bałem, że jestem stary dziad, bo nie ogarniam Snapa. Znaczy nie jego obsługi, tylko celu używania, bo poza przesyłaniem 5-sekundowych zdjęć cycków jakoś nie bardzo wiem, do czego sensownego on mógłby służyć. Bo jaranie się na malutkim ekraniku tym, że KTOŚ akurat GDZIEŚ jest i robi COŚ jakoś mnie specjalnie nie eksajtuje, bo JA jestem TUTAJ. Ja wolę Instagrama jednak i to, że w spokoju sobie mogę coś obejrzeć – statycznie i bez strachu, że muszę się napaczeć, bo zaraz zniknie. Ale ja jestem rocznik ’76 – w kwestii zdjęć jestem konserwą w betonie :)

Lui1313
Gość
Lui1313

Jestem rocznikiem ’94, ale bynajmniej nie sprawia to, że rozumiem funkcjonowanie Snapa. Bardzo lubię korzystać z instagrama, facebook to zło konieczne, które jakoś znoszę, od czasu do czasu wchodzę na pinteresta i tumblra, ale w żaden sposób nie jestem w stanie pojąć, po co komuś ciągłe zdawanie relacji z tego, co robi, i pokazywanie tego innym. Chyba że np. mowa o parze lub o najlepszych przyjaciołach, którzy akurat nie mogą wtedy robić czegoś razem – tylko w takim przypadku trafia do mnie robienie zdjęć wszystkim i wszystkiemu, żeby bliska nam osoba poczuła się niemalże tak, jakby była z nami. W… Czytaj więcej »

Kim
Gość
Kim

„nasz egoizm jeszcze nigdy nie miał tak sprzyjających warunków” jak pięknie ujęte! Wspaniałe podsumowanie obecnej sytuacji w social media :)

Króliczek Doświadczalny
Gość

Może nawet nie egoizm, a narcyzm ;)

Kim
Gość
Kim

Faktycznie, znacznie lepsze słowo :)

Jacek eM
Gość

Może to bardziej megalomania, chociaż na mur beton podszyta kompleksami.
Dlatego wolę Insta, bo tam zdjęcia zazwyczaj trzymają poziom i nie służą tylko i wyłącznie pokazaniu tego, jak właśnie jest komuś zajebiście i inni niech zazdroszczą. (nie wliczam w to Blizeriana :)

Lui1313
Gość
Lui1313

Osobiście uwielbiam przeglądać instagrama – obserwuję przede wszystkim te osoby, które zajmują się tym, co mnie interesuje, dzięki czemu po kilku minutach przeglądania naprawdę dobrych zdjęć czuję się dużo bardziej zmotywowana, by zrobić coś dobrze i zapanować nad estetyką mojego otoczenia.
A co do megalomanii podszytej kompleksami – całkowicie się zgadzam; przecież po paru pozytywnych komentarzach nagle sobie uświadamiamy, że wypad, który nie do końca nam się podobał, tak naprawdę był najlepszy na świecie. No i nawet Aśka z gimnazjum nam go zazdrości. No i kto tu teraz ma najlepszych znajomych? Jesteśmy świetni!

Jan Favre
Gość

Z ciekawych zastosowań Snpachata mogę polecić relacje z wypraw blogerów podróżniczych, bo to i jest interesujące – pokazują nam nowe miejsca – i odbiorca ma wrażenie jak by był tam razem z nimi. Tyle, że – tak jak pisałem w tekście – w tym przypadku to po prostu kolejne narzędzie pracy.

Jacek eM
Gość

Chyba masz rację w tym, że dopóki to narzędzie pracy, sposób na komunikowanie się z odbiorcami, to wszystko gra. Gorzej, jak zaczynamy żyć tylko po to, żeby to komuś pokazać.
Nie, nie chyba – na pewno masz rację :)

Tak BTW – możesz podesłać jakiś przykład taki podróżników?

