Close
Close

7 wniosków z używania Snapchata jako twórca

Skip to entry content

Gdy Snapchat – aplikacja do publikowania znikających treści wizualnych – zaczął zdobywać popularność w Polsce, głównym zarzutem osób, które nie mogły się na nim odnaleźć było hasło, że „to apka tylko dla gimbazy”. Tak jakby miejsce w jakim publikuje się treści z góry narzucało jakiego mają być one typu. O YouTube też takie kiedyś mówiono, po czym okazało się, że i można zamieszczać na nim relacje z podróży, i program historyczne, i kursy nauki angielskiego. I każdy inny typ filmów jaki tylko ma się ochotę stworzyć.

I ze Snapchatem jest tak samo. To, że na większość kanałów to nudne gówno polane sosem braku pomysłu, nie znaczy, że nie chaotyczne, a przemyślane i ustrukturyzowane treści nie mogą się tam pojawić, czego najlepszym przykładem jest Snapchat TVNu (nick: TVN24.pl). Rozpoczynając własną przygodę z tym kanałem komunikacji chciałem zrobić coś zupełnie innego niż dotychczas można było tam znaleźć, dlatego wymyśliłem, że będę prowadził codzienny program śniadaniowy. „3 zdania do śniadania” był skonkretyzowany formatem, w którym codziennie o 9 rano omawiałem istotny temat z dnia poprzedniego. Innymi słowy, była to socialmediowa adaptacja telewizyjnej śniadaniówki.

Co wyciągnąłem z zabawy z tą aplikacją? Poniżej 7 wniosków wynikających z użytkowania Snapchata jako twórca.

 

Brak oceny tego co robisz

Przez to, że nie ma ani facebookowych polubień, ani instagramowych serduszek, ani komentarzy nie dostajesz ani nienawiści, ani miłości od odbiorców. O ile w pierwszym przypadku brak dopierdalaczy cieszy, o tyle brak pozytywnego oddźwięku jest nieco dziwny, jeśli miałeś już doświadczenie z publikacją treści w innych mediach społecznościowych. Nieświadomość jak podszedł ludziom dany filmik, z jednej strony daje wolność tworzenia nieograniczoną reakcją, z drugiej brak przekonania, że to co robisz ma sens i idzie w dobrą stronę. Na samym początku to bardzo przeszkadza.

 

Słabo widać, słabo słychać

Do gównianej jakości filmików, które aplikacja kompresuje jakby były nagrywane Nokią 3310 w blaszanym garażu pod wodą, można się przyzwyczaić, ale jako twórca i tak się wkurwiasz, że Twoje starania mają taką mizerną formę.

 

Dużo większe zaangażowanie odbiorców niż w jakimkolwiek innym kanale

Treści na moim fanpage widzi średnio 9000 osób, wchodzi w interakcję z nimi jakieś 200. Czyli ponad 2%. Na blogu jeden tekst czyta przeciętnie 5000 osób, komentuje 30. Wychodzi poniżej 1% . A na Snapie? Na Snapie jak zapytałem o coś moich widzów i poprosiłem, żeby przesłali mi filmik z odpowiedzią, to zrobiło to ponad 10%! Czyli procentowo 5 razy więcej niż na Facebooku i 10 razy więcej niż na blogu! Spoko, co?

 

Masz wrażenie jakbyś gadał z kimś w 4 oczy

Przez to, że w tej aplikacji nie publikuje się tekstów, tylko treści wizualne, które najczęściej są poruszającą ustami facjatą drugiej osoby, masz wrażenie jakbyś siedział z tym kimś na browarze przy jednym stole. A przynajmniej prowadził wideorozmowę. To miłe, ale jednocześnie dziwne uczucie. Bo przecież tak naprawdę Ci ludzie po drugiej stronie telefonu nie znają Cię, a już na pewno Ty nie znasz ich. Tak drastyczne, a mimo wszystko naturalne, skrócenie dystansu między obcymi osobami, to mega ciekawe doświadczenie, polecam!

