Close
Close

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta

Skip to entry content

Anita zawsze chciała mieć słonia. Czemu akurat słonia? A czemu akurat, nie? Co to w ogóle za pytanie? Masz coś do słoni, zwierzęca rasistko? Gdyby chciała mieć kanarka też zadałabyś takie pytanie? No, to jak już kwestię uprzedzeń mamy za sobą, to wróćmy do tematu.

Anita zawsze chciała mieć słonia. Gdy rodzice w wieku 5 lat zabrali ją do cyrku i zobaczyła z jaką siłą, z jaką pewnością siebie, z jaką mocą porusza się nieco starszy brat Dumbo, wiedziała, że to zwierzę dla niej. A z wiekiem ta pewność tylko się pogłębiała. Widząc na imprezach u znajomych roszczeniowe, do niczego nie nadające się, rozłożone na kanapach – jakby ich ciało miało dosłownie zacząć się rozkładać – koty, dostawała migreny, na którą był tylko jeden skuteczny sposób – ćwiartka wódki. Z kolei ciągle śliniące się i wiecznie brudne, łaszczące się o choćby plasterek szynki, psy, przyprawiały ją o niestrawność i na samą myśl o tym, że miałaby skończyć z podobnym we własnym mieszkaniu, zatykała usta ręką, żeby nie pobrudzić prawie oryginalnych Louboutinów z OLX. Nie mówiąc już o zjadających własne odchody chomikach, czy będących tylko na pokaz rybkach. Po co komu zwierzę, którego nawet nie można pogłaskać? Nigdy nie mogła tego zrozumieć. Podobnie jak wzoru skróconego mnożenia.

Za to słoń! Słoń to jest coś! Wielokrotnie fantazjowała, że ujeżdża go w diamentowym diademie królowej betonowej dżungli, a wszyscy ludzie bez wyjątku – od korpoludzi, przez rycerzy ortalionu, po hipsterów – kłaniają się przed nią, widząc jak majestatycznie wygląda dosiadając największego ze ssaków. Setki razy wizualizowała jak sunie na nim przez miasto, ten wydaje z siebie ryk tłukący szyby w oknach, a wszystkie wytapirowane cizie w Matizach usuwają jej się z drogi, truchlejąc przed potęgą jej słonia. Albo jak bierze go na Mazury i przy zejściu do Śniardwego oblewa ją wodą ze swojej gigantycznej trąby, a ona błyszczy w słońcu odbijającym się od kropel spływających po jej idealnie opalonej, jasno-mahoniowej skórze, w trakcie tego, jak zarzuca włosami na prawo i lewo naśladując dziewczyny surferów z 90210. Albo po prostu, że spoko byłoby mieć słonia, bo lubi duże zwierzęta.

Rzeczywistość jednak podeptała wyobraźnię Anity, jak wujek Zdzisiek jej palce u stóp na ostatnim weselu. A w zasadzie nie rzeczywistość, tylko konformizm. Jej konformizm. I wygodnictwo.

Wiesz ile wymagań trzeba spełnić, żeby legalnie móc posiadać słonia w Polsce? Nie wiesz? Spoko, Anita też nie wie, bo zanim doszła do kwestii formalnych, przerosły ją kwestie techniczne. A mianowicie brak własnego domu z hektarem ziemi, żeby mogła tam trzymać swojego Trąbalskiego. Nie, że temat nie do ogarnięcia, czy coś, bo mogłaby po prostu to M2, a w zasadzie to kawalerkę z osobną sypialnią, co dostała od starych po obronie sprzedać i kupić na obrzeżach miasta coś z ogródkiem. No, ale trochę zachodu by było.

Co więc zrobiła nasza pasjonatka egzotycznych stworzeń z leniwcem na ramieniu, szepcącym jej do obu uszu? Wzięła kota.

Po pierwsze, kota nie trzeba było sprowadzać z Afryki. Po drugie, żeby mieć kota, nie musiała sprzedawać mieszkania w śródmieściu. Po trzecie, kot był tańszy w utrzymaniu. Po czwarte, robił mniejsze zniszczenia w trakcie rui. Po czwarte, jej najlepsza przyjaciółka była uczulona na słonie. Po piąte, co by powiedziała rodzina? Po szóste, o kota nie musiała się starać, bo sam przyszedł pewnego letniego popołudnia wskakując przez balkon do jej M2 na parterze. To znaczy do kawalerki z osobną sypialnią. I było jeszcze 1745 wymówek, dla których Anita wybrała mniej angażującą na starcie opcję, mimo, że nie do końca zaspokajała jej potrzeby i nie była tym, czego faktycznie chciała. Poza tym, przecież tyle jej koleżanek miało koty, czyżby wszystkie były nieszczęśliwe? Czyżby wszystkie się myliły? Niemożliwe. To pewnie tylko kwestia czasu, aż i ona się przekona, przejrzy na oczy i zobaczy, jakie koty są zajebiste.

Ale czas mijał, a jej podejście się nie zmieniało.

Już od pierwszego dnia z futrzakiem, mimo, że mięciutki, i słodziutki, i na samojebkach dobrze wychodzi, myślała o trębaczu. Jednak wmawiała sobie, że na radykalną zmianę jest już za późno, więc próbowała półśrodków. Zaczęła od rozmów z kotem na temat jego nawyków i zachowań, sugerując, że zamiast skradać się na palcach jak wystraszone dziecko, mógłby dostojnie stąpać jak drwal. Na przykład Tomasz Drwal. Albo zamiast piszczeć jak ciota, gdy coś mu się dzieje,  wziąłby się zebrał w sobie i ryknął. Albo nie lizał sobie jajek przy gościach, tylko polał się wodą jak już tak bardzo chce dbać o higienę. Ale kot był głuchy na jej sugestie, a gdy podnosiła głos, za cholerę nie wiedział, czego ta popieprzona baba od niego chce. W końcu był kotem i miał cały świat tam, gdzie wczorajszy Whiskas.