Jan Favre
Gość

Tutaj Karina na końcu posta wypisała sporo blogerów podróżniczych działających na Snapchacie: http://karaboska.com/dlaczego-uwazam-ze-snapchat-jest-zajebisty-lista-snapujacych-podroznikow/

Jacek eM
Gość

Ooo, dzięki wielkie

Tianzi
Gość
Tianzi

Poza tym zdjęcia typu z podróży są naprawdę ciekawe, natomiast te z melanżu znajomych na ogół prawie nikogo nie obchodzą => Lajki-Z-Uprzejmości.

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

Zdjęcia z podróży są ciekawe i tym bardziej szkoda, że po 24 godzinach już nie można ich zobaczyć. Snap uzależnia między innymi przez to, że nie można korzystać z niego sporadycznie.

Grzegorz Deuter
Gość

Ja się przyłączam do konserwy w betonie :)

Blogierka
Gość

Jacek eM ja tez najmlodsza nie jestem i nie ogarniam snapa a insta mam od niedawna ;). Aczkolwiek fejsowym ekshibicjonista juz kawal czasu ;)

Jacek eM
Gość

Ja do fejsa długo dojrzewałem, bo też nie mogłem ogarnąć, do czego toto się przydaje – pewnie ze Snapem będzie podobnie. A może i nie.
Starzy ludzie tak mają ;)

Ania Myszkowska
Gość

U mnie młodość w pełni, a też długo dojrzewam do nowości ;)

Jacek eM
Gość

To pocieszające dla takich pierników jak ja ;)

Dot
Gość
Dot

Jestem rocznika ’92 i myślę tak samo. Chociaż nawet Instagram nie mam, więc jeszcze mniej jestem związana z obecnymi czasami.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Snapa nie mam i nie zanosi się na jego posiadanie – niemniej mój brak zrozumienia dla uwieczniania wszystkiego skończył się dużo wcześniej. Kiedy ludzie na koncertach zasłaniali innym widok i psuli przyjemność uczestniczenia w nim poprzez kręcenie filmików telefonami. Wałowa jakość, dźwięk takiż, ale nieważne – bo MOJE. W internetach nie są takie fajne.Kręćmy chłopaki, ci niżsi z tyłu mogli se wziąć taborety z chałupy.
Rozumiem zdjęcie, jak wykonawca zlezie ze sceny albo przyjdzie na mój przyczółek. Ale półtorej godziny z telefonem w ręku…?

Jan Favre
Gość

Oj, tego to strasznie i nie lubię, i nie rozumiem, i za każdym razem się na to wkurzam: http://stayfly.pl/2013/05/koncert-z-komorki-jest-lepszy-niz-na-zywo/

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Zatruci „Mocarzem” powinni się leczyć na własny koszt

Skip to entry content

Od kilku dni w mediach głośną karierę robi nowy dopalacz – czyli niezdelegalizowany przez państwo syntetyczny odpowiednik narkotyku – „Mocarz”. Jak podają lekarze jest 800 (słownie: OSIEMSET) razy mocniejszy niż marihuana i robi z mózgu szambo. Ogromne spustoszenie sieje w okolicach Śląska, gdzie od czwartku po jego zażyciu do szpitali trafiło ponad 200 osób. W stanie bardzo, ale to bardzo nieciekawym, cytując doktora Czarosława Kijonkę z rozmowy z Gazeta.pl:

Od zeszłego czwartku mieliśmy u nad dziewięć osób po dopalaczach. Wszystkie bardzo pobudzone psychoruchowo. Trudno było z nimi nawiązać logiczny kontakt. Oni tkwili we własnym świecie. Mówili takie rzeczy, że dosłownie byłem przerażony. Że są w jakimś filmie. Krzyczą, że fruwają, że bardzo chcą fruwać. Jeden z nich krzyczał, że zaraz będzie wyskakiwał z okna w samolocie.

