Close
Close

Czego blogerzy i startupowcy mogą się od siebie nauczyć?

Skip to entry content

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk byłem panelistą w dyskusji skupionej na różnicach i podobieństwach łączących blogerów i startupowców, i tym czego wzajemnie możemy się od siebie nauczyć. Rozmowa była merytoryczna i obie strony mogły się nią zainspirować, wyciągając budujące wnioski, jednak 30 minut to bardzo mało czasu jak na tak szeroki temat i 4 wypowiadające się osoby. Dlatego, postanowiłem poruszyć go na blogu omawiając najważniejsze kwestie dotyczące obu środowisk i uzupełniając o dodatkowe przemyślenia, które nie padły w dyskusji.

 

Czego blogerzy mogą się nauczyć od startupowców?

Myślenie od początku o modelu biznesowym. W startupach już we wczesnym stadium rozwoju, a czasem nawet na poziomie idei, myśli się o tym jak będzie się je monetyzować. Czyli już w trakcie tworzenia rewolucyjnej apki nakładającej filtr maskujący pryszcze na zdjęciu, twórcy myślą o tym, w jaki sposób na niej zarobią. U blogerów tego nie ma i wydaje im się, że pieniądze same spadną z nieba, zapominając, że sam to może spaść meteoryt. Szkoda, bo gdyby taka przeciętna blogerka kulinarna już w momencie zakładania bloga zastanowiła się w jaki sposób może na nim za robić, nie musiałaby wklejać spamerskich banerów z adsense’ów, ani modlić się o kampanię ze słodzikami.

A opcji jest całkiem sporo.

Na przykład mogłaby już od pierwszego posta z przepisem pokazywać się na zdjęciach w fartuszkach własnego autorstwa. Powiedzmy ze śliwką. Po pół roku, gdy miałaby już jako takie grono czytelników, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby na blogu otworzyć sklep z akcesoriami kulinarnymi i sprzedawać fartuszki, rękawice kuchenne, czy chochle sygnowane własną marką, która od dawna byłaby utrwalona w świadomości jej odbiorców. Mogłaby też na samym początku założyć, że blog to jej trampolina do bycia najbardziej rozpoznawalnym kucharzem w kraju i prowadzenia własnych warsztatów kulinarnych. Oczywiście za hajs. Albo, że to sposób na zgromadzenie grupy osób, które będą zainteresowane jej książką z niepublikowanymi dotąd, wyjątkowymi przepisami.

Oczywiście powyższe pomysły można zrealizować na każdym etapie, ale gdy jest się ich świadomym na samym starcie ta droga jest o wiele prostsza.

 

Testowanie rozwiązań. W przypadku startupów, niezależnie, czy to nowy portal, czy aplikacja mobilna, zanim wprowadzi się na stałe jakieś rozwiązanie testuje się je. Dla przykładu, każda zmiana wyglądu Facebooka – wielkości treści na osi czasu, ikon z powiadomieniami, formatu zdjęcia w tle – zanim wejdzie globalnie, testowana jest na małej grupie użytkowników. W momencie gdy okaże się, że reagują na nią pozytywnie/potrafią posługiwać się nową funkcja, dane rozwiązanie wprowadzane jest u wszystkich. A jeśli okaże się, że nowy pomysł nie jest tak zajebisty jak się twórcom wydawało, nie wprowadzają go globalnie.

Na blogach testowanie rozwiązań nie istnieje.

Jeśli bloger wybierze sobie szablon przy zakładaniu swojej strony, to zazwyczaj aż do jej śmierci nic się w nim nie zmieni. Ewentualnie, aż najpopularniejszy bloger w jego kategorii nie zmieni wyglądu, przypominając tym samym taka opcja jest dostępna nawet na Blogspocie. A przecież to, jakiej wielkości są ikony wpisów na stronie głównej, w jakiś sposób są ułożone, czy w jednej, czy w dwóch, czy w trzech kolumnach, ma bardzo duży wpływ na liczbę odsłon. Podobnie jak umiejscowienie przycisku z Facebooka na stronie wpisu. I fakt, czy jest to „lubię to”, czy „udostępnij”, bo działają inaczej. Położenie i sposób prezentacji ramki z powiązanymi tekstami też ma wpływ na to, czy ktoś w nie klika, czy nie.