Nasza bohaterka nie poddawała się i cały czas szukała jakiegoś sposobu, żeby usłonić sierściucha. Zaczęła od mało inwazyjnych rzeczy, typu zwracanie się do niego per „słoniu” i szeptanie mu w trakcie snu jak duży i silny jest, i jak długą ma trąbę, licząc, że przez parahipnozę połączoną z programowaniem neurolingwistycznym, udaj jej się jakoś wpłynąć na jego podświadomość, tak by mentalnie zmienił gatunek. Później wjechała już z grubszym kalibrem, farbując mruczkowi sierść na szaro, doklejając mu do pyszczka słonie uszy i trąbę i próbując go ujeżdżać. Jednak kot niezłomnie szedł w zaparte i nie chciał się ugiąć, dewastując słoniową doklejkę pazurami i chowając się pod meblami przy próbie jazdy na jego grzbiecie. Pozytywna strona tej sytuacji był taka, że Anita mogła odpuścić odkurzanie na jakiś czas.

Po 6 miesiącach życia w ciągłym braku akceptacji, kot w końcu się wkurwił i uciekł.

Bo kot to kot, a słoń to słoń i jakich zaklęć byś nie użyła, to jeden nie przemorfuje w drugiego. Podobnie jest z facetami. Albo nie chcesz się wysilać przy poszukiwaniu partnera i bierzesz kanapowego leniwca wraz z wszystkimi jego przywarami, albo wiesz, że nie wytrzymasz codziennego patrzenia jak rośnie mu mięsień piwny i angażujesz czas i energię, rozglądając się za kimś, kto spełnia Twoje potrzeby, a nie tylko jest. Tak samo w drugą stronę, jeśli wzięłaś sobie imprezowego lwa, dla którego weekend bez urwanego filmu jest bardziej bolesny, niż polskie komedie romantyczne, to nie rób scen, że powinien siedzieć z Tobą w domu i oglądać „Plebanię”, bo widziały gały co brały.

Wielu laskom wydaje się, że wezmą sobie kolesia, który akurat się nadarzył i w miarę da się na niego patrzeć, a potem wymodelują sobie z niego mężczyznę swoich marzeń, jakby był jakąś paczką plasteliny. Nie. To tak nie działa.

Nie wkręcaj sobie, że przy Tobie się zmieni, nie łudź się, że masz taką moc sprawczą, by przebudować fundamenty jego osobowości, nie zakochuj się w jego potencjale. I przede wszystkim, nie oszukuj się, że łatwiej na mężczyźnie trwale wymusić pożądane zachowania i reakcje, niż znaleźć takiego, który po prostu je przejawia sam z siebie. Mimo, że dotarcie do takiego może kosztować Cię sporo wysiłku, to porównując to z ciągłą irytacją i niezadowoleniem w życiu codziennym, i tak wychodzi na OGROMNY plus. Zdecydowanie prościej jest stworzyć warunki do hodowania słonia, niż wymusić na kocie, by nagle słoniem się stał.

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta. Na innego.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tinker*Tailor loves Lalka
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Myśl przewodnia znana od wieków, ale… w nowej, obrazowej szacie dobranych słów! Aż czuć trąbę tego Słonia, jak klepie nią po tyłku Anity. Aż czuć ból kociego futra, które po pół roku już nie było tak miłe i miękkie, bo ile można tarzać się w kurzu na niewycyklinowanym parkiecie?
    Może ten obraz podziała.. Może zrozumieją..
    Może zaczną się szanować? Kochać? Probować? Naprawiać?
    Niech na ćwierć tysiąca związków – obojętnie czy są ze sobą od wczoraj, czy już nie pamiętają od kiedy – choć jeden, choć te dwa, w odmiennej płci głowach, mózgi pokażą błyskiem oka i ściśnięciem dłoni, że są z kosmosu i nie widzą pośród ludzkich istot, nikogo bardziej idealnego dla siebie nawzajem. W pełni świadomi, że sielankę może przerwać cieknący nagle olej, przepalone druty łączące ramiona z palcami, czy wypadające oko podczas zbyt niskiego i szybkiego przelotu poduszkowcem nad śpiącym psem, uwiązanym na migotającym bladym płomieniem łańcuchu…
    Pięknie opowiedziane. Link z tekstem, którym będę strzelać do innych galaktyk… Póki co z ręcznie zrobionej procy. Ale marzy mi się czołg :D
    Pozdrawiam :)

  • Genialne. Po prostu.

  • Takie proste a jednak takie trudne. Dlaczego bierzemy kota choć chciałybyśmy słonia? Bo czas leci a pod ręką jest tylko kot? Bo jakoś nie wypada nie mieć w Polsce męża a znów pod ręką tylko kot? Bo kotów jednak jest więcej w Polsce niż słoni? Bo mylimy miłość z zauroczeniem? Bo nie sprawdzimy się w codziennym życiu i kłopotach przed ślubem? Bo jak jest już po ślubie nawet ze słoniem to jako matka Polka czujemy się w obowiązku, że to my sprzątamy, my gotujemy, my pierzemy i jakimś sposobem nasz słoń zamienia się w kota?

  • Dot

    Genialny tekst!! Zgadzam się w 200% z tym, co napisałeś :)
    Ludzie (choć w większości dotyczy to kobiet) bardzo często wiążą się z kimś i już na samym wstępie, widząc jego/jej wady, mówią: „trochę nad tym popracuję i się zmieni, już nie będzie tego robić”. Ale tak to nie działa. Jeśli od wielu lat mamy jakieś swoje przyzwyczajenia, robimy kawę czy herbatę w ten, a nie inny, sposób, nie wyobrażam sobie, że nagle mielibyśmy to zmieniać tylko dlatego, że komuś to nie pasuje. Zawsze mówię, że albo akceptujemy drugą osobę w całości (z jego wszystkimi zaletami, wadami i przyzwyczajeniami), albo wcale. Nie da się połowicznie. A przynajmniej nie ma to sensu.