Współczuję wszystkim, którzy to wzięli, bo z pewnością nie mieli pojęcia na co się piszą, ani jak to zdewastuje ich układ nerwowy. Opinia społeczna, jednak nie ma tyle empatii:

Smutne, że teraz musimy za leczenie tych palantów płacić. Chcieli się odurzyć to niech się odtruwają pod drzewem, albo mamusia niech gotuje rosołek. Tak, tylko łóżka w szpitalach zajmują. Młodzież poszukująca zabawy… niedobrze się robi.

autor: nc221

Te ćpuny powinny płacić za pomoc lekarską.

autor: dejtrejder

Mam nadzieję, że koszty hospitalizacji w caości pokryją ci narkomani…

autor: cler27

Zasadniczo duża część społeczeństwa uważa, że osoby zatrute „Mocarzem” nie powinny być leczone z państwowych pieniędzy, bo nabawiły się problemów ze zdrowiem przez własną głupotę. Coś w stylu „nawarzyłeś piwa, to teraz je wypij” i takie tam uderzanie w tony odpowiedzialności za swoje czyny. Ja z kolei uważam, że konsumenci dopalaczy powinni być leczeni na takich samych zasadach jak wszyscy inni chorzy i do osób, które się z tym nie zgadzają mam kilka prostych pytań.

Czy osoby, które dostały zawału serca, a paliły papierosy powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które są trwale sparaliżowane, bo skakały do wody na główkę bez sprawdzenia, czy pod powierzchnią wody nie ma wózka z Tesco powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają problemy ze stawami, a uprawiały wyczynowo sport powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają marskość wątroby, a piły alkohol powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają problemy ze wzrokiem, a w wolnych chwilach siedzą przed komputerem powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają nadciśnienie i miażdżycę, a są otyłe nie z powodów genetycznych powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które doznały poparzenia 3-go stopnia w wyniku nadmiernego opalania się powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, którym urwało palce, bo odpalały fajerwerki bez użycia wyobraźni powinny być leczone z własnych pieniędzy?

I wreszcie, czy osoby, które nie nosiły czapki w zimie i dostały zapalenia zatok powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to za pomocą tych pytań próbowałem Ci uzmysłowić, że duża część, jeśli nie połowa, urazów i chorób bierze się z ludzkiej głupoty. Nie twierdzę, że zażywanie substancji niewiadomego pochodzenia jest mądre. Nie jest w żadnym wypadku. Tyle, że ani ja, ani Ty nie jesteśmy święci i każdemu zdarzyło się choć raz w życiu zrobić głupotę. Więc jeśli mamy karać głupie zachowania powodujące szkody w naszym organizmie, to karzmy wszystkie po równo i wyrzućmy z publicznych poradni rehabilitacyjnych osoby, które od siedzenia przy biurku mają pokrzywione kręgosłupy.

I nawet jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco, to muszę Cię zmartwić. Te osoby, tak samo jak zatruci „Mocarzem”, są leczone z własnych pieniędzy. No, chyba, że udowodnisz im, że nie płaciły podatków.

autorem zdjęcia jest MattysFlicks

7 typów ludzi, których spotkasz na plaży

Skip to entry content

Po tygodniu pływania, opalania się i rzucania frisbee, przerywanego chowaniem się przed deszczem, napatrzyłem się tyle na piasek, że wszędzie widzę ziarna. Jak krakowski gołąb. Po spędzeniu takiej ilości czasu na plaży doznałem oświecenia porównywalnego do przejścia z geocentrycznej do heliocentrycznej koncepcji świata. Dotarło do mnie, że niezależnie czy jesteś w Hurghadzie, Słonecznym Brzegu, Darłowie, czy na Bagrach, wszędzie można spotkać niemal identyczne typy ludzi zażywających słonecznej kąpieli.

Kogo spotkasz na plaży?

 

Wcale-nie-mam-dupy-na-wierzchu

Znana także jako Spadające Majtki.

