Close
Close

Czego blogerzy i startupowcy mogą się od siebie nauczyć?

Skip to entry content

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk byłem panelistą w dyskusji skupionej na różnicach i podobieństwach łączących blogerów i startupowców, i tym czego wzajemnie możemy się od siebie nauczyć. Rozmowa była merytoryczna i obie strony mogły się nią zainspirować, wyciągając budujące wnioski, jednak 30 minut to bardzo mało czasu jak na tak szeroki temat i 4 wypowiadające się osoby. Dlatego, postanowiłem poruszyć go na blogu omawiając najważniejsze kwestie dotyczące obu środowisk i uzupełniając o dodatkowe przemyślenia, które nie padły w dyskusji.

 

Czego blogerzy mogą się nauczyć od startupowców?

Myślenie od początku o modelu biznesowym. W startupach już we wczesnym stadium rozwoju, a czasem nawet na poziomie idei, myśli się o tym jak będzie się je monetyzować. Czyli już w trakcie tworzenia rewolucyjnej apki nakładającej filtr maskujący pryszcze na zdjęciu, twórcy myślą o tym, w jaki sposób na niej zarobią. U blogerów tego nie ma i wydaje im się, że pieniądze same spadną z nieba, zapominając, że sam to może spaść meteoryt. Szkoda, bo gdyby taka przeciętna blogerka kulinarna już w momencie zakładania bloga zastanowiła się w jaki sposób może na nim za robić, nie musiałaby wklejać spamerskich banerów z adsense’ów, ani modlić się o kampanię ze słodzikami.

A opcji jest całkiem sporo.

Na przykład mogłaby już od pierwszego posta z przepisem pokazywać się na zdjęciach w fartuszkach własnego autorstwa. Powiedzmy ze śliwką. Po pół roku, gdy miałaby już jako takie grono czytelników, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby na blogu otworzyć sklep z akcesoriami kulinarnymi i sprzedawać fartuszki, rękawice kuchenne, czy chochle sygnowane własną marką, która od dawna byłaby utrwalona w świadomości jej odbiorców. Mogłaby też na samym początku założyć, że blog to jej trampolina do bycia najbardziej rozpoznawalnym kucharzem w kraju i prowadzenia własnych warsztatów kulinarnych. Oczywiście za hajs. Albo, że to sposób na zgromadzenie grupy osób, które będą zainteresowane jej książką z niepublikowanymi dotąd, wyjątkowymi przepisami.

Oczywiście powyższe pomysły można zrealizować na każdym etapie, ale gdy jest się ich świadomym na samym starcie ta droga jest o wiele prostsza.

 

Testowanie rozwiązań. W przypadku startupów, niezależnie, czy to nowy portal, czy aplikacja mobilna, zanim wprowadzi się na stałe jakieś rozwiązanie testuje się je. Dla przykładu, każda zmiana wyglądu Facebooka – wielkości treści na osi czasu, ikon z powiadomieniami, formatu zdjęcia w tle – zanim wejdzie globalnie, testowana jest na małej grupie użytkowników. W momencie gdy okaże się, że reagują na nią pozytywnie/potrafią posługiwać się nową funkcja, dane rozwiązanie wprowadzane jest u wszystkich. A jeśli okaże się, że nowy pomysł nie jest tak zajebisty jak się twórcom wydawało, nie wprowadzają go globalnie.

Na blogach testowanie rozwiązań nie istnieje.

Jeśli bloger wybierze sobie szablon przy zakładaniu swojej strony, to zazwyczaj aż do jej śmierci nic się w nim nie zmieni. Ewentualnie, aż najpopularniejszy bloger w jego kategorii nie zmieni wyglądu, przypominając tym samym taka opcja jest dostępna nawet na Blogspocie. A przecież to, jakiej wielkości są ikony wpisów na stronie głównej, w jakiś sposób są ułożone, czy w jednej, czy w dwóch, czy w trzech kolumnach, ma bardzo duży wpływ na liczbę odsłon. Podobnie jak umiejscowienie przycisku z Facebooka na stronie wpisu. I fakt, czy jest to „lubię to”, czy „udostępnij”, bo działają inaczej. Położenie i sposób prezentacji ramki z powiązanymi tekstami też ma wpływ na to, czy ktoś w nie klika, czy nie.

Niestety blogerzy kompletnie tego nie sprawdzają, ignorując, że coś mogłoby działać lepiej u nich na stronie.

 

Czego startupowcy mogą nauczyć się od blogerów?