    „Rzeczywistość jednak podeptała wyobraźnię Anity, jak wujek Zdzisiek jej palce u stóp na ostatnim weselu.” xD Biedna Anita…

    „zwracanie się do niego per „słoniu” i szeptanie mu w trakcie snu jak duży i silny jest, i jak długą ma trąbę, licząc, że uda jej się jakoś wpłynąć na jego podświadomość, tak by mentalnie zmienił gatunek.” Hahaha, chciałabym widzieć tą przemianę gatunkową :D

  • „Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta. Na innego” – to moje powiedzenie. I dlatego absolutnie się z tym zgadzam :)

  • Bardzo ładnie napisane i trafiłeś w sedno ofc.

  • Święta racja – jak pokochałaś słonia to kotu trąby nie dorobisz w imię swojej wyimaginowanej miłości :) Weź se słonia i traktuj jak słonia a skoro wzięłaś kota to traktuj jak kota :)

  • Czautari

    Jak zawsze w punkt! To mi przypomniało dialog sprzed wielu lat. Znajoma właśnie zmieniła stan cywilny i spytała mnie, jako tej mężatki z jakimś tam stażem:
    – Męża sobie trzeba wychować, jak ty to robisz?
    Najpierw mnie zatkało, co rzadkie, bo pyskata jestem jak mało kto, a potem wypaliłam:
    – A po cholerę, jakbym chciała kogoś wychowywać, tobym dziecko kurde belek urodziła lub adoptowała!
    Od dobrych kilku lat są w separacji, gościu jakoś tak nie poddał się wyrafinowanym metodom wychowawczym …

  • Ola

    Jako doświadczona starsza czytelniczka ;-) z jednym się nie zgodzę: nie widziały gały co brały. Tzn owszem, widziały to co na zewnątrz, ale wnętrze wychodzi latami; podczas zagrzewania miejsca u kobiety. Im lepiej i pewniej samiec się czuje tym bardziej pokazuje swoje wady. To działa w dwie strony oczywiście. I zarówno w wyglądzie jak i charakterze.

  • Czyli trzeba po prostu być sobą, bo co jak co, ale kot się słoniem nie stanie nawet jakby bardzo tego chciał :) pielęgnowanie zalet własnej osobowości jest kluczem, a kiedy dwoje osób jest ze sobą nie po to żeby kogoś mieć, ale stawać się jeszcze lepszą parą ludzi i dawać tej drugiej osobie to co z Ciebie najlepsze to w ogóle staje się bajecznie :) nic tak nie uszczęśliwia jak patrzenie jak kanapowy kot wyrasta na drapieżną pumę ;)

    • A co do kotów, to my z Lich się trochę w tym temacie orientujemy :P

  • kind of magic

    „nie zakochuj się w jego potencjale” – dla mnie clou tego rewelacyjnego tekstu. Chyba właśnie odkryłeś sedno moich problemów z facetami. Dzięki serdeczne!

    • Ale właśnie kobiety ciągle to robią. W sumie to nie dziwne, bo skoro kręciły by się koło kogoś kto już osiągnął sukces, to by tylko słyszały że są „dziwkami, które lecą za nim bo jest sławny/bogaty/przystojny’ etc, ot polskie kochane społeczeństwo.

      • kind of magic

        Ja myślę, że po prostu mamy tendencje do idealizowania. Wypełniamy nim niedobór szczęścia lub zwyczajnie poddajemy się naszej naiwności. Poza tym, wokół mężczyzn, o jakich wspomniałeś, kręcą się zazwyczaj tylko bardzo pewne siebie kobiety, pozostałe szukają „niższych progów” :).

        • Chodziło mi bardziej o to, że clou o którym wspomniałaś jest właśnie bardzo mylące. Bo w czym ma się zakochiwać kobieta? W jego ładnej buźce która będzie przez następne parę lat czy może raczej w tym jak traktuje swoich rodziców? W tym jak dba o swoje życie i jakie ma cele?

          Ja wolę zakochać się w kobiecie za to, kim chce być, jak traktuję innych, jak traktuje siebie i jakim jest człowiekiem – bo to jest potencjał do tego, że życie z taką osobą będzie przyjemne. Zakochiwanie się w „teraźniejszych” rzeczach związanych z ładną buźką, kształtnym tyłkiem, emocjonalnym seksem jest chyba mało rozsądne i w sumie chyba niezbyt wartościowe… :)

          • kind of magic

            Tak jest! Mam nadzieję, że jest Was takich więcej ;). W każdym razie chodzi o to, że potencjał to troszkę za mało. Ja z tego tekstu wyciągnęłam dla siebie wniosek, że mężczyzny nie należy traktować jak sukienki przymierzanej w sklepie – ” W sumie to nie mój rozmiar, niepasujący kolor i krój też nie jest w moim typie, ale tu się skróci, tu poprawi, na to założę koc i będzie jak ulał”. Przede wszystkim należy patrzeć na to, jaki ktoś jest, a nie, jaki mógłby być, gdyby… :)

          • Wiesz, ja nie mówię że nie patrzę na urodę, tyłek itd bo zaprzeczyłbym samemu sobie :D Chodzi mi o to, że patrze na potencjał i każdy z ludzi powinien to robić. Widzę że mój partner/partnerka pije na codzień coraz więcej alkoholu? Pomagam. Ale co, jeśli to nie pomoże? Mam nie patrzyć na jego „alkoholowy potencjał” bo przecież jeden bloger napisał że przecież to w życiu i dlugoletnich związkach na całe lata się nie liczy? No proszę was :D Tak samo jest z dobrymi rzeczami – jeśli widzę że moja dziewczyna lubi wstać z rana i zrobić mi kawkę do łóżka, robi małe rzeczy w przeciągu całego roku, to wolę to dużo bardziej niż widok jednego wielkiego prezentu na urodziny a później całkowitej obojętności. Potencjał leży po stronie tej pierwszej i nikt mi nie wmówi, że mam na to nie patrzeć.