 

Zalew atencyjnych żebraków

Przez to, że na Snapchacie wciąż jest mało ludzi, przez co prowadzi się stosunkowo niewiele bezpośrednich konwersacji, wiadomo, że jeśli wyślesz coś komuś prywatnie, to ta osoba odczyta Twoją wiadomość. Przez co, jest to raj dla osób żebrzących o uwagę, które wysyłają w prywatnych wiadomościach te same treści, które umieszczają publicznie. To mniej więcej tak, jakby Twoi znajomi z Facebooka wysyłali Ci na czacie dokładnie WSZYSTKO, co publikują na swoich tablicach. Wkurwiające co?

Po tym jak kolejny raz dostałem jakieś z dupy zdjęcie ogórkowej, każdego kto spamował mnie prywatnie tymi samymi treściami, które wrzucał na mystory, zacząłem pytać po cholerę mi to wysyła. Ani razu nie dostałem odpowiedzi, ale nachalne błaganie o zainteresowanie ustało.

 

Ogromne pole do popisania się kreatywnością

Maksymalna długość pojedynczej treści jaką można stworzyć to 10 sekund. W pierwszej chwili wydaje się, że to za mało, by móc cokolwiek przekazać. W drugiej przypomina się, że pętle na Vine są jeszcze krótsze, a mimo to ich twórcy potrafią opowiedzieć równie poruszające historie, co reżyserowie oskarowych filmów. Innymi słowy, ogranicza Cię tylko wyobraźnia, a biorąc, że na każde wideo możesz nakładać filtry, pieczątki i malować po nim wykonując ręczne ilustracje, te ograniczenia są naprawdę niewielkie.

 

Na Snapchacie nie da się powiększać zasięgu organicznie

To główny powód dla którego zaprzestałem komunikacji na tej platformie. W każdym innym medium społecznościowym można rosnąć organicznie, czyli publikując dobre treści, za pomocą jego mechanizmów docierać do nowych odbiorców. Robisz dobre filmy na YouTube? Serwis wypycha Cię na główną. Celnie komentujesz wydarzenia na Twitterze? Ludzie puszczają dalej Twoje tweety i docierasz do ich znajomych. Klepiesz najlepsze memy na Facebooku? Edge rank daje znać o tym innym.

Kręcisz angażujące Snapy? Aplikacja ma to w dupie nikt więcej, poza ludźmi, których już zgromadziłeś na swoim kanale, tego nie zobaczy.

To frustrujące, że jedynym sposobem na poszerzanie widowni na Snapchacie jest konwertowanie odbiorców z innych kanałów. Czyli spamowanie wszędzie swoim nickiem i molestowanie swoich czytelników na blogu i Fejsie po kilka razy w tygodniu, żeby pobrali aplikację i zaczęli Cię w niej śledzić. Starałem się to robić możliwie nienachalnie i w szczytowym momencie oglądało mnie 260 osób. 260 osób w skali 60 000 czytelników miesięcznie na blogu, czy nawet 10 000 na fanpage to nic. ZERO. To tak jakby mnie oglądała moja mama i 2 jej koleżanki.

 

***

Nie skreślam Snapchata na zawsze i nie odżegnuję się od niego rękami i nogami, ale dopóki nie zacznie promować treści tworzonych przez użytkowników wewnątrz siebie samego, to mówię nara. Bo zupełnie nie widzę sensu angażowania się w kolejny kanał komunikacji tylko po to, żeby zamieszczać w nim treści, które zobaczy promil osób i tak już zgromadzonych w innych miejscach. Zdecydowanie lepiej umieścić materiały, które tam zamieszczałem, w miejscach gdzie Ci ludzie już są.

To tak a propos propagandy, że TRZEBA być na Snapchacie.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Z punktu widzenia osoby ogladanacej treści wydaje mi się, że to całkiem ciekawa rozrywka, mam wrażenie, że nagrywajacy mówią do mnie. Fakt są snapy bez pomysłu, ale te można pominąć. No i najważniejsze Snapchat to narzędzie używane przez młodych ludzi, do których w ten sposób łatwiej dotrzeć.