Nadawanie ludzkiej twarzy produktowi. Blog nie istnieje bez jego autora i myśląc o tych najpopularniejszych, już po usłyszeniu nazwy, widzimy w głowie twarz osoby, która go tworzy. Przez to, że wiecie jak wyglądam, jaką mam mimikę, jaką mowę ciała, mamy dużo bliższy kontakt, niż w czasach, gdy byłem zabandażowanym autorem widmo, a blog cieszy się bez porównania większą popularnością. Upublicznienie swojego wizerunku pozwala nawiązać z odbiorcami więź emocjonalną i zaangażować ich w to co robisz. Dać im poczucie, że obcują z człowiekiem.

Dlaczego Brand24 jest liderem narzędzi do monitorowania internetu? Bo myśląc o tej firmie momentalnie masz przed oczami Michała Sadowskiego. Marka jest tak mocno powiązana z człowiekiem, że odbierasz ją przez jego pryzmat. Czemu nigdy nie ma takiego szumu w okół konkurencji? Czemu ludzie nie podniecają się SentiOne, mimo, że pod kątem skuteczności wcale nie jest gorsze? Bo to jedna z tysiąca bezosobowych usług, której nazwa wpada jednym uchem i wypada drugim, nie zostawiając nic w głowie przy przelocie, a myśląc o Brand24, mimo, że to działalność wirtualna, namacalnie czujesz, że tworzą ją ludzie. Ludzie z krwi i kości, a nie korpo-roboty o facjatach fantomów.

Startup potrzebuje lidera, który będzie jego oficjalnym reprezentantem, rzecznikiem, piarowcem, ale przede wszystkim ludzką twarzą. W Stanach wiedzą to już od dawna, bo myśląc Microsoft, myślisz Bill Gates, myśląc Apple, myślisz Steve Jobs, myśląc Facebook, myślisz Mark Zuckerberg. U nas się tego dopiero uczą.

 

Robienie dedykowanych akcji reklamowych. Blogi bardzo szybko wyrosły z banerków i reklamy displayowej. Nie trzeba było długo czekać, żeby okazało się, że jest coś efektywniejszego i przede wszystkim ciekawszego dla odbiorcy, niż walenie po oczach gifem z logiem i napisem „Nowy smak! Spróbuj!”. Obecnie promocja produktu w blogosferze, to lokowanie go w codziennej narracji blogera – wplatanie historii o nim w pojawiającej się na blogu treści. Mówiąc mniej enigmatycznie, to relacje z wyjazdów, na których produkt był obecny, testy ukazujące jak produkt sprawdza się w realnym życiu, czy opowiadanie o wartościach i ideach powiązanych z nim.

W startupach zdarza się to sporadycznie.

Jeśli są aplikacje, czy portale zarabiające nie na użytkownikach, a na reklamodawcach, to produkt sponsora rzadko kiedy zaimplementowany jest do ich ekosystemu. Marki najczęściej pojawiają się na osobnej powierzchni reklamowej w postaci standardowego displayu, na który użytkownicy jeśli nawet nie są od dawna ślepi, to po prostu nie wchodzą z nim w kontakt, bo traktują jako „zwykłą” reklamę. Czyli format, który znają z telewizji jako idealny moment na zrobienie sobie herbaty, czy pójście do toalety. W skrócie: olanie. A przecież wcale nie musi tak być.

Weźmy choćby na warsztat największego giganta społecznościowego, który zdeklasował konkurencję na samym wejściu – Facebooka. Nie wiem czemu, ale portal Marka cały czas kurczowo trzyma się reklam w prawej szpalcie, tak jakby ktokolwiek zwracał na nie uwagę, za to kompletnie nie wykorzystuje możliwości CAPTCHA – systemu zabezpieczeń – którą wprowadził przy wysyłaniu linków. W momencie kiedy chcemy znajomemu wysłać lub wkleić na tablicę odnośnik do mało popularnej domeny, wyskakuje okienko z 9 obrazkami, na którym mamy zaznaczyć wszystkie zdjęcia z elementem podanym w komunikacie. Na przykład „Jeśli chcesz przesłać link, zaznacz wszystkie zdjęcia na których jest wodospad, aby udowodnić, że nie jesteś robotem”.

Jak można by to wykorzystać reklamowo?

