Close
Close

7 wniosków z używania Snapchata jako twórca

Skip to entry content

Gdy Snapchat – aplikacja do publikowania znikających treści wizualnych – zaczął zdobywać popularność w Polsce, głównym zarzutem osób, które nie mogły się na nim odnaleźć było hasło, że „to apka tylko dla gimbazy”. Tak jakby miejsce w jakim publikuje się treści z góry narzucało jakiego mają być one typu. O YouTube też takie kiedyś mówiono, po czym okazało się, że i można zamieszczać na nim relacje z podróży, i program historyczne, i kursy nauki angielskiego. I każdy inny typ filmów jaki tylko ma się ochotę stworzyć.

I ze Snapchatem jest tak samo. To, że na większość kanałów to nudne gówno polane sosem braku pomysłu, nie znaczy, że nie chaotyczne, a przemyślane i ustrukturyzowane treści nie mogą się tam pojawić, czego najlepszym przykładem jest Snapchat TVNu (nick: TVN24.pl). Rozpoczynając własną przygodę z tym kanałem komunikacji chciałem zrobić coś zupełnie innego niż dotychczas można było tam znaleźć, dlatego wymyśliłem, że będę prowadził codzienny program śniadaniowy. „3 zdania do śniadania” był skonkretyzowany formatem, w którym codziennie o 9 rano omawiałem istotny temat z dnia poprzedniego. Innymi słowy, była to socialmediowa adaptacja telewizyjnej śniadaniówki.

Co wyciągnąłem z zabawy z tą aplikacją? Poniżej 7 wniosków wynikających z użytkowania Snapchata jako twórca.

 

Brak oceny tego co robisz

Przez to, że nie ma ani facebookowych polubień, ani instagramowych serduszek, ani komentarzy nie dostajesz ani nienawiści, ani miłości od odbiorców. O ile w pierwszym przypadku brak dopierdalaczy cieszy, o tyle brak pozytywnego oddźwięku jest nieco dziwny, jeśli miałeś już doświadczenie z publikacją treści w innych mediach społecznościowych. Nieświadomość jak podszedł ludziom dany filmik, z jednej strony daje wolność tworzenia nieograniczoną reakcją, z drugiej brak przekonania, że to co robisz ma sens i idzie w dobrą stronę. Na samym początku to bardzo przeszkadza.

 

Słabo widać, słabo słychać

Do gównianej jakości filmików, które aplikacja kompresuje jakby były nagrywane Nokią 3310 w blaszanym garażu pod wodą, można się przyzwyczaić, ale jako twórca i tak się wkurwiasz, że Twoje starania mają taką mizerną formę.

 

Dużo większe zaangażowanie odbiorców niż w jakimkolwiek innym kanale

Treści na moim fanpage widzi średnio 9000 osób, wchodzi w interakcję z nimi jakieś 200. Czyli ponad 2%. Na blogu jeden tekst czyta przeciętnie 5000 osób, komentuje 30. Wychodzi poniżej 1% . A na Snapie? Na Snapie jak zapytałem o coś moich widzów i poprosiłem, żeby przesłali mi filmik z odpowiedzią, to zrobiło to ponad 10%! Czyli procentowo 5 razy więcej niż na Facebooku i 10 razy więcej niż na blogu! Spoko, co?

 

Masz wrażenie jakbyś gadał z kimś w 4 oczy

Przez to, że w tej aplikacji nie publikuje się tekstów, tylko treści wizualne, które najczęściej są poruszającą ustami facjatą drugiej osoby, masz wrażenie jakbyś siedział z tym kimś na browarze przy jednym stole. A przynajmniej prowadził wideorozmowę. To miłe, ale jednocześnie dziwne uczucie. Bo przecież tak naprawdę Ci ludzie po drugiej stronie telefonu nie znają Cię, a już na pewno Ty nie znasz ich. Tak drastyczne, a mimo wszystko naturalne, skrócenie dystansu między obcymi osobami, to mega ciekawe doświadczenie, polecam!

 

Zalew atencyjnych żebraków

Przez to, że na Snapchacie wciąż jest mało ludzi, przez co prowadzi się stosunkowo niewiele bezpośrednich konwersacji, wiadomo, że jeśli wyślesz coś komuś prywatnie, to ta osoba odczyta Twoją wiadomość. Przez co, jest to raj dla osób żebrzących o uwagę, które wysyłają w prywatnych wiadomościach te same treści, które umieszczają publicznie. To mniej więcej tak, jakby Twoi znajomi z Facebooka wysyłali Ci na czacie dokładnie WSZYSTKO, co publikują na swoich tablicach. Wkurwiające co?