Niestety blogerzy kompletnie tego nie sprawdzają, ignorując, że coś mogłoby działać lepiej u nich na stronie.

 

Czego startupowcy mogą nauczyć się od blogerów?

Nadawanie ludzkiej twarzy produktowi. Blog nie istnieje bez jego autora i myśląc o tych najpopularniejszych, już po usłyszeniu nazwy, widzimy w głowie twarz osoby, która go tworzy. Przez to, że wiecie jak wyglądam, jaką mam mimikę, jaką mowę ciała, mamy dużo bliższy kontakt, niż w czasach, gdy byłem zabandażowanym autorem widmo, a blog cieszy się bez porównania większą popularnością. Upublicznienie swojego wizerunku pozwala nawiązać z odbiorcami więź emocjonalną i zaangażować ich w to co robisz. Dać im poczucie, że obcują z człowiekiem.

Dlaczego Brand24 jest liderem narzędzi do monitorowania internetu? Bo myśląc o tej firmie momentalnie masz przed oczami Michała Sadowskiego. Marka jest tak mocno powiązana z człowiekiem, że odbierasz ją przez jego pryzmat. Czemu nigdy nie ma takiego szumu w okół konkurencji? Czemu ludzie nie podniecają się SentiOne, mimo, że pod kątem skuteczności wcale nie jest gorsze? Bo to jedna z tysiąca bezosobowych usług, której nazwa wpada jednym uchem i wypada drugim, nie zostawiając nic w głowie przy przelocie, a myśląc o Brand24, mimo, że to działalność wirtualna, namacalnie czujesz, że tworzą ją ludzie. Ludzie z krwi i kości, a nie korpo-roboty o facjatach fantomów.

Startup potrzebuje lidera, który będzie jego oficjalnym reprezentantem, rzecznikiem, piarowcem, ale przede wszystkim ludzką twarzą. W Stanach wiedzą to już od dawna, bo myśląc Microsoft, myślisz Bill Gates, myśląc Apple, myślisz Steve Jobs, myśląc Facebook, myślisz Mark Zuckerberg. U nas się tego dopiero uczą.

 

Robienie dedykowanych akcji reklamowych. Blogi bardzo szybko wyrosły z banerków i reklamy displayowej. Nie trzeba było długo czekać, żeby okazało się, że jest coś efektywniejszego i przede wszystkim ciekawszego dla odbiorcy, niż walenie po oczach gifem z logiem i napisem „Nowy smak! Spróbuj!”. Obecnie promocja produktu w blogosferze, to lokowanie go w codziennej narracji blogera – wplatanie historii o nim w pojawiającej się na blogu treści. Mówiąc mniej enigmatycznie, to relacje z wyjazdów, na których produkt był obecny, testy ukazujące jak produkt sprawdza się w realnym życiu, czy opowiadanie o wartościach i ideach powiązanych z nim.

W startupach zdarza się to sporadycznie.

Jeśli są aplikacje, czy portale zarabiające nie na użytkownikach, a na reklamodawcach, to produkt sponsora rzadko kiedy zaimplementowany jest do ich ekosystemu. Marki najczęściej pojawiają się na osobnej powierzchni reklamowej w postaci standardowego displayu, na który użytkownicy jeśli nawet nie są od dawna ślepi, to po prostu nie wchodzą z nim w kontakt, bo traktują jako „zwykłą” reklamę. Czyli format, który znają z telewizji jako idealny moment na zrobienie sobie herbaty, czy pójście do toalety. W skrócie: olanie. A przecież wcale nie musi tak być.