Aż prosi się, żeby ulokować tam markę. Czemu by nie zrobić CAPTCHA, w którą wpleciony jest produkt – na przykład „zaznacz wszystkie zdjęcia, na których jest Samsung Galaxy S5”? W takiej sytuacji użytkownik nie dość, że musiałbym przeczytać nazwę telefonu i odnotować ją w umyślę, to jeszcze szukając go na zdjęciach utrwaliłby sobie jak on wygląda. I to w formie mini-zabawy. To naprawdę efektywniejsze niż ramka z napisem „Nowy Samsung, kliknij!” na marginesie strony internetowej.

Skupiając się bardziej na lokalnym środowisku, na pewno kojarzycie genialną aplikację JakDojade.pl. W wersji na urządzenia stacjonarne w widoku wyszukiwania połączenia ma na prawym pionowym pasku kwadrat z reklamą i na poziomym górnym pasku prostokąt z reklamą, a w wersji mobilnej co jakiś czas wyskakuje pop-up reklamowy na całe okno. Pójście po linii najmniejszego oporu w kwestii implementacji reklamy i trzymanie się podejścia z zeszłej dekady.

Przecież w sytuacji kiedy cała uwaga użytkownika skupiona jest na trasie przejazdu, produkt powinien pojawić się właśnie tam! Wyobraźmy sobie teraz, że JakDojade.pl podpisało kontrakt reklamowy ze Snickersem, co stoi na przeszkodzie, żeby batoniki pojawiły się na mapie miasta? Na przykład jako punkty symbolizujące kolejne przystanki na drodze autobusu, zamiast standardowych kropek? A w wersji mobilnej przy włączeniu nawigacji dodatkowo by znikały, jak pożarte przez Pacmana?

To chyba ciekawsze niż standardowa ramka sygnalizująca „Uwaga, reklama! Natychmiast odwróć wzrok w drugą stronę!”, co?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Aż mi przypomniałeś czasy reklam w apce Jakdojade, gdy jeszcze byłem na etapie zastanawiania się po co komu wersja płatna bez reklam. Teraz wiem że nie żałuję paru zeta.

    • A oni wciąż mają tę opcję opłacenia abonamentu w zamian za brak reklam? Bo szczerze mówiąc już bardzo dawno nie widziałem nigdzie takiego powiadomienia.

      • Tak. Wersja premium jest o wiele wygodniejsza i oszczedzasz transfer nie ladujac reklam. No i co najwazniejsze, zyskujesz na przestrzeni ekranu.

  • Bardzo dobry tekst. Podrzucam go dalej moim znajomkom siedzącym w temacie startupów.

  • Wiola Starczewska

    Poruszasz ciekawą kwestię. Już jakiś czas temu byłam w miejscu, które nazywa się fabryką start up, rozmawiałam z ludźmi, którzy tam pracują i pomyślałam: kurczę, ja już od trzech lat mam taki start up…

  • Z tą monetyzacją w start-upach to tak nie do końca. Przez długie lata tam też pokutowało myślenie na zasadzie: „zdobądźmy użytkowników, a później się pomyśli” i zarabiał może 1 start-up na 100. Twitter przez bardzo długi czas też nie zarabiał (i chyba nadal nie zarabia), mimo ogromnej popularności. W zeszłym roku Przemek Pająk pisał o tym u siebie: http://www.spidersweb.pl/2014/10/twitter-nie-zarabia.html

    • Oczywiście masz rację, przy czym tu odwołujesz się do startupów, które powstały, z perspektywy internetu, wiele lat temu, a ja miałem na myśli chwilę obecną, gdzie i pomysłodawcy i inwestorzy kładą nacisk na to, żeby te przedsięwzięcia jednak finansowały się same.

      • A to racja :-) Tak w temacie BARDZO polecam książkę „Metoda Lean Startup”, która jest właśnie o tym, jak testować swoje pomysły, ich monetyzację itp. W środowiskach startupowych uchodzi wręcz za biblię.

  • Dziękowałem już osobiście, ale i na blogu bardzo podziękuję za dobre słowo. Parę rzeczy udało się zrobić przez te lata budowania Brand24, ale zdecydowanie najbardziej cieszę się z wizerunku dzięki któremu pojawiają się takie opinie jak Twoja. Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo dziękuję! :)

    • Nie ma za co Michał, po prostu robisz świetną robotę!

  • I o to chodzi, i o to chodzi! Cytując klasyka! :)

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Najbardziej wczuci czytelnicy mogli coś podejrzewać po fotach wrzucanych na fanpage i statusach na profilu prywatnym, ale teraz piszę to oficjalnie: od początku września mieszkam w Warszawie. Nie pisałem o tym od razu, bo potrzebowałem trochę czasu na ogarnięcie kwestii technicznych i musiałem się choć trochę zaklimatyzować. Przeprowadzka między odległymi o 300 kilometrów miastami, to jednak co innego niż przewiezienie swoich rzeczy do drugiej dzielnicy, zwłaszcza gdy okazuje się, że jest ich duuużo więcej niż przypuszczałeś i akcję musisz rozbić na 2 części.