Po tym jak kolejny raz dostałem jakieś z dupy zdjęcie ogórkowej, każdego kto spamował mnie prywatnie tymi samymi treściami, które wrzucał na mystory, zacząłem pytać po cholerę mi to wysyła. Ani razu nie dostałem odpowiedzi, ale nachalne błaganie o zainteresowanie ustało.

 

Ogromne pole do popisania się kreatywnością

Maksymalna długość pojedynczej treści jaką można stworzyć to 10 sekund. W pierwszej chwili wydaje się, że to za mało, by móc cokolwiek przekazać. W drugiej przypomina się, że pętle na Vine są jeszcze krótsze, a mimo to ich twórcy potrafią opowiedzieć równie poruszające historie, co reżyserowie oskarowych filmów. Innymi słowy, ogranicza Cię tylko wyobraźnia, a biorąc, że na każde wideo możesz nakładać filtry, pieczątki i malować po nim wykonując ręczne ilustracje, te ograniczenia są naprawdę niewielkie.

 

Na Snapchacie nie da się powiększać zasięgu organicznie

To główny powód dla którego zaprzestałem komunikacji na tej platformie. W każdym innym medium społecznościowym można rosnąć organicznie, czyli publikując dobre treści, za pomocą jego mechanizmów docierać do nowych odbiorców. Robisz dobre filmy na YouTube? Serwis wypycha Cię na główną. Celnie komentujesz wydarzenia na Twitterze? Ludzie puszczają dalej Twoje tweety i docierasz do ich znajomych. Klepiesz najlepsze memy na Facebooku? Edge rank daje znać o tym innym.

Kręcisz angażujące Snapy? Aplikacja ma to w dupie nikt więcej, poza ludźmi, których już zgromadziłeś na swoim kanale, tego nie zobaczy.

To frustrujące, że jedynym sposobem na poszerzanie widowni na Snapchacie jest konwertowanie odbiorców z innych kanałów. Czyli spamowanie wszędzie swoim nickiem i molestowanie swoich czytelników na blogu i Fejsie po kilka razy w tygodniu, żeby pobrali aplikację i zaczęli Cię w niej śledzić. Starałem się to robić możliwie nienachalnie i w szczytowym momencie oglądało mnie 260 osób. 260 osób w skali 60 000 czytelników miesięcznie na blogu, czy nawet 10 000 na fanpage to nic. ZERO. To tak jakby mnie oglądała moja mama i 2 jej koleżanki.

 

***

Nie skreślam Snapchata na zawsze i nie odżegnuję się od niego rękami i nogami, ale dopóki nie zacznie promować treści tworzonych przez użytkowników wewnątrz siebie samego, to mówię nara. Bo zupełnie nie widzę sensu angażowania się w kolejny kanał komunikacji tylko po to, żeby zamieszczać w nim treści, które zobaczy promil osób i tak już zgromadzonych w innych miejscach. Zdecydowanie lepiej umieścić materiały, które tam zamieszczałem, w miejscach gdzie Ci ludzie już są.

To tak a propos propagandy, że TRZEBA być na Snapchacie.

(niżej jest kolejny tekst)

21
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
Anna ChoińskaUla ŁupińskaDamian SmalMagda MotrenkoKaro Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika
Gość

Co do „słabo widać albo słabo słychać” to niestety zależy od telefonu. Jak miałam Samsunga to było słabo widać, ale dobrze słuchać, teraz mam Honor 7 i on robi puszkę z dźwięku, kiedy jest za duży szum dookoła. Twój telefon robił moją puszkę razy milion nawet bez szumu w tle :D Natomiast ludzie z iPhonami nie mają takich problemów :D

Jan Favre
Gość

Jasne z pewnością telefon telefonowi nierówny i to też ma wpływ, ale zasadniczo Snapchat masakruje dźwięk i obraz i jeśli tym samym telefonem nagrałabyś film nie przez aplikację, to byłby on o niebo lepszy.