  • Ubrałeś w słowa moje jeszcze nienazwane myśli <3

  • My testujemy w http://www.mediaprojectgroup.com ale więcej wad niż zalet na tą chwilę :/
    Czy poświęcony czas i zaangażowanie zwróci się? hmm..

  • Magda Motrenko

    Ja nie lubię w snapie tego, że trzeba z niego faktycznie korzystać codziennie. Blog, instagram, facebook – możesz zrobić sobie urlop, a jak ktoś nowy wejdzie akurat na Twój profil, to zobaczy starsze materiały i też się ucieszy. Jak ktoś nowy doda Cię na snapie 25h po ostatniej publikacji, to będzie miał wrażenie, że ze snapa wcale nie korzystasz, że nie istniejesz! Tak jakby TVN przestał na kilka godzin emitować programy. Makabra! Z taką presją można się wypalić łatwo.
    Ja ze snapa korzystam, ale do kontaktów ze znajomymi. Tak sporadycznie coś sobie podsyłamy prywatnie. I mi to wystarcza :)

  • Nie rozumiem fenomenu Snapchata i chyba nie zrozumiem. Gdy zacząłeś prowadzić na nim „3 zdania do śniadania”, chciałam sobie go założyć w zasadzie tylko po to by oglądać tę serię. Tak się zbierałam że nie założyłam. I chyba dobrze się stało. Snapchat jeszcze nie ewoluował na tyle by móc zrobić z niego jakieś fajne narzędzie do publikacji. A szkoda.

  • No to po takim worm upie czas na występy w Dzień Dobry TVN ;)

  • Mateusz Rzońca

    Najgorzej oglądało mi się 3 zdania do śniadania w czwartki. Jeździłem wtedy o godzinie 9 rano autobusem do szkoły i chciałem obejrzeć co nowego w świecie. Niestety zanim dojechałem do szkoły to ledwo pół odcinka zdołało się nakręcić :c

  • Filmy, słowo mówione, dlatego mówię NIE snapowi. Po prostu go nie rozumiem, nie ma sensu bym kogokolwiek śledziła, bo i tak nie wiem co on chce przekazać.
    Druga sprawa, to to, że snap mnie nudził.
    Choć bardzo chciałam, to nie udało mi się do snapa przekonać.

  • Majakisenne

    I dobrze, bo było mi Ciebie szkoda że codziennie rano – o barbarzyńskiej porze – musisz wstać, wyglądać jak człowiek i mówić z sensem

  • No próbowałem, jak mi Bodziu miły. I nawet pooglądałem sobie kilka filmików dosyć ciekawych (kanały kulinarne oglądałem namiętnie, bo ciągle jestem na diecie), ale mnie straszliwie wnerwia słaba jakość tego, co widzę. I chyba dlatego wolę Instagrama, gdzie nieostre fotki z rąsi są pomijalnym marginesem. O zawartości tychże nie wspomnę. To starość pewnie, ale nie i już :)

  • W.

    Mnie idea Snapchata nie przekonywała, ale założyłam konto, żeby nie wypaść z obiegu, ponieważ przyszedł taki okres, że moje rodzeństwo w ten sposób się tylko komunikowało. Pod kątem domowego snapowania, a potem robienia kompilacji z tych snapów mamy naprawdę fajne ‚pamiątki’. Mając konto i zarzucona zachętami do obserwowania blogerów dodałam kilkunastu, aktualnie obserwuję trzech – zostałam przy osobach, których treści mają wartość i nie są relacją z ich życia w trybie 24 h na dobę powiem Ci co robię, pokażę jak dzisiaj idę drogą, którą szedłem wczoraj i wrzucę snapy tego co wrzucam na insta, fb, tt, bloga etc. Nie ukrywam, że uzupełniło mi to niejako obraz paru osób i zrezygnowałam z ich śledzenia w ogóle, albo ograniczyłam się do tego kanału który dla mnie jest najodpowiedniejszy.
    W snapie w zasadzie cenię tylko jedną opcję – My Story Na Żywo – z różnych miejsc świata i z celebracji różnych świąt na całym świecie, osobiście jest to dla mnie genialny przekaz i uważam, że najtrafniejszy, do krótkiego, treściwego pokazania jak to wygląda z perspektywy uczestnika. Chociaż sam przekaz z Krakowa mnie rozczarował, co chyba też jest znakiem, że u nas mało osób zwraca na to story uwagę.