  • marta

    Nie wiem jak macie wy, ale ja mam podstawowe wymagania jeśli chodzi o faceta. Musi mieć „to coś”, nadawać na podobnych falach, mieć swoje zdanie i dobre poczucie humoru i potrafić stworzyć ze mną drużynę składającą się z dwóch osób. Ktoś mi kiedyś powiedział żebym obniżyła poprzeczkę, bo będzie mi ciężko.Próbowałam, ale jak chodziłam na te randki to myślałam że umrę z nudów.Nie zrobiłam tego, bo miałam wrażenie że za dużo jest juz kobiet które mają swoje wymagania na poziomie „oby nie bił”:D. pracowałam nad tym żeby rozumieć tą drugą osobę. Nie każdy myśli jak my, dlatego warto rozmawiać i zadawać pytania. Bycie w związku to praca dwóch osób, żeby w przyszłości było wam łatwiej (nawet kot uczy się załatwiać do kuwety, żeby po nim nie sprzątać w innych miejscach;)). Takie jest moje skromne zdanie, że jednym z celów istnienia człowieka jest praca nad sobą. Jeżeli masz jeszcze tą drugą osobę, która zamiast obrabiać Ci tylek za plecami coś Ci delikatnie sugeruje i to nie ze względu na swoją wygodę tylko żeby Ci w przyszłości było łatwiej, to warto to docenić:)

  • Erykah La Rocca

    No, to wreszcie ktos mi łopatologicznie (i absolutnie jest to komplement!) wyjaśnił a czemuż to po 5 latach pozornie dobrego związku nagle jebło, jak grom z jasnego nieba, i już! :) Jasne to, i wszystkie poradniki o tym piszo: nie próbuj zmieniać partnera, pomyśl, jak trudno zmienić samego siebie, a cóż dopiero drugo osobę! No to ja to wszystko wiedziałam. Ale ta sucha wiedza w żaden sposób nie dała rady uspokoić mego skołatanego serca. Az do dziś! Przekurkawypas tekst! :) Jestem szczęśliwa! I co tam – kocham Cię! :))

  • Grechuta

    „Po co komu zwierzę, którego nawet nie można pogłaskać? Nigdy nie mogła tego zrozumieć. Podobnie jak wzoru skróconego mnożenia.” jakbym był kobietą to bym napisał, że Cię kocham a tak tylko napisze, że super tekst!

    • Szkoda, że nie jesteś kobietą, ale i tak dzięki!

      • Daria Piech

        To ja napiszę, że Cię kocham!

  • Joanna Wu

    Janku świetny tekst! Zarówno mężczyzna jaki i kobieta potrafią sie zmienić ale tylko jeśli są w odpowiednim związku z odpowiednia osoba. Wtedy oboje pracujemy dla siebie, nad sobą i nad związkiem wiec w jakimś stopniu wzajemnie sie zmieniamy. Ale brutalna prawda jest taka, ze jeśli brało sie szkło to nie ma co oczekiwać, ze nagle zmieni sie w diament…albo słonia :D

  • Wow, jestem pod wrażeniem jak świetnie potrafisz taką zwykłą, prostą radę wpleść w taką historię :D
    Btw ja zawsze chciałam mieć żyrafę i wciąż to rozważam :D <3

    • Dzięki, dzięki (ja cały czas myślę o pandzie)!

  • Emilja

    Ludzie zmieniają się tylko wtedy, kiedy chcą. Amen :)

  • Wiesz co, zgodzę się, że nie zmieni się fundamentalnych rzeczy. Ale małe zmiany? Nie znam wieloletniego związku, w którym kobieta nic nie chce zmienić w facecie:P I odwrotnie:) No może przez pierwsze kilka miesięcy, ale potem? Podejrzewam, że masz na myśli całkowitą zmianę osobowości, ale tekst „widział gały, co brały” niestety słyszałam wcześniej jako głupią wymówkę w niektórych sytuacjach:)

    • „Małe zmiany” typu „nie wrzucaj brudnych skarpetek od razu do pralki, tylko do siatki z brudnymi rzeczami” to jest zwykłe dogadywanie się i ustalanie jakichś reguł wspólnego życia, ale nie ma to związku z celowym ingerowaniem w czyjąś osobowość, czy światopogląd :)

      • Joanna Wu

        Jak wszędzie zdarzają sie przypadki i sama znam taki. Znajomy, nałogowy gracz oraz imprezowicz, przeżył cudowna zmianę (zobaczymy na jak długo) gdy poznał swoja obecna małżonkę. Puki co jest dzidziuś, jest żonka, jest szczęście, nie ma granska i wódy. Idylla trwa 2 lata. Wiec albo trafił na odpowiednia osobę, albo banka rośnie i któregoś dnia jak pierdyknie…

      • Znam trochę par, w którym partnerzy zmienili się całkowicie, ale raczej z własnej woli niż pod naporem drugiej osoby. Może po prostu wyrosły ze swoich gówniarskich zwyczajów i to by się stało także poza związkiem:) Skarpetki to akurat mały pikuś:)

  • czesuch

    Myślę, że masz rację mówiąc, że faceta nie zmienisz (zresztą kobiety też nie). Jednak według mnie facet może sam się zmienić i po części dopasować się do swojej partnerki (która też dopasowuje się do swojego faceta), na przykład pod względem sposobu spędzania wolnego czasu lub nawet zainteresowań. Nie należy jednak zakładać, że to się stanie, bo być może akurat dany facet nie polubi jogi o poranku czy zakupów ;)
    Z drugiej strony, nie ma ludzi idealnych i nastawianie się, że znajdzie się wymarzoną, perfekcyjną, dobrze wyglądającą osobę (i że do tego jeszcze będzie nas chciała) jest trochę naiwne. Każdy ma wady.