Część osób pewnie jest teraz zaskoczona, bo zawsze podkreślałem swoje przywiązanie i miłość do Krakowa, dlatego słówko wyjaśnienia…

 

Dlaczego? Po co? Czemu?

Kocham Kraków i od 4-tej klasy podstawówki marzyłem o tym, żeby w nim mieszkać. Jest urokliwym, pełnym duszy i czaru, wspaniałym miejscem do mieszkania, imprezowania, a zwłaszcza studiowania. Ale dość średnim do pracy i rozwoju, zwłaszcza jeśli działasz na styku internetu i marketingu i doszedłeś już do jakiegoś poziomu. Niestety, ale od jakiegoś czasu czułem, że to co było do zrobienia w tym mieście już zrobiłem nic więcej już się nie stanie. Miałem wrażenie, że najważniejsze wydarzenia mnie omijają, a ja jestem tylko ich biernym obserwatorem, a nienawidzę tego.

Możliwe, że to moje nastawienie subiektywne, ale czułem, że żeby pójść dalej z blogowaniem, muszę pójść dalej z miejscem zamieszkania. I przenieść się do Warszawy, do miasta, gdzie to wszystko tętni.

„Z kim przestajesz, takim się stajesz” nie jest tylko truizmem rzucanym przez babcie, ale ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. To jakimi ludźmi się otaczasz ma na Ciebie bardzo duży wpływ i odbija się na Twoim zachowaniu oraz sposobie myślenia. I jeśli możesz na co dzień spotykać się z osobami, które zajmują się tym samym co Ty i są tym zajarane, to uwierz, że ta energia, wymiana wiedzy i doświadczeń będzie Cię budować i dawać Ci kopa do działania. Ja wiem, że świat nie ma granic, bo jest internet, ale napisanie do kogoś na Fejsie, a spotkanie się twarzą w twarz, to taka różnica, jak oglądanie Paryża na Google Street View, a patrzenie na jego budynki stojąc osobiście na głównych ulicach.

Innym słowy, przyjechałem do stolicy, żeby poczuć pierdolnięcie i wejść z blogowaniem na jeszcze wyższy poziom. Jednak póki co…

 

Jestem totalnym świeżakiem

Byłem wcześniej stolicy przy okazji jakichś konferencji, czy współprac reklamowych, ale to było bywanie. A nie życie. A w Warszawie żyje się zupełnie inaczej niż w Krakowie. Pomijając kwestię cen, to jest kompletnie inne tempo i organizacja miasta. Inaczej też wygląda sposób spędzania czasu i infrastruktura imprezowo-rozrywkowa. Kiedyś pisałem o różnicach między obecną, a byłą stolicą, ale czuję, że będę musiał dopisać drugą część, bo jest tego zdecydowanie więcej. Ale to za jakiś czas, bo aktualnie jestem totalnym świeżakiem w tym mieście, który dopiero uczy się co i jak, więc mam wielką prośbę: jeśli macie jakieś wskazówki odnośnie życia w Warszawie, które mogą ułatwić start w tym niełatwym mieście, to dawajcie do komentarzy.

Z najprzydatniejszych zrobimy osobny wpis dla innych świeżaków. Bo podejrzewam, że nie jestem jedynym nowym w tym ponad półtoramilionowym mieście. Jestem pewien, że jest więcej osób, które póki co czują się tu lekko zagubione, dlatego pomyślałem, że zamiast gubić się osobno, możemy się pogubić…

 

RAZEM

---> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <---
—> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <—

Założyłem facebookową grupę RAZEM, dla wszystkich osób, które razem ze mną chcą poznawać Warszawę, odkrywać w niej ciekawe miejsca, włóczyć się po parkach, zwiedzać zabytki i nauczyć się na pamięć wszystkich stacji metra. Ale nie tylko. To też grupa dla osób, które chcą wybrać się w większym gronie do kina, a potem pogadać przy piwie o filmie. Albo przy winie o spektaklu. Albo przy herbacie o wystawie. Albo przy wiśniówce o koncercie, na którym byli RAZEM. To dla wszystkich pozytywnych ludzi, którzy są otwarci na świat i chcą poznać innych pozytywnych ludzi.  W skrócie: to grupa dla czytelników tego bloga.