    • Relacje ze miast też zdecydowanie najbardziej podobają mi się w tej aplikacji, bo można zobaczyć miejsca, do których na co dzień nie ma się dostępu i poczuć jakbyśmy sami tam byli, ale faktycznie Kraków był nudny i rozczarował.

  • a ja wciąż jeszcze nie wypróbowałam aplikacji ;)

  • U mnie snapchat się bardzo dobrze sprawdził. W Polsce, moje my story obserwowało 10 osób. Głównie znajomi. Po wyprowadzce do Chin to już prawie dziesięć razy więcej, a czasami dostaję też feedback. Odebrałam nawet trochę wiadomości z podziękowaniem i uznaniem, że to co pokazuję jest ciekawe :) Niestety brak zasięgu organicznego to prawdziwa zmora i żeby złapać nowych followersów trzeba nagabywać ludzi albo znaleźć chwytliwe hasło.

  • Nie tak dawno spytałem Dziecko co myśli o Snapchacie. Dziecko uznaje s. za stratę czasu i woli koncentrować się na Youtubie. Powiem Dziecku to ucieszy się, że są blogerzy, którzy myślą podobnie jak moja pociecha.;)

    • Lubie Twoje Dziecko-ale to już chyba gdzieś wspominałam ;)

  • Usagi

    A ja tam lubiłam twoje 3 zdania do śniadania, bo pomiędzy zupami ogórkówyni i kotami mogłam posłuchać czegoś śmiesznego i jednocześnie ważnego, mając wrażenie, że rozmawiasz ze mną osobiście. Mam nadzieję, że całkiem nie znikniesz ze snapa. :-)

    • Ja też lubiłem, ale tak jak mówię, w szczytowym momencie oglądało mnie 260 osób, to nawet nie jest 1/3 moich znajomych na Facebooku, tak że to zupełnie nie miało sensu. Ale nie martw się coś podobnego pojawi się gdzie indziej :)

  • Co do „słabo widać albo słabo słychać” to niestety zależy od telefonu. Jak miałam Samsunga to było słabo widać, ale dobrze słuchać, teraz mam Honor 7 i on robi puszkę z dźwięku, kiedy jest za duży szum dookoła. Twój telefon robił moją puszkę razy milion nawet bez szumu w tle :D Natomiast ludzie z iPhonami nie mają takich problemów :D

    • Jasne z pewnością telefon telefonowi nierówny i to też ma wpływ, ale zasadniczo Snapchat masakruje dźwięk i obraz i jeśli tym samym telefonem nagrałabyś film nie przez aplikację, to byłby on o niebo lepszy.

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Czasem lepiej się zamknąć

Skip to entry content

Od soboty dzieje się to, o czym Tomek Tomczyk pisał w swojej książce, ale nie wszyscy mu wierzyli – dokonuje się żywy dowód tego, że wszyscy jesteśmy blogerami. W internecie wszyscy jesteśmy opiniotwórcami i wszyscy tworzymy treści. I nie robimy tego dla siebie, ale dla publiczności. Piszemy, fotografujemy, filmujemy najczęściej nie dla korzyści materialnych, czy z powodów ambicjonalnych, ale przez te najniższe – by zdobyć poklask i połechtać ego.