Usagi
Gość
Usagi

A ja tam lubiłam twoje 3 zdania do śniadania, bo pomiędzy zupami ogórkówyni i kotami mogłam posłuchać czegoś śmiesznego i jednocześnie ważnego, mając wrażenie, że rozmawiasz ze mną osobiście. Mam nadzieję, że całkiem nie znikniesz ze snapa. :-)

Jan Favre
Gość

Ja też lubiłem, ale tak jak mówię, w szczytowym momencie oglądało mnie 260 osób, to nawet nie jest 1/3 moich znajomych na Facebooku, tak że to zupełnie nie miało sensu. Ale nie martw się coś podobnego pojawi się gdzie indziej :)

Witek Michalak
Gość

Nie tak dawno spytałem Dziecko co myśli o Snapchacie. Dziecko uznaje s. za stratę czasu i woli koncentrować się na Youtubie. Powiem Dziecku to ucieszy się, że są blogerzy, którzy myślą podobnie jak moja pociecha.;)

Blogierka
Gość

Lubie Twoje Dziecko-ale to już chyba gdzieś wspominałam ;)

Weronika Truszczyńska
Gość

U mnie snapchat się bardzo dobrze sprawdził. W Polsce, moje my story obserwowało 10 osób. Głównie znajomi. Po wyprowadzce do Chin to już prawie dziesięć razy więcej, a czasami dostaję też feedback. Odebrałam nawet trochę wiadomości z podziękowaniem i uznaniem, że to co pokazuję jest ciekawe :) Niestety brak zasięgu organicznego to prawdziwa zmora i żeby złapać nowych followersów trzeba nagabywać ludzi albo znaleźć chwytliwe hasło.

TrzyMinuty.pl
Gość

a ja wciąż jeszcze nie wypróbowałam aplikacji ;)

Jan Favre
Gość

Nie ucieka, tak że spokojnie :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Czasem lepiej się zamknąć

Skip to entry content

Od soboty dzieje się to, o czym Tomek Tomczyk pisał w swojej książce, ale nie wszyscy mu wierzyli – dokonuje się żywy dowód tego, że wszyscy jesteśmy blogerami. W internecie wszyscy jesteśmy opiniotwórcami i wszyscy tworzymy treści. I nie robimy tego dla siebie, ale dla publiczności. Piszemy, fotografujemy, filmujemy najczęściej nie dla korzyści materialnych, czy z powodów ambicjonalnych, ale przez te najniższe – by zdobyć poklask i połechtać ego.

Mimo, że nie każdy jest świadomy tego, że pisanie postów na Facebooku, to tworzenie treści, bo nie zastanawia się nad tym, tylko robi to wręcz odruchowo, tak już mało kto wrzucając coś na tablicę, nie liczy na aprobatę otoczenia. No bo, czy jest ktoś kto nie chciałby mieć 100 lajków pod postem? A lepiej 200? Albo nawet 1000? 1000 lajków, to jest coś! Coś co… realnie gówno daje, ale zawsze miło popatrzeć sobie na taką liczbę pod swoimi wypowiedziami.

W piątek stało się coś strasznego – terroryści z ISIS zabili w Paryżu 130 osób. Niewinnych, przypadkowych ludzi, będących czyimiś matkami, mężami, dziećmi, najlepszymi kolegami z pracy, czy kumpelami z ławki. Równie smutne co przerażające. Jednak nie mniej, niż poprzednie zamachy w innych krajach. Mimo, że nie ma lepszych i gorszych ofiar ataków terrorystycznych, internet postanowił wyróżnić te paryskie. Wyróżnił je w jedyny możliwy sposób – zaczął o nich mówić.

Od sobotniego poranka zaczęła się zabawa w „a czy Ty już wypowiedziałeś się na temat tragedii w stolicy Francji?”. Każdy kto się nie odniósł przegrywa.

Niemal wszyscy mają palącą, jak żar z niedopałka spadający za kołnierz, potrzebę wyrażenia publicznie swojego stanowiska w tej sprawie. Stanowiska jednoznacznego i jedynego właściwego, dodajmy. Albo wskazania kto jest winny tragedii. Albo wrzucenia kilku inwektyw w stronę lewaków. Albo wyrażenia głębokiego ubolewania i deklaracji solidaryzowania z rodzinami zabitych. Albo chociaż wrzucenia śmiesznego mema. Bo czemu by sobie nie pokręcić beki z jeszcze nieostygłych trupów? Mam wrażenie, że ta potrzeba bycia jedynym-prawdziwie-prawdziwym-głosem-prawdy, jest tak palącą, że jeśli nie zostanie zrealizowana w ciągu najbliższych 5 minut, to nosiciel z miejsca się spopieli, dokonując samozapłonu.

Ludzie wypowiadają się z takim poczuciem nieomylności i z takimi emocjami, jakby to do ich rodzin strzelano. Jakby ich to bezpośrednio dotyczyło. A nie dotyczy.