Weźmy choćby na warsztat największego giganta społecznościowego, który zdeklasował konkurencję na samym wejściu – Facebooka. Nie wiem czemu, ale portal Marka cały czas kurczowo trzyma się reklam w prawej szpalcie, tak jakby ktokolwiek zwracał na nie uwagę, za to kompletnie nie wykorzystuje możliwości CAPTCHA – systemu zabezpieczeń – którą wprowadził przy wysyłaniu linków. W momencie kiedy chcemy znajomemu wysłać lub wkleić na tablicę odnośnik do mało popularnej domeny, wyskakuje okienko z 9 obrazkami, na którym mamy zaznaczyć wszystkie zdjęcia z elementem podanym w komunikacie. Na przykład „Jeśli chcesz przesłać link, zaznacz wszystkie zdjęcia na których jest wodospad, aby udowodnić, że nie jesteś robotem”.

Jak można by to wykorzystać reklamowo?

Aż prosi się, żeby ulokować tam markę. Czemu by nie zrobić CAPTCHA, w którą wpleciony jest produkt – na przykład „zaznacz wszystkie zdjęcia, na których jest Samsung Galaxy S5”? W takiej sytuacji użytkownik nie dość, że musiałbym przeczytać nazwę telefonu i odnotować ją w umyślę, to jeszcze szukając go na zdjęciach utrwaliłby sobie jak on wygląda. I to w formie mini-zabawy. To naprawdę efektywniejsze niż ramka z napisem „Nowy Samsung, kliknij!” na marginesie strony internetowej.

Skupiając się bardziej na lokalnym środowisku, na pewno kojarzycie genialną aplikację JakDojade.pl. W wersji na urządzenia stacjonarne w widoku wyszukiwania połączenia ma na prawym pionowym pasku kwadrat z reklamą i na poziomym górnym pasku prostokąt z reklamą, a w wersji mobilnej co jakiś czas wyskakuje pop-up reklamowy na całe okno. Pójście po linii najmniejszego oporu w kwestii implementacji reklamy i trzymanie się podejścia z zeszłej dekady.

Przecież w sytuacji kiedy cała uwaga użytkownika skupiona jest na trasie przejazdu, produkt powinien pojawić się właśnie tam! Wyobraźmy sobie teraz, że JakDojade.pl podpisało kontrakt reklamowy ze Snickersem, co stoi na przeszkodzie, żeby batoniki pojawiły się na mapie miasta? Na przykład jako punkty symbolizujące kolejne przystanki na drodze autobusu, zamiast standardowych kropek? A w wersji mobilnej przy włączeniu nawigacji dodatkowo by znikały, jak pożarte przez Pacmana?

To chyba ciekawsze niż standardowa ramka sygnalizująca „Uwaga, reklama! Natychmiast odwróć wzrok w drugą stronę!”, co?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Najbardziej wczuci czytelnicy mogli coś podejrzewać po fotach wrzucanych na fanpage i statusach na profilu prywatnym, ale teraz piszę to oficjalnie: od początku września mieszkam w Warszawie. Nie pisałem o tym od razu, bo potrzebowałem trochę czasu na ogarnięcie kwestii technicznych i musiałem się choć trochę zaklimatyzować. Przeprowadzka między odległymi o 300 kilometrów miastami, to jednak co innego niż przewiezienie swoich rzeczy do drugiej dzielnicy, zwłaszcza gdy okazuje się, że jest ich duuużo więcej niż przypuszczałeś i akcję musisz rozbić na 2 części.

Część osób pewnie jest teraz zaskoczona, bo zawsze podkreślałem swoje przywiązanie i miłość do Krakowa, dlatego słówko wyjaśnienia…

 

Dlaczego? Po co? Czemu?

Kocham Kraków i od 4-tej klasy podstawówki marzyłem o tym, żeby w nim mieszkać. Jest urokliwym, pełnym duszy i czaru, wspaniałym miejscem do mieszkania, imprezowania, a zwłaszcza studiowania. Ale dość średnim do pracy i rozwoju, zwłaszcza jeśli działasz na styku internetu i marketingu i doszedłeś już do jakiegoś poziomu. Niestety, ale od jakiegoś czasu czułem, że to co było do zrobienia w tym mieście już zrobiłem nic więcej już się nie stanie. Miałem wrażenie, że najważniejsze wydarzenia mnie omijają, a ja jestem tylko ich biernym obserwatorem, a nienawidzę tego.