    • Aleksandra Muszyńska

      Facet może się zmienić,ale nie na siłę. Pamiętam jak moja koleżanka usiłowała oduczyć swojego mężczyzny chlania coca-coli. Metodami inwazyjnymi oczywiście, czyli zero coli w ogóle. No to facet w domu potulnie pił wodę z cytrynką, a za rogiem domostwa odpalał puszkę za puszką. Ne do końca o to chodziło, jak tuszę.

    • „Jednak według mnie facet może sam się zmienić i po części dopasować się do swojej partnerki (która też dopasowuje się do swojego faceta), na przykład pod względem sposobu spędzania wolnego czasu lub nawet zainteresowań” – tu mówimy o tym, że ludzie wpływają wzajemnie na siebie i oczywiście tak jest, bo każda osoba, z którą przebywamy ma na nas wpływ, a my na nią, ale to się dzieje samo z siebie, nieintencjonalnie i jest czymś innym, niż świadome, celowe dążenie do wywołania w partnerze pożądanych, z góry założonych zmian.

  • Aleksandra Muszyńska

    Dobra konwencja i metafiora :).
    W całej rozciągłości zgadzam się z treścią tekstu, aczkolwiek podnoszę skromnie, że drobne rzeczy typu brak skarpet rzucanych na ziemię da się wypracować na dobrym i podatnym materiale :).Z urodzonymi flejami pewnie jest trochę oporniej.
    Dodam tylko dyskretnie, że to zasada wyrażona w tekście działa w obie strony. Jeśli już facetowi udaje się „przerobić” partnerkę na swoją modłę, wzór i podobieństwo, to zazwyczaj jest ona w takim układzie mocno nieszczęśliwa i albo tkwi w nim z obawy przed samotnością, albo po jakimś czasie po prostu spieprza zakosami.
    Z przykładów na pograniczu ekstremum – zawsze mnie trochę wzrusza naiwność dziewczyn, które biorą sobie do wspólnego pożycia jakiegoś uroczego bizona w żonobijce, który regularnie spuszcza im manto- po czym z uporem godnym lepszej sprawy twierdzą, że „on się dla mnie ZMIENI,bo mnie KOCHA”. Dziubuś, jeśli zdzielił cię raz, to należ wziąć pod pachę piżamkę oraz szczoteczkę i po prostu spierdzielać, zahaczając po drodze o Policję albo prokuraturę.
    Ale wiem, że to nie są proste historie, bo zdarzają się skurwysyny, które potrafią na dodatek wmówić lasce, że bez niego do nawet po bułki do Lewiatana nie zajdzie; że nikt normalny się nią nie zainteresuje i w ogóle jak bije to znaczy, że kocha, więc podporządkuj się, locho jedna, bo zaraz poprawię ci z drugiej strony.
    Często podobnie rzecz ma się z heavy nałogowcami typu alkoholik, narkoman, hazardzista, spożywacz Haribo, cokolwiek równie inwazyjnego. Złotko! On się nie zmienił dla swojej mamusi i dla panów policjantów, którzy go zatrzymywali za wybryki nieobyczajne po pijaku. Szanse na nagłą iluminację i powrót na jasną stronę mocy trzeba liczyć w promilach i naprawdę wiem, że miłość jest gorsza niż sraczka i trzyma kamieniem przy tym facecie – ale szkoda marnowania życia na taką egzystencję.
    Inaczej pewnie sprawy wyglądają ma w momencie, gdy nałóg jest rzeczą nabytą w czasie związku z powodu jakiejś tragedii życiowej. Wtedy pewnie łatwiej się z tego wychodzi jednak razem niż osobno.

    • Joanna Wu

      posunęłabym sie dalej i powiedziała, ze czasem to strach przed samotnością czy niedowartościowaniem trzymają mocniej niż miłość. I niestety wiele kobiet myli miłość z dwoma wymienionymi. Been there done that…niestety. Dla mnie chyba jednak najgorszym przypadkiem jest uzależnienie finansowe od faceta. Cos co w dzisiejszych, wyzwolonych czasach wydaje sie nieprawdopodobne, a jednak nadal sie zdarza.

      • Aleksandra Muszyńska

        Mój największy koszmar senny i najlepszy motywator do pracy.

        • Ja się czasami zastanawiam, w jaką desperację może popaść kobieta by żyć z mężczyzną który rzuca skarpety na ziemie i nie zastanawia się że to źle wygląda i jest słabe.

          No ale może żyję w jakiejś innej rzeczywistości…

          • Aleksandra Muszyńska

            Hm. Rozumiem, że porzuciłbyś z głośnym hukiem mądrą, piękną i ambitną dziewczynę o ciekawych zainteresowaniach dlatego, że np . zostawia na stole brudny kubek po herbacie? Zamiast sugerować bardziej bądź mniej delikatnie, że może by jednak do zmywarki? Sama nie wiem, czy zazdrościć Ci nieprzebranego najwyraźniej zasobu nieskazitelnych kandydatek, czy współczuć natręctw.

          • Porównujesz kubek do brudnych i często śmierdzących skarpet pozostawianych na środku podłogi? Nie przesadzajmy, bo szczerze powiedziawszy nie chodziło mi o rzecz tylko o coś więcej. Pewnych nawyków człowiek się już nie oduczy i w sumie po takich małych rzeczach druga osoba może zobaczyć, z kim tak naprawdę jest.

            PS zresztą, zacznijmy od tego czy facet zostawiający tak skarpety jest mądry, przystojny i ambitny, bo jakoś szczerze w to wątpie. Przykro mi, ale jestem facetem który docenia małe rzeczy i większe wrażenie zrobi na mnie częsta mała kawa zrobiona przez dziewczynę z rana niż jeden wielki prezent na urodziny, by później przez 364 dni zapomnieć o tej osobie ;)

          • Dot

            „jestem facetem który docenia małe rzeczy i większe wrażenie zrobi na mnie częsta mała kawa zrobiona przez dziewczynę z rana niż jeden wielki prezent na urodziny, by później przez 364 dni zapomnieć o tej osobie ;)” O, to miło z Twojej strony :)

    • Dot

      Zgadzam się z wszystkim, co napisałaś!