Chodźcie i integrujcie się w stolicy wszyscy, to jest bowiem grupa Nasza, która dla Nas została wydana.

https://www.facebook.com/groups/1053617021323891/

---> SKOMENTUJ

Najlepsze uliczne historie: sierpień

Skip to entry content

Wakacje niestety i kalendarzowo i temperaturowo już za nami, co oznacza, że mentalnie musimy się powoli przygotowywać na nadciągające pół roku zimy. A przynajmniej jesieni, jak to było w zeszłym roku. Jednak zanim to nastąpi, coś na dogrzanie się – 10 najlepszych dialogów podłapanych w przestrzeni miejskiej w słoneczne dni. Bo wiecie, podobno zmarszczki mimiczne grzeją.

 

#1 – Niesiony udzielającą się festiwalową euforią i faktem, że w centrum Płocka, jak w cywilizowanych państwach, można napić się na ławce bez obawy o rozstrzelanie i 100-złotowy mandat, podchodzę do starszego pana z flaszką wypełnioną zastanawiającym czerwonym płynem:

– Dzień dobry. Pije pan tę Soplicę Truskawkową? Dobra?
– Co, co?
– Pytam, czy to czerwone co ma pan w ręku, to Soplica Truskawkowa? Bo zastanawiałem się czy kupić.
– Panie, to jest spirytus. Spirytus z mety z Boryszewa. Dać adres?
– Nie dziękuję, jednak zostanę przy piwie.

 

#2 – Wchodzę do Almy i widzę chłopca siedzącego na ziemi przy koszykach, bawiącego się telefonem tak, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce i poza do grania na komórce. Gdy płaciłem już za zakupy i pakowałem szamę do siatek, zobaczyłem jak podchodzi do niego jakaś kobieta:

– I widzisz Filipku, widzisz, weszłam po jedną rzecz, a znowu wydawałam 200 złotych. Musisz mnie pilnować. Czemu mnie nie pilnujesz?
– (cisza i kompletnie zdezorientowana mina chłopca)
– Musisz mnie pilnować, bo jak tak dalej pójdzie wydam wszystkie pieniądze tatusia.

 

#3 – Historia z nocnego. Podchodzi lekko zawiany dwudziestokilkulatek do kierowcy w 664 i pyta:

– Jedzie pan przez Czarnowiejską?
– Nie przez Królewską.
– Ale ja mieszkam na Czarnowiejskiej.
– To trzeba wsiąść do innego autobusu.
– Ale chcę jechać z panem, bo pan jest do Hołowczyca podobny. To co, da radę przez tą Czarnowiejską?

Niestety, kierowca był nieugięty, nie dało rady.

 

#4 – Przechodzę przez świeżo asfaltowaną ulicę i lokalna starowinka do mnie:

– Panie, przejdź pan tam dalej, bo się cały przykleisz.
– Dziękuję, ale chyba dam sobie radę.
– Ale to się lepi do podeszwy, całe Roshe pan sobie zniszczysz.

I teraz pytanie dnia: skąd 70-letnia nieszafiarka wiedziała, że to co mam na nogach to Nike Rosherun?

 

#5 – Piękny monolog z TweetUpu na Stadionie Narodowym, wygłoszony oczywiście podczas pobytu w toalecie:

– Wiesz co, nie bierz tego do siebie, bo to nie chodzi o to, że ja cię nie lubię, to nie jest nic personalnego, staram się nie oceniać idei przez pryzmat ludzi, bo to krótkowzroczne, bo nawet idiocie może się zdarzyć wpaść na coś genialnego, co zresztą już się wiele razy zdarzało w historii ludzkości, jak pewnie sam dobrze wiesz, więc moje osobiste nastawienie do ciebie zupełnie nie ma znaczenia i nie traktuj tak tego. Chodzi po prostu o to, że twój pomysł jest chujowy.

 

#6 – Nie było żadnych wolnych Uberów, więc wracając z drukarni byłem zmuszony zamówić normalną taksę. Wsiadam do, delikatnie mówiąc, starawej Skody i mówię:

– Dałoby radę zamknąć te okna? Bo jestem chory i biorę antybiotyk.
– Co, angina?
– No, angina.
– Moja baba ma to samo.
– To zamknie pan?
– Sto złotych, panie. Sto złotych już poszło na lekarstwa, ale przynajmniej jak wracam do domu to mam spokój, bo ją tak boli, że gadać nie może.