Mimo, że nie każdy jest świadomy tego, że pisanie postów na Facebooku, to tworzenie treści, bo nie zastanawia się nad tym, tylko robi to wręcz odruchowo, tak już mało kto wrzucając coś na tablicę, nie liczy na aprobatę otoczenia. No bo, czy jest ktoś kto nie chciałby mieć 100 lajków pod postem? A lepiej 200? Albo nawet 1000? 1000 lajków, to jest coś! Coś co… realnie gówno daje, ale zawsze miło popatrzeć sobie na taką liczbę pod swoimi wypowiedziami.

W piątek stało się coś strasznego – terroryści z ISIS zabili w Paryżu 130 osób. Niewinnych, przypadkowych ludzi, będących czyimiś matkami, mężami, dziećmi, najlepszymi kolegami z pracy, czy kumpelami z ławki. Równie smutne co przerażające. Jednak nie mniej, niż poprzednie zamachy w innych krajach. Mimo, że nie ma lepszych i gorszych ofiar ataków terrorystycznych, internet postanowił wyróżnić te paryskie. Wyróżnił je w jedyny możliwy sposób – zaczął o nich mówić.

Od sobotniego poranka zaczęła się zabawa w „a czy Ty już wypowiedziałeś się na temat tragedii w stolicy Francji?”. Każdy kto się nie odniósł przegrywa.

Niemal wszyscy mają palącą, jak żar z niedopałka spadający za kołnierz, potrzebę wyrażenia publicznie swojego stanowiska w tej sprawie. Stanowiska jednoznacznego i jedynego właściwego, dodajmy. Albo wskazania kto jest winny tragedii. Albo wrzucenia kilku inwektyw w stronę lewaków. Albo wyrażenia głębokiego ubolewania i deklaracji solidaryzowania z rodzinami zabitych. Albo chociaż wrzucenia śmiesznego mema. Bo czemu by sobie nie pokręcić beki z jeszcze nieostygłych trupów? Mam wrażenie, że ta potrzeba bycia jedynym-prawdziwie-prawdziwym-głosem-prawdy, jest tak palącą, że jeśli nie zostanie zrealizowana w ciągu najbliższych 5 minut, to nosiciel z miejsca się spopieli, dokonując samozapłonu.

Ludzie wypowiadają się z takim poczuciem nieomylności i z takimi emocjami, jakby to do ich rodzin strzelano. Jakby ich to bezpośrednio dotyczyło. A nie dotyczy.

Jestem Polakiem, ale i Francuzem. Urodziłem się we Francji, mój ojciec jest Francuzem, mam francuskie obywatelstwo. I nazwisko. Z „v” w środku, przez co od przedszkola muszę zawsze po piętnaście razy literować i tłumaczyć jak to się pisze. Nie chcę się wywyższać, ale z obiektywnego punktu widzenia, ta sprawa dotyka mnie o wiele mocniej, niż przeciętnego, wolącego kotleta od Mahometa, Sebę. Mimo to, moją pierwszą reakcją po przeczytaniu informacji o tym, co się właśnie stało w Paryżu, nie było opublikowanie jednoznacznej i niezostawiającej nawet cienia na wątpliwości odezwy do narodu na 1000 lajków. A z moim zasięgiem 1000 wpadłoby nawet bez przecinków i znaków diakrytycznych. Mimo to, nie napisałem „ufff, dobrze, że nie przyjęliśmy uchodźców”, „#prayforparis #smuteg #polishboy #nofilter”, ani „odwet będzie krwawy! każdy kto da lajka pod statusem, wirtualnie zabija jednego islamistę!”.

Moją pierwszą reakcją, po usłyszeniu, że ktoś na koncercie strzela do przypadkowych ludzi, było przerażenie. Drugą strach. Trzecią analiza sytuacji. Analiza, która wciąż trwa.