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu

Skip to entry content

Słyszałeś to całe motywacyjne pieprzenie o wychodzeniu ze strefy komfortu? O tym, że gdy nie przekraczasz swoich granic, nie rozwijasz się? Że robiąc tylko to, co już znasz i umiesz, nie wydostając się poza obszar emocjonalnego bezpieczeństwa, skazujesz się na monotonię i nudę? A magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu? Słyszałeś, co? Ja też i z miejsca chciałem podpisać się pod petycją o zdelegalizowanie coachingu i rozwoju osobistego. Ale zacznijmy od początku.

Pamiętam jak w piątej klasie podstawówki miałem grać drzewo w szkolnym przedstawieniu. Tak, drzewo. Niezbyt wymagająca rola, co? Ja to jednak widziałem zdecydowanie inaczej. Widziałem CAŁĄ SZKOŁĘ, przed którą miałem wystąpić i wiedziałem, że CAŁA SZKOŁA będzie mnie oceniać. Czy mam dość przekonujący strój, czy trzymam właściwą pozę i ogólnie, czy nie robię z siebie debila, co w tamtych czasach było istotniejsze, niż w dzisiejszych zastanawianie się, czy będę miał jak zapłacić za mieszkanie. Trzy tygodnie przed występem stała się tragedia. Nauczycielka organizująca teatrzyk stwierdziła, że będę mówił czterowersową kwestię. Czujecie? Miałem wyjść przed ten szwadron dzieciaków gotowych mnie rozszarpać i wypominać do końca życia najdrobniejsze potknięcie, i wyrecytować im aż cztery wersy! Niewykonalne!

Gdyby kłębki były wrzącym kwasem gotującym się w garnku, który zaraz ulegnie rozkładowi i doprowadzi do tego, że kuchenka wraz z całą instalacją gazową eksploduje, wysadzając przy tym połowę dzielnicy, mógłbym powiedzieć, że w tamtym okresie byłem kłębkiem nerwów.

Nie wiem, czy to kwestia zaniżonej samooceny, problemów z poczuciem własnej wartości, gargantuicznej nieśmiałości, czy po prostu tego, że byłem dzieckiem, ale czułem się tak bardzo niegotowy, jak tylko to możliwe, do występowania przed kimkolwiek oprócz mojej mamy. Tydzień przed przedstawieniem zacząłem mieć problemy ze snem, a dzień przed zacząłem modlić się o tak szumnie zapowiadany koniec świata, który miał przyjść w 2000 roku i trochę się spóźniał. Mimo mojej ówczesnej głębokiej wiary w moc sprawczą modlitwy, nic takiego się nie stało.

Nie miałem wyboru, musiałem pójść do tej cholernej szkoły, przebrać się za to pieprzone drzewo i wydusić z siebie te cztery wersy na oczach wszystkich. Kwadrans przed wygłoszeniem swojej kwestii zemdlałem.

Tracenie przytomności jest mało przyjemnym uczuciem, zwłaszcza, gdy masz 11 lat i kompletnie nie wiesz, co się dzieje z Twoim ciałem i świadomością. Stoisz pośród ludzi, tak jak stałeś wcześniej i nagle obraz zaczyna się ściemniać, ale nie że na sali robi się ciemniej, tylko tak jakby kineskop w przedpotopowym telewizorze zaczął się wyłączać – w ultra zwolnionym tempie, to na co patrzysz zaczyna pokrywać czerń. To samo dzieje się ze słuchem. Głos człowieka, który stoi tak blisko, że stykasz się z nim ramieniem zaczyna się oddalać, od-da-lać, oood-daaa-laaać, maaasz wraaa-żeee-nieee, żeee kaaaż-dyyy dźwięęęk jeeest cooo-raaaz daaa-leeej oood Cieee-bieee iii zwaaa-lniaaa. Aaaż zniii-kaaa zuuu-peeeł-nieee. I przestajesz słyszeć cokolwiek.

Gdyby problem z odbieraniem bodźców ze świata nie był wystarczająco przerażający, to dochodzi do niego zanik możliwości poruszania swoim ciałem. Chcesz podnieść rękę, żeby przetrzeć oczy i naprawić szwankujący wzrok, ale masz wrażenie, że odinstalował Ci się sterownik albo przynajmniej zdeaktualizował, bo kończyna unosi się jak w zatartym przez piach, nienaoliwionym robocie. Z nogami to samo. Chcesz nimi poruszyć, żeby wydostać się z tego pomieszczenia i odzyskać kontakt ze światem na otwartej przestrzeni, ale stoją w miejscu. A w zasadzie to przestają trzymać pion, jakby ktoś zaczął z nich spuszczać powietrze i teraz całą energię i procesy życiowe skupiasz na tym, żeby nie wyłączyło im się zasilanie i żebyś nie wylądował z twarzą na posadzce.

Bardzo, bardzo nieprzyjemne. Mniej więcej tak nieprzyjemne, jak gdy ktoś powala Cię na ziemię uderzeniem w tył głowy, trzy osoby Cię kopią po żebrach, a jedna okłada metalową rurką. Też nie wiesz, co się dzieje i czy dotrwasz, aż się skończy.