Możliwe, że to moje nastawienie subiektywne, ale czułem, że żeby pójść dalej z blogowaniem, muszę pójść dalej z miejscem zamieszkania. I przenieść się do Warszawy, do miasta, gdzie to wszystko tętni.

„Z kim przestajesz, takim się stajesz” nie jest tylko truizmem rzucanym przez babcie, ale ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. To jakimi ludźmi się otaczasz ma na Ciebie bardzo duży wpływ i odbija się na Twoim zachowaniu oraz sposobie myślenia. I jeśli możesz na co dzień spotykać się z osobami, które zajmują się tym samym co Ty i są tym zajarane, to uwierz, że ta energia, wymiana wiedzy i doświadczeń będzie Cię budować i dawać Ci kopa do działania. Ja wiem, że świat nie ma granic, bo jest internet, ale napisanie do kogoś na Fejsie, a spotkanie się twarzą w twarz, to taka różnica, jak oglądanie Paryża na Google Street View, a patrzenie na jego budynki stojąc osobiście na głównych ulicach.

Innym słowy, przyjechałem do stolicy, żeby poczuć pierdolnięcie i wejść z blogowaniem na jeszcze wyższy poziom. Jednak póki co…

 

Jestem totalnym świeżakiem

Byłem wcześniej stolicy przy okazji jakichś konferencji, czy współprac reklamowych, ale to było bywanie. A nie życie. A w Warszawie żyje się zupełnie inaczej niż w Krakowie. Pomijając kwestię cen, to jest kompletnie inne tempo i organizacja miasta. Inaczej też wygląda sposób spędzania czasu i infrastruktura imprezowo-rozrywkowa. Kiedyś pisałem o różnicach między obecną, a byłą stolicą, ale czuję, że będę musiał dopisać drugą część, bo jest tego zdecydowanie więcej. Ale to za jakiś czas, bo aktualnie jestem totalnym świeżakiem w tym mieście, który dopiero uczy się co i jak, więc mam wielką prośbę: jeśli macie jakieś wskazówki odnośnie życia w Warszawie, które mogą ułatwić start w tym niełatwym mieście, to dawajcie do komentarzy.

Z najprzydatniejszych zrobimy osobny wpis dla innych świeżaków. Bo podejrzewam, że nie jestem jedynym nowym w tym ponad półtoramilionowym mieście. Jestem pewien, że jest więcej osób, które póki co czują się tu lekko zagubione, dlatego pomyślałem, że zamiast gubić się osobno, możemy się pogubić…

 

RAZEM

---> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <---
—> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <—

Założyłem facebookową grupę RAZEM, dla wszystkich osób, które razem ze mną chcą poznawać Warszawę, odkrywać w niej ciekawe miejsca, włóczyć się po parkach, zwiedzać zabytki i nauczyć się na pamięć wszystkich stacji metra. Ale nie tylko. To też grupa dla osób, które chcą wybrać się w większym gronie do kina, a potem pogadać przy piwie o filmie. Albo przy winie o spektaklu. Albo przy herbacie o wystawie. Albo przy wiśniówce o koncercie, na którym byli RAZEM. To dla wszystkich pozytywnych ludzi, którzy są otwarci na świat i chcą poznać innych pozytywnych ludzi.  W skrócie: to grupa dla czytelników tego bloga.

Chodźcie i integrujcie się w stolicy wszyscy, to jest bowiem grupa Nasza, która dla Nas została wydana.

https://www.facebook.com/groups/1053617021323891/

Najlepsze uliczne historie: sierpień

Skip to entry content

Wakacje niestety i kalendarzowo i temperaturowo już za nami, co oznacza, że mentalnie musimy się powoli przygotowywać na nadciągające pół roku zimy. A przynajmniej jesieni, jak to było w zeszłym roku. Jednak zanim to nastąpi, coś na dogrzanie się – 10 najlepszych dialogów podłapanych w przestrzeni miejskiej w słoneczne dni. Bo wiecie, podobno zmarszczki mimiczne grzeją.