W przypadku zamachów terrorystycznych, ustalenie ciągu przyczynowo-skutkowego to nie jest połączenie prostą linią dwóch punktów. Gdyby to było tak łatwe, to przywódcy narodów nie zbieraliby się na narady, ministerstwa spraw wewnętrznych nie zbierałyby latami materiałów, a szpiedzy i antyterroryści nie mieliby roboty.

Cieszysz się, że nie przyjęliśmy uchodźców, bo to oni strzelają i podkładają bomby? Błyskotliwy wniosek, tylko jak myślisz, przed kim oni taki licznie uciekają?

Wykrzyknikujesz, że wystarczy zamknąć granice i będzie spoko? Genialne mordo, tylko, jak historia pokazuje, wielu zamachowców, to nie przyjezdni, a tubylcy, żyjący w danym kraju od lat.

Cieszysz się, że po tej tragedii będzie blokada na uchodźców i nikt z nich nie ostrzela ci klubu? Pocieszająca myśl. Tyle, że nieprawdziwa. Żyjemy w dobie internetu, sieci tor i kupowania strzykawek z HIV płacąc bitcoinami. Terroryści równie dobrze mogą zdalnie wynająć Twojego sąsiada do takiego zlecenia.

Mówisz, że wystarczy spuścić na nich bombę i będzie spokój? To chodź, pojedziemy tam i pokażesz palcem konkretnie na kogo, przy okazji odsuwając niewinne matki z dziećmi, żeby nie dostały rykoszetem.

Naprawdę, TO NIE JEST PROSTE, takie rzeczy wymagają długotrwałej analizy, spojrzenia na problem z wielu perspektyw i opanowania. W skrócie: ZASTANOWIENIA SIĘ.

Nie zrozum mnie źle. Nie uważam, że należy przejść obojętnie wobec aktu terroru, czy to na Twoim kontynencie, czy na każdym innym. Uważam, że należy reagować, bo zło rozprzestrzenia się, gdy dobry człowiek nic nie robi, ALE jednak zanim zacznie się krzyczeć przez megafon na całe osiedle swoje mądrości, a tego odpowiednikiem jest właśnie wrzucenie posta do mediów społecznościowych, warto się zastanowić, czy masz w ogóle coś mądrego do powiedzenia. I czy to, co chcesz powiedzieć faktycznie jest mądre.

Bo czasem po prostu lepiej się zamknąć.

I żeby nie było, że czepiam się tylko tych manifestujących oburzenie, to teraz pstryczek w ucho dla drugiej strony. Bardzo ładnie wizerunkowo wygląda wrzucenie hasztaga #prayforparis, ustawienie na profilówkę francuskiej flagi i pisanie o tym jak ci przykro, jak ci źle i jak bardzo łączysz się w bólu z ofiarami tragedii. I w ogóle, że gdybyś tylko mógł, to byś wszystkich opłakujących bliskich zaprosił do domu na herbatę, bo szczerze jesteś ich bratnią duszą. Takie żywe zainteresowanie drugim, zupełnie obcym, człowiekiem jest piękne. Naprawdę.

Tylko teraz zgadnij, ile z tych osób, które zbierały lajki pod wyrazami współczucia, napisało do mnie z pytaniem, czy mojej rodzinie we Francji nic się nie stało, czy żyją, czy wszystko w porządku?

0.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #52: marsz niepodległości, kolejne „50 twarzy Greya” i koniec CPI

Skip to entry content

Mijający tydzień był dość nietypowy, bo z przerwą w środku, związaną ze Świętem Niepodległości, którym żyła cała sieć. I to nawet nie tyle samym świętem, które nieco przeszło bokiem, co marszem. Mam wrażenie, że większość czekała na filmy z latającą kostką brukową i zawiodła się, że kibole biorący udział w pochodzie byli nad wyraz spokojni i tym razem nie doszło do zamieszek. Co działo się w internecie poza memami z tłumem trzymającym race?

33 wskazówki, które ułatwią Ci życie: jeśli w trakcie podróży planujesz wynajmować hotel. Bardzo pomocny tekst z wieloma wskazówkami i radami, które faktycznie sprawiają, że noclegowanie poza domem jest bardziej komfortowe.