Po tym incydencie już nigdy nie chciałem publicznie występować przed nikim. W żadnych pieprzonych spektaklach, na żadnych cholernych jasełka, ani na żadnych posranych olimpiadach, czy – nie daj boże, w którego właśnie przestałem wierzyć – konkursach recytatorskich. W gimnazjum nie było z tym problemów, bo mieliśmy aspołeczną wychowawczynię, która absolutnie nie była gotowa do pracy z młodzieżą, więc kontakt z nami ograniczała do niezbędnego minimum i żeby nie brać odpowiedzialności za jakiekolwiek nasze działania, wymiksowywała udział naszej klasy z wszelkich nadprogramowych czynności. Co odbiło się również tym, że w ciągu 3 lat nie byliśmy na ani jednej wyciecze. Ale nie miałem z tym problemu. Cieszyłem się całym sobą, że ominął mnie koszmar publicznych wystąpień.

W liceum, dzięki wybraniu zdecydowanie nieekstrawertycznej klasy matematycznej,  trauma udziału w szkolnych przedstawieniach również mnie ominęła, jednak sytuacja zmieniła się na studiach. Raz, że od przygotowywania prezentacji na zaliczenie nie dało się już uciec i kilka razy w semestrze trzeba było przed tych 30-40, a czasem nawet i 70 ludzi wyjść i świecić oczami, a dwa, że po wyprowadzce z domu musiałem mieć z czego żyć. Więc musiałem zacząć zarabiać. Więc musiałem znaleźć pracę. Więc musiałem zacząć chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. A to kurewsko stresowało.

Potrzebowałem kasy na mieszkanie i jedzenie, i to potrzebowałem jej bardzo, bo mimo, że jestem mistrzem sztuki przetrwania, to wciąż daleko mi do Beara Gryllsa, a tym bardziej do Jezusa, żeby wytrzymać miesiąc bez szamy. Jaki skutek uboczny dawała ta paląca potrzeba? Stres. A w zasadzie to cały kokon ze stresu, który szczelnie mnie owijał tuż przed spotkaniem rekrutacyjnym. Często, a raczej niemal zawsze, wypadałem na rozmowach dużo poniżej swoich możliwości i nie byłem w stanie zaprezentować w pełni swoich umiejętności i wiedzy, bo nerwy zżerały mnie jak hiena świeże truchło, tuż po jego znalezieniu. Nienawidziłem tego i, na tyle na ile to możliwe, robiłem wszystko, by od tego uciec.

Może to zabrzmieć absurdalnie, ale sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy postanowiłem zająć się blogowaniem.

Pewnie zastanawiasz się, co ma pisanie internetowego pamiętnika w zaciszu uwitego z fotela, poduszki i koca gniazdka, do przemawiania ze sceny i wystawiania się na ocenę publiczności? Ano to, że najlepsi blogerzy występują jako prelegenci na kilkuset osobowych konferencjach. A ja nigdy nie chciałem być któryś z kolei, niezależnie czym się zajmowałem, jeśli było to moją pasją i robiłem to z autentycznej zajawki, zawsze chciałem być pierwszy. Jeśli czymś faktycznie się jarasz, nie chcesz być w tym przeciętny, skupiasz się na tym, żeby być najlepszy. Dążysz do doskonałości. Miałem więc prosty wybór, albo odpuścić blogowanie, albo przełamać swój paraliżujący strach przed publicznymi wystąpieniami.

Biorąc pod uwagę, że wciąż piszę, a Ty czytasz te słowa, chyba wiesz jaką decyzję podjąłem?

Pamiętam jak w 2012 roku pojechałem pierwszy raz na Blog Forum Gdańsk, nikogo nie znałem, wszystkiego się bałem, a gdy niespodziewanie zobaczyłem Andrzeja Tucholskiego potrzebowałem 20 minut, żeby zebrać się w sobie i powiedzieć „cześć, jestem Janek i cię czytam”. Od pierwszej prezentacji, którą zobaczyłem na tej imprezie, wiedziałem, że któregoś dnia to ja będę przemawiał do tego tłumu ludzi i tłumaczył niejasne zagadnienia z pozycji eksperta. No dobra, nie wiedziałem, ale bardzo chciałem. Chciałem być asem, a nie jopkiem w tej grze. Perspektywa bycia jednym z najlepszych łechtała moje ego i nakręcała, ale wizja skupienia na sobie spojrzenia setek oczu przerażała do szpiku kości, przyprawiając o przyspieszoną akcję serca, mokre dłonie i gęsią skórkę.

Śledzenie każdego ruchu, każdego słowa, każdej mikroekspresji mimicznej, wyczulenie na każdą zmianę tonu głosu przez tylu ludzi, przerażało mnie, tak jak przeraża spotkanie samotnego małego dziecka po zmroku na cmentarzu. Wielu rzeczy w życiu się bałem, ale to było dla mnie jak zrobienie krzyżowych nacięć na całym ciele i wrzucenie do akwarium z piraniami. Czułem, że gdybym był na miejscu osób, które podziwiałem siedząc na widowni, z miejsca dostałbym zawału.

Dałem sobie 2 lata, żeby przełamać ten strach.

Zajęło mi to jednak trochę dłużej. Po 3 latach wystąpiłem jako jeden z panelistów na Blog Forum Gdańsk, co było tylko połowicznym wykonaniem postawionego sobie celu, bo w trakcie panelu dyskusyjnego uwaga rozkłada się na wszystkich uczestników i również dobrze mógłbym w ogóle się nie odzywać, a pewnie i tak mało kto by to odnotował. Misja w pełni wykonana została dopiero po 3,5 roku. W zeszłą sobotę byłem prelegentem na Blog Conference Poznań i po otwarciu wydarzenia prowadziłem prelekcję dla jakichś 300 osób.

Ja, niegdyś dzieciak, który w podstawówce zemdlał, gdy miał przebrany za drzewo wyjść do równieśników i powiedzieć durny czterowersowy wierszyk, teraz przez pół godziny występowałem przed pełną salą w zupełnie obcym mieście, dzieląc się wiedzą. Łouł!