 

#1 – Niesiony udzielającą się festiwalową euforią i faktem, że w centrum Płocka, jak w cywilizowanych państwach, można napić się na ławce bez obawy o rozstrzelanie i 100-złotowy mandat, podchodzę do starszego pana z flaszką wypełnioną zastanawiającym czerwonym płynem:

– Dzień dobry. Pije pan tę Soplicę Truskawkową? Dobra?
– Co, co?
– Pytam, czy to czerwone co ma pan w ręku, to Soplica Truskawkowa? Bo zastanawiałem się czy kupić.
– Panie, to jest spirytus. Spirytus z mety z Boryszewa. Dać adres?
– Nie dziękuję, jednak zostanę przy piwie.

 

#2 – Wchodzę do Almy i widzę chłopca siedzącego na ziemi przy koszykach, bawiącego się telefonem tak, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce i poza do grania na komórce. Gdy płaciłem już za zakupy i pakowałem szamę do siatek, zobaczyłem jak podchodzi do niego jakaś kobieta:

– I widzisz Filipku, widzisz, weszłam po jedną rzecz, a znowu wydawałam 200 złotych. Musisz mnie pilnować. Czemu mnie nie pilnujesz?
– (cisza i kompletnie zdezorientowana mina chłopca)
– Musisz mnie pilnować, bo jak tak dalej pójdzie wydam wszystkie pieniądze tatusia.

 

#3 – Historia z nocnego. Podchodzi lekko zawiany dwudziestokilkulatek do kierowcy w 664 i pyta:

– Jedzie pan przez Czarnowiejską?
– Nie przez Królewską.
– Ale ja mieszkam na Czarnowiejskiej.
– To trzeba wsiąść do innego autobusu.
– Ale chcę jechać z panem, bo pan jest do Hołowczyca podobny. To co, da radę przez tą Czarnowiejską?

Niestety, kierowca był nieugięty, nie dało rady.

 

#4 – Przechodzę przez świeżo asfaltowaną ulicę i lokalna starowinka do mnie:

– Panie, przejdź pan tam dalej, bo się cały przykleisz.
– Dziękuję, ale chyba dam sobie radę.
– Ale to się lepi do podeszwy, całe Roshe pan sobie zniszczysz.

I teraz pytanie dnia: skąd 70-letnia nieszafiarka wiedziała, że to co mam na nogach to Nike Rosherun?

 

#5 – Piękny monolog z TweetUpu na Stadionie Narodowym, wygłoszony oczywiście podczas pobytu w toalecie:

– Wiesz co, nie bierz tego do siebie, bo to nie chodzi o to, że ja cię nie lubię, to nie jest nic personalnego, staram się nie oceniać idei przez pryzmat ludzi, bo to krótkowzroczne, bo nawet idiocie może się zdarzyć wpaść na coś genialnego, co zresztą już się wiele razy zdarzało w historii ludzkości, jak pewnie sam dobrze wiesz, więc moje osobiste nastawienie do ciebie zupełnie nie ma znaczenia i nie traktuj tak tego. Chodzi po prostu o to, że twój pomysł jest chujowy.

 

#6 – Nie było żadnych wolnych Uberów, więc wracając z drukarni byłem zmuszony zamówić normalną taksę. Wsiadam do, delikatnie mówiąc, starawej Skody i mówię:

– Dałoby radę zamknąć te okna? Bo jestem chory i biorę antybiotyk.
– Co, angina?
– No, angina.
– Moja baba ma to samo.
– To zamknie pan?
– Sto złotych, panie. Sto złotych już poszło na lekarstwa, ale przynajmniej jak wracam do domu to mam spokój, bo ją tak boli, że gadać nie może.

Najważniejsze, to widzieć jasne strony każdej sytuacji. A okna zamknął.