Chomiks wrócił! Jak byłem w liceum, trafiłem kiedyś w sieci na mega zabawny komiks z ciętym dowcipem, którego głównymi bohaterami były chomiki. Symbolizujące braci Kaczyńskich. Nie jestem ani wyjątkowo pro-PO, ani specjalnie anty-PIS, te rysunki są po prostu śmieszne, tak że cieszę się, że format wrócił.

Polski Bus przestał być tani i komfortowy: a zaczął być irytujący, nieprofesjonalny i naciągający. Zwłaszcza w kwestii wiecznie niedziałającego wi-fi. I to już dawno, dawno temu. Również nie polecam tego allegrowicza.

Marsz niepodległości jest zjawiskiem klasowym, a nie nacjonalistycznym: nie do końca trafny, ale bardzo ciekawy, i przede wszystkim dobrze napisany, komentarz do środowego Święta Niepodległości.

14 przekąsek z Nowego Jorku: im więcej widzę czyichś relacji z Wielkiego Jabłka, tym większa zazdrość we mnie wzbiera i motywacja do tego, żeby w końcu uzbierać hajs i zaplanować tę podróż. Zwłaszcza, że można popróbować tam takich delikatesów.

Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki: spodziewalibyście się, że to powiedziała Meryl Streep? Nie byłem jakimś jej przesadnym entuzjastą, ale po tym artykule chyba zacznę.

Omówienie kolejnej części „50 twarzy Greya”: tym razem „powieści” o zaskakującym tytule „Grey”, w której przemielona na wszystkie sposoby historia pokazana jest oczami typa rozmawiającego ze swoim penisem. Komentarz Pawła Opydo zdecydowanie lepszy niż „książka”.

Typowe Seby na Marszu Niepodległości: nie mogły jebać Tuska, nie mogły jebać PO, więc jebały TVN. Mimo, że to Polsat.

Narodowcy vs DzienniarkaUdostepnijcie bo wygryw mocny :D

Posted by Nitrozyniak on 11 listopada 2015

 

Co, gdyby faceci zachowywali się jak laski? W trakcie podrywu w klubie? Na randce? Albo w ogóle? Przepiękna zamiana ról.

Jak zakamuflować się przed policją? Gdy na przykład chcesz w spokoju wypić browarka na Wisłą? Muszę wypróbować to w terenie.

Hiding from cops like

Posted by Black Comedy on 8 listopada 2015

 

Klip tygodnia: Białas pojawia się w tym miejscu drugi tydzień z rzędu, ale z tak dobrym kawałkiem nie ma się co dziwić. Świetnie technicznie poskładany, dojrzały, autorefleksyjny tekst podany na dość minimalistycznym bicie, przesuwającym środek ciężkości utworu na wagę słów. Nawet Paluch w tym kawałku wypada ponadprzeciętnie. W napięciu czekam na płytę!

Fanpage tygodnia: cholera, naprawdę nie wiem jak sensownie i precyzyjnie opisać ten profil. To ani nie zbiorowisko memów, ani nie baza kotów, ani nawet nie satyryczne rysunki. „Museum of internet” to… to… to po prostu Muzeum Internetu.

 

Ogłoszenie parafialne: to ostatnie wydanie „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”. Po ponad roku tworzenia tego cyklu, przestałem czuć zajawkę na kontynuowanie go, aa nie pozwoliłbym sobie na to, żeby cokolwiek na tym blogu było niechcianym obowiązkiem, więc zamykam CPI. Format się wyczerpał, formuła się zużyła i czas na coś nowego. Temat sieciowych aktualności nie zniknie na dobre, powróci w zmienionym kształcie, ale w tej chwili nie mogę jeszcze powiedzieć kiedy. Aczkolwiek będzie to powiązane z nabyciem nowego telefonu.

---> SKOMENTUJ