To ta lekko zaniedbana blachareczka z  kilkoma kilogramami nadbagażu nad łonem. Jest przekonana równie głęboko co brud za jej niedomalowanymi paznokciami, że nie rozwój intelektualno-osobisty, a idealnie opalona dupa jest czynnikiem decydującym o wygrywaniu życia. Mimo to, nie pójdzie na całość i nie ściągnie z siebie tych dwóch sznurków udających majtki, żeby zaaplikować sobie brąz na odwłok, tylko zsuwa je. Podciąga, zsuwa, podciąga, zsuwa, podciąga, zsuwa, żeby równomiernie złapać słońce, przez co przez większość czasu są spuszczone do połowy tyłka i nie wiadomo, czy właśnie srała, czy dopiero będzie. A przecież każdy kto nadział się na widok jej odbytu chce to wiedzieć.

 

Superniania

Jak wiadomo, najlepszą metodą wychowawczą jest krzyk, a w zasadzie skrzek. Więc z pozycji królowej matki, lub też władczyni narodów oczekującej na wachlowanie, rozciągnięta na leżaku jak żaba pod kołami TIRa na autostradzie, matrona nieustannie skrzeczy na dzieci.  Skrzeczy przez całą plażę, żeby nie wchodziły do wody bo jest głęboko, żeby weszły do wody bo jest gorąco, żeby wyszły z wody, bo się przeziębią i żeby nie piły wody, bo przed chwilą do niej sikały. Niosący się po falach skrzek przypomina bardziej nieudolną musztrę niż rozmowę z potomstwem, a to przecież nie jest poligon.

 

Pan Mieciu

Nieodzownie towarzyszy mu siatka-żulówka z logiem któregoś z dyskontów spożywczych, wypełniona najtańszymi browarami jakie można dostać w zasięgu kilometra. Po wypiciu trzech fasbergopodobnych szczyn, wali w kimę w pełnym słońcu i spala sobie skórę.

 

Modelka

Artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle wody, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle piasku, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle palm, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle baru, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle innych dup. Nie ma już kolejnych miejsc do wypięcia pośladków, wciągnięcia brzucha i zrobienia dziubka? Ach, jak dobrze, że jeszcze są cycki! To jedziemy z drugą kolejeczką!

 

Rycerz ortalionu

Jeśli nie przyszedł na plażę w Shoxach, to tylko dlatego, że nastąpiła jakaś klęska żywiołowa pod postacią starcia się całej podeszwy po 5-ciu latach nieustannego chodzenia w jednej parze w każdy dzień tygodnia. Nigdy nie występuje sam, zawsze jest w towarzystwie przynajmniej dwóch kamratów wyglądających identycznie jak on, przez co chwila nieuwagi i staje się nie do odróżnienia. Łysa głowa, łańcuszek z pierwszej komunii na szyi i cichoszelesty do połowy uda z trzema paskami, łyżwą lub dzikim zwierzem, to nie ubiór. To styl życia.

 

Osiedlowa piękność

Narzeczona rycerza ortalionu. Kawałki Firmy recytuje z pamięci, kawałki Chady z przedramion kolegów. Co kwadrans szlug, co 10 sekund bluzg. Nie widzi różnicy między jeziorem, klubem i domem dlatego opala się w bieliźnie i pełnym makijażu. Posiada umiejętność miotania piorunami rzucając spojrzeniem jak shurikenami w inne przedstawicielki jej płci.

 

DJ bez słuchawek

Dba o odpowiedni akompaniament, żebyś nie musiał plażować w ciszy i mógł nacieszyć uszy kompozycjami największych wirtuozów współczesnych czasów. Bezpłatnie zapewnia Ci wyselekcjonowane tło muzyczne przy pomocy niepozornego telefonu. Nie czujesz „Pisarza miłości”? „Ona tańczy dla mnie” nie trafia w Twoje wysublimowane gusta? To dlatego, że za mało się angażujesz. Na trzy, czteee-ryyy, wszyscy razem: PIZDA NAD GŁOWĄ, PI-PI-PIZDA NA GŁOWĄ!!

O kimś zapomniałem?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!