Jestem Polakiem, ale i Francuzem. Urodziłem się we Francji, mój ojciec jest Francuzem, mam francuskie obywatelstwo. I nazwisko. Z „v” w środku, przez co od przedszkola muszę zawsze po piętnaście razy literować i tłumaczyć jak to się pisze. Nie chcę się wywyższać, ale z obiektywnego punktu widzenia, ta sprawa dotyka mnie o wiele mocniej, niż przeciętnego, wolącego kotleta od Mahometa, Sebę. Mimo to, moją pierwszą reakcją po przeczytaniu informacji o tym, co się właśnie stało w Paryżu, nie było opublikowanie jednoznacznej i niezostawiającej nawet cienia na wątpliwości odezwy do narodu na 1000 lajków. A z moim zasięgiem 1000 wpadłoby nawet bez przecinków i znaków diakrytycznych. Mimo to, nie napisałem „ufff, dobrze, że nie przyjęliśmy uchodźców”, „#prayforparis #smuteg #polishboy #nofilter”, ani „odwet będzie krwawy! każdy kto da lajka pod statusem, wirtualnie zabija jednego islamistę!”.

Moją pierwszą reakcją, po usłyszeniu, że ktoś na koncercie strzela do przypadkowych ludzi, było przerażenie. Drugą strach. Trzecią analiza sytuacji. Analiza, która wciąż trwa.

W przypadku zamachów terrorystycznych, ustalenie ciągu przyczynowo-skutkowego to nie jest połączenie prostą linią dwóch punktów. Gdyby to było tak łatwe, to przywódcy narodów nie zbieraliby się na narady, ministerstwa spraw wewnętrznych nie zbierałyby latami materiałów, a szpiedzy i antyterroryści nie mieliby roboty.

Cieszysz się, że nie przyjęliśmy uchodźców, bo to oni strzelają i podkładają bomby? Błyskotliwy wniosek, tylko jak myślisz, przed kim oni taki licznie uciekają?

Wykrzyknikujesz, że wystarczy zamknąć granice i będzie spoko? Genialne mordo, tylko, jak historia pokazuje, wielu zamachowców, to nie przyjezdni, a tubylcy, żyjący w danym kraju od lat.

Cieszysz się, że po tej tragedii będzie blokada na uchodźców i nikt z nich nie ostrzela ci klubu? Pocieszająca myśl. Tyle, że nieprawdziwa. Żyjemy w dobie internetu, sieci tor i kupowania strzykawek z HIV płacąc bitcoinami. Terroryści równie dobrze mogą zdalnie wynająć Twojego sąsiada do takiego zlecenia.

Mówisz, że wystarczy spuścić na nich bombę i będzie spokój? To chodź, pojedziemy tam i pokażesz palcem konkretnie na kogo, przy okazji odsuwając niewinne matki z dziećmi, żeby nie dostały rykoszetem.

Naprawdę, TO NIE JEST PROSTE, takie rzeczy wymagają długotrwałej analizy, spojrzenia na problem z wielu perspektyw i opanowania. W skrócie: ZASTANOWIENIA SIĘ.

Nie zrozum mnie źle. Nie uważam, że należy przejść obojętnie wobec aktu terroru, czy to na Twoim kontynencie, czy na każdym innym. Uważam, że należy reagować, bo zło rozprzestrzenia się, gdy dobry człowiek nic nie robi, ALE jednak zanim zacznie się krzyczeć przez megafon na całe osiedle swoje mądrości, a tego odpowiednikiem jest właśnie wrzucenie posta do mediów społecznościowych, warto się zastanowić, czy masz w ogóle coś mądrego do powiedzenia. I czy to, co chcesz powiedzieć faktycznie jest mądre.

Bo czasem po prostu lepiej się zamknąć.

I żeby nie było, że czepiam się tylko tych manifestujących oburzenie, to teraz pstryczek w ucho dla drugiej strony. Bardzo ładnie wizerunkowo wygląda wrzucenie hasztaga #prayforparis, ustawienie na profilówkę francuskiej flagi i pisanie o tym jak ci przykro, jak ci źle i jak bardzo łączysz się w bólu z ofiarami tragedii. I w ogóle, że gdybyś tylko mógł, to byś wszystkich opłakujących bliskich zaprosił do domu na herbatę, bo szczerze jesteś ich bratnią duszą. Takie żywe zainteresowanie drugim, zupełnie obcym, człowiekiem jest piękne. Naprawdę.

Tylko teraz zgadnij, ile z tych osób, które zbierały lajki pod wyrazami współczucia, napisało do mnie z pytaniem, czy mojej rodzinie we Francji nic się nie stało, czy żyją, czy wszystko w porządku?