 

#7 – Jadę pociągiem i słucham nudnej rozmowy kolesi po 40-tce. Biorąc pod uwagę, że stać ich było na sałatkę w Pendolino i woleli zamówić ją niż schabowego, obstawiam, że są korpo-menadżerami wyższego szczebla. Zasadniczo wałkują temat, żon, dzieci i tego jak to jest ciężko być głową rodziny pojawiającą się w domu tylko w weekendy. W pewnym momencie gadka schodzi na temat porodów:

– Stary, jak moja była w ciąży z drugim synem, to była masakra. To był, nie wiem, jakiś 8 miesiąc, gram sobie w CSa, a ta przychodzi roztrzęsiona i mi ściąga słuchawki. A wiesz, mnie to wkurwia, bo jak gram to muszę być skupiony.
– Wiadomo.
– No, a ta mi słuchawki ściąga, a wiesz ja skupienie, bo nigdy nie wiadomo, gdzie ktoś kampi. Chciałem puścić jej zjebkę, a ta człowieku w płacz i widzę, że coś jej leci po nogach, to już wiedziałem o co chodzi i mówię “pakuj się, kończę mecz i jedziemy”. Wchodzimy do szpitala, biorą ją na salę, a lekarz do mnie, czy chcę być przy porodzie, a ja mówię, że przecież jestem, a on do mnie, czy chcę być na sali. Na sali, czujesz? I oglądać jak jej małego z piczki wyciągają w tej krwi i tym wszystkim co tam wylatuje z tego?
– Ohyda, daj spokój.
– No, dokładnie. To mówię “panie, mam oglądać jak mojej żonie piczkę nacinacie? jeszcze na głowę nie upadłem, ja chcę jeszcze pociupkać!”.

I nie wiem jaka opcja jest gorsza, że ciupkanie było eufemizmem seksu, czy grania w Counter Strike’a?

 

#8 – Dzieci to jednak potrafią spojrzeć na oklepany temat świeżym okiem. Synek do mamy przed witryną sklepową:

– Mamo, kupisz mi ten miecz?
– Nie Michałku. W domu już masz jeden miecz.
– Ale ten jest bardziej rycerzowy! Maaamo, proooszę!
– Nie “rycerzowy”, tylko “rycerski”. Nie ma takiego słowa jak “rycerzowy”.
– Ale czemu?
– No, tak jest w słowniku.
– Ale przecież jest “kolorowy”, a nie “kolorski”.
– Yyy…
– To kupisz mi ten miecz? Proooszę!

 

#9 – Panie w House zawsze pomocne:

– Przepraszam, nie mają państwo jakichś niepotrzebnych kartonów?
– Kantoru? Nie, tu nie ma kantoru.
– Nie, nie, czy nie mają państwo kartonów. Niepotrzebnych KAR-TO-NÓW.
– Ach, kartonów! Nie, nie mamy, ale jakby pan chciał kantor, to jest na samym końcu przy Kerfurze.

 

#10 – Wracając ze spaceru zachciało mi się czegoś słodkiego, to wszedłem do osiedlowego spożywczaka i wziąłem drożdżówkę nie wyglądającą na zupełnie nieświeżą, w bonusie dostając darmową lekcję liczenia procentów:

– Wie pani co, ale mam całe 50 złotych.
– Nic drobnych nie będzie?
– Niestety. Ale mogę zapłacić kartą w razie czego.
– Panie, kartą za jedną bułkę?
– No, jak nie ma pani wydać, to myślałem, że tak będzie łatwiej.
– Kartą za jedną bułkę, heh, dobre. Od 10 złotych można, a nie od złoty czterdzieści.
– Nie wiedziałem. Myślałem, że nie ma limitu.
– No jak, bank przecie bierze 2% za każde płacenie kartą, to z tych złoty czterdzieści ile by zostało? Nic!
– 2% z 1,40 to niecałe 3 grosze. Zresztą, zostałoby 98% kwoty, tak jak przy zakupach za 10 złotych i za 110.
– Niech mie tu pan matematyki nie uczy. Pracuję w handlu przeszło 30 lat i mówię, że poniżej 10 złotych te 2% to się nie opłaca.

Jak macie coś od siebie na rozgrzanie, i nie mówię tu o herbacie z prądem, to dawajcie do komentarzy. Dialogi z plaży punktowane będą podwójnie.