Najważniejsze, to widzieć jasne strony każdej sytuacji. A okna zamknął.

 

#7 – Jadę pociągiem i słucham nudnej rozmowy kolesi po 40-tce. Biorąc pod uwagę, że stać ich było na sałatkę w Pendolino i woleli zamówić ją niż schabowego, obstawiam, że są korpo-menadżerami wyższego szczebla. Zasadniczo wałkują temat, żon, dzieci i tego jak to jest ciężko być głową rodziny pojawiającą się w domu tylko w weekendy. W pewnym momencie gadka schodzi na temat porodów:

– Stary, jak moja była w ciąży z drugim synem, to była masakra. To był, nie wiem, jakiś 8 miesiąc, gram sobie w CSa, a ta przychodzi roztrzęsiona i mi ściąga słuchawki. A wiesz, mnie to wkurwia, bo jak gram to muszę być skupiony.
– Wiadomo.
– No, a ta mi słuchawki ściąga, a wiesz ja skupienie, bo nigdy nie wiadomo, gdzie ktoś kampi. Chciałem puścić jej zjebkę, a ta człowieku w płacz i widzę, że coś jej leci po nogach, to już wiedziałem o co chodzi i mówię „pakuj się, kończę mecz i jedziemy”. Wchodzimy do szpitala, biorą ją na salę, a lekarz do mnie, czy chcę być przy porodzie, a ja mówię, że przecież jestem, a on do mnie, czy chcę być na sali. Na sali, czujesz? I oglądać jak jej małego z piczki wyciągają w tej krwi i tym wszystkim co tam wylatuje z tego?
– Ohyda, daj spokój.
– No, dokładnie. To mówię „panie, mam oglądać jak mojej żonie piczkę nacinacie? jeszcze na głowę nie upadłem, ja chcę jeszcze pociupkać!”.

I nie wiem jaka opcja jest gorsza, że ciupkanie było eufemizmem seksu, czy grania w Counter Strike’a?

 

#8 – Dzieci to jednak potrafią spojrzeć na oklepany temat świeżym okiem. Synek do mamy przed witryną sklepową:

– Mamo, kupisz mi ten miecz?
– Nie Michałku. W domu już masz jeden miecz.
– Ale ten jest bardziej rycerzowy! Maaamo, proooszę!
– Nie „rycerzowy”, tylko „rycerski”. Nie ma takiego słowa jak „rycerzowy”.
– Ale czemu?
– No, tak jest w słowniku.
– Ale przecież jest „kolorowy”, a nie „kolorski”.
– Yyy…
– To kupisz mi ten miecz? Proooszę!

 

#9 – Panie w House zawsze pomocne:

– Przepraszam, nie mają państwo jakichś niepotrzebnych kartonów?
– Kantoru? Nie, tu nie ma kantoru.
– Nie, nie, czy nie mają państwo kartonów. Niepotrzebnych KAR-TO-NÓW.
– Ach, kartonów! Nie, nie mamy, ale jakby pan chciał kantor, to jest na samym końcu przy Kerfurze.

 

#10 – Wracając ze spaceru zachciało mi się czegoś słodkiego, to wszedłem do osiedlowego spożywczaka i wziąłem drożdżówkę nie wyglądającą na zupełnie nieświeżą, w bonusie dostając darmową lekcję liczenia procentów:

– Wie pani co, ale mam całe 50 złotych.
– Nic drobnych nie będzie?
– Niestety. Ale mogę zapłacić kartą w razie czego.
– Panie, kartą za jedną bułkę?
– No, jak nie ma pani wydać, to myślałem, że tak będzie łatwiej.
– Kartą za jedną bułkę, heh, dobre. Od 10 złotych można, a nie od złoty czterdzieści.
– Nie wiedziałem. Myślałem, że nie ma limitu.
– No jak, bank przecie bierze 2% za każde płacenie kartą, to z tych złoty czterdzieści ile by zostało? Nic!
– 2% z 1,40 to niecałe 3 grosze. Zresztą, zostałoby 98% kwoty, tak jak przy zakupach za 10 złotych i za 110.
– Niech mie tu pan matematyki nie uczy. Pracuję w handlu przeszło 30 lat i mówię, że poniżej 10 złotych te 2% to się nie opłaca.

Jak macie coś od siebie na rozgrzanie, i nie mówię tu o herbacie z prądem, to dawajcie do komentarzy. Dialogi z plaży punktowane będą podwójnie.

---> SKOMENTUJ