0.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #52: marsz niepodległości, kolejne „50 twarzy Greya” i koniec CPI

Skip to entry content

Mijający tydzień był dość nietypowy, bo z przerwą w środku, związaną ze Świętem Niepodległości, którym żyła cała sieć. I to nawet nie tyle samym świętem, które nieco przeszło bokiem, co marszem. Mam wrażenie, że większość czekała na filmy z latającą kostką brukową i zawiodła się, że kibole biorący udział w pochodzie byli nad wyraz spokojni i tym razem nie doszło do zamieszek. Co działo się w internecie poza memami z tłumem trzymającym race?

33 wskazówki, które ułatwią Ci życie: jeśli w trakcie podróży planujesz wynajmować hotel. Bardzo pomocny tekst z wieloma wskazówkami i radami, które faktycznie sprawiają, że noclegowanie poza domem jest bardziej komfortowe.

Chomiks wrócił! Jak byłem w liceum, trafiłem kiedyś w sieci na mega zabawny komiks z ciętym dowcipem, którego głównymi bohaterami były chomiki. Symbolizujące braci Kaczyńskich. Nie jestem ani wyjątkowo pro-PO, ani specjalnie anty-PIS, te rysunki są po prostu śmieszne, tak że cieszę się, że format wrócił.

Polski Bus przestał być tani i komfortowy: a zaczął być irytujący, nieprofesjonalny i naciągający. Zwłaszcza w kwestii wiecznie niedziałającego wi-fi. I to już dawno, dawno temu. Również nie polecam tego allegrowicza.

Marsz niepodległości jest zjawiskiem klasowym, a nie nacjonalistycznym: nie do końca trafny, ale bardzo ciekawy, i przede wszystkim dobrze napisany, komentarz do środowego Święta Niepodległości.

14 przekąsek z Nowego Jorku: im więcej widzę czyichś relacji z Wielkiego Jabłka, tym większa zazdrość we mnie wzbiera i motywacja do tego, żeby w końcu uzbierać hajs i zaplanować tę podróż. Zwłaszcza, że można popróbować tam takich delikatesów.

Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki: spodziewalibyście się, że to powiedziała Meryl Streep? Nie byłem jakimś jej przesadnym entuzjastą, ale po tym artykule chyba zacznę.

Omówienie kolejnej części „50 twarzy Greya”: tym razem „powieści” o zaskakującym tytule „Grey”, w której przemielona na wszystkie sposoby historia pokazana jest oczami typa rozmawiającego ze swoim penisem. Komentarz Pawła Opydo zdecydowanie lepszy niż „książka”.

Typowe Seby na Marszu Niepodległości: nie mogły jebać Tuska, nie mogły jebać PO, więc jebały TVN. Mimo, że to Polsat.

Narodowcy vs DzienniarkaUdostepnijcie bo wygryw mocny :D

Posted by Nitrozyniak on 11 listopada 2015

 

Co, gdyby faceci zachowywali się jak laski? W trakcie podrywu w klubie? Na randce? Albo w ogóle? Przepiękna zamiana ról.

Jak zakamuflować się przed policją? Gdy na przykład chcesz w spokoju wypić browarka na Wisłą? Muszę wypróbować to w terenie.

Hiding from cops like

Posted by Black Comedy on 8 listopada 2015

 

Klip tygodnia: Białas pojawia się w tym miejscu drugi tydzień z rzędu, ale z tak dobrym kawałkiem nie ma się co dziwić. Świetnie technicznie poskładany, dojrzały, autorefleksyjny tekst podany na dość minimalistycznym bicie, przesuwającym środek ciężkości utworu na wagę słów. Nawet Paluch w tym kawałku wypada ponadprzeciętnie. W napięciu czekam na płytę!

Fanpage tygodnia: cholera, naprawdę nie wiem jak sensownie i precyzyjnie opisać ten profil. To ani nie zbiorowisko memów, ani nie baza kotów, ani nawet nie satyryczne rysunki. „Museum of internet” to… to… to po prostu Muzeum Internetu.

 

Ogłoszenie parafialne: to ostatnie wydanie „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”. Po ponad roku tworzenia tego cyklu, przestałem czuć zajawkę na kontynuowanie go, aa nie pozwoliłbym sobie na to, żeby cokolwiek na tym blogu było niechcianym obowiązkiem, więc zamykam CPI. Format się wyczerpał, formuła się zużyła i czas na coś nowego. Temat sieciowych aktualności nie zniknie na dobre, powróci w zmienionym kształcie, ale w tej chwili nie mogę jeszcze powiedzieć kiedy. Aczkolwiek będzie to powiązane z nabyciem nowego telefonu.