To nie przyszło samo, to nie przyszło znikąd. Oswajanie się ze stresem kosztowało mnie morze czasu i ocean energii. Pokonywanie ciągle wizualizującej się sceny jak tracę przytomność w trakcie prezentacji, albo jak w podczas wypowiedzi nagle zapominam kolejnej kwestii, zacinam się i nie mogę odblokować, a cała sala ryczy ze śmiechu, było dla mnie kolosalnym wysiłkiem. Wysiłkiem, którego przecież nie musiałem podejmować. Mogłem stwierdzić, że występy publiczne nie są mi pisane, pogodzić się z tym i poświęcić ten czas na przeglądanie Kwejka i oglądanie po raz 16-ty wszystkich sezonów „Dr House’a”. Zdecydowanie przyjemniej byłoby siedzieć w tym czasie w swoim bezpiecznym gniazdku i gapić się w monitor, niż narażać się na krytykę, kpiny i negatywną ocenę, występując na uczelniach, próbując swoich sił na Slamach Poetyckich, i sprawdzając się na lokalnych, mniejszych konferencjach, przed każdą z nich walcząc na śmierć i życie ze zdenerwowaniem, niepewnością i brakiem wiary we własne siły.

Czy w takim razie było warto? Biorąc pod uwagę, że każdy z tych kroków przybliżał mnie do upragnionego celu, który w końcu osiągnąłem, to…

TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK!

Wiesz, co było najlepsze w przełamaniu się na tak dużą skalę? Nie to, że gdy skończyłem mówić dostałem brawa. Nie to, że po prelekcji kilku uczestników powiedziało, że otworzyłem im oczy lub zmieniłem spojrzenie na jakąś kwestię. Nie to, że od osób, z których opinią się liczę usłyszałem, że poszło mi świetnie. Nawet nie to, że moi bliscy byli ze mnie dumni. To wszystko oczywiście było super i podbijało moje samozadowolenie pozwalając unieść się na wysokość trzeciego piętra, ale coś innego było dużo istotniejsze.

Efektem nie do przecenienia była świadomość, że mogę pokonać samego siebie!

Wiedza, że nie muszę godzić się ze stanem zastanym, że niedziałający element w sobie mogę zmienić, że to nie jest tak, że jestem uszkodzony i nic się nie da zrobić, dała mi skrzydła, na których wzleciałem na wysokość wieżowca. Nie mam zapędów, żeby zostać teraz zawodowym mówcą, czy w ogóle wodzirejem, bo zdecydowanie wolę pisać, ale świadomość tego, że gdybym chciał, byłbym w stanie to zrobić, jest jak zobaczenie swojego miasta z lotu ptaka, będąc wcześniej tylko naziemnym obserwatorem jednej ulicy. Wywraca perspektywę, jak przejście z geo do heliocentrycznego układu planet. Udowodnienie sobie samemu, że rzecz, która wcześniej wydawała Ci się kategorycznie niemożliwa, jednak jest to zrobienia, bo właśnie jej dokonałeś, jest jak zdobycie klucza, który otwiera wszystkie drzwi. To hipereuforia, to ucementowanie poczucia własnej wartości, to empiryczne przekonanie się o posiadaniu mocy sprawczej. Trudno opisać to uczucie słowami, żeby to w pełni zrozumieć, trzeba go doświadczyć.

Magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu. Długo myślałem, że to pieprzenie. Teraz wiem, że to prawda.

---> SKOMENTUJ

13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa

Skip to entry content

Pamiętasz te czasy, kiedy najmocniejszym pociskiem w stronę kolegi z klasy było nazwanie go głupkiem? Gdy nie tytułowało się ludzi wulgarnymi określeniami narządów rozrodczych? Tylko najwyżej kapuścianymi łbami? Ani nie kazało im się uprawiać stosunków płciowych, gdy przegięli i nas zdenerwowali, ale zalecało spadanie na drzewo? Mimo, że za dzieciaka dochodziło do konfliktów równie często, co za doroślaka, jeśli nie częściej, to nie były one tak brzemienne w skutkach. Czy to ze względu na słownictwo? Chyba nie, ale i tak wolałbym słuchać ówczesnych kłótni, niż tych aktualnych.

Dziś dzień dziecka, czyli święto nas wszystkich, przypomnij sobie jak czule kiedyś potrafiliśmy się obrażać. Przed Tobą 13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa.

1. Przeżywasz jak mrówka okres – wjeżdżamy z grubej rury! Nikt, ale to absolutnie nikt z chłopaków w tamtych czasach nie wiedział czym jest rzekomy „okres”, ale jakoś przyjęło się, że jak porównujesz kogoś do robaka, to poprzedzające to określenia, też muszą być ostrym pojazdem.

2. Turlaj dropsa – i bynajmniej nie było to jeszcze bardziej zawoalowane „zarzuć piksę”. Raczej zabawniejsze „wal się”.

3. Ciebie robił! – uniwersalna riposta na każdy obraźliwy epitet.

– Boże, jak ty wyglądasz… wystroiłaś się jak szafiarka!
– Ciebie robiła!

Działa cały czas, co?

4. Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu braknie – czyli prosto i treściwie zobrazowane „nie kozacz”, rzucane zazwyczaj, gdy ktoś się popisywał lub przechwalał, a dało się wyczuć, że to co mówi może się rozmijać z prawdą.

5. Dwóch na jednego, to banda Łysego – nigdy nie udało mi się ustalić personaliów Łysego i tego, czemu jego ekipa tak często była wymieniana przy okazji podwórkowcych konflitków. Jeśli ktoś dysponuje takimi informacjami, to proszę o kontakt.

6. Spier-papier! – dziś już nikt tak pięknie nie mówi, żebyś się oddalił.

7. Nie pokazuj języka, bo ci krowa nasika – nikogo z moich kolegów nigdy nie dosięgnęło to proroctwo, i podejrzewam, że nikogo z Twojej paczki również, jednak wszyscy i tak traktowali tę wróżbę jako przepowiednię krótkiego terminu realizacji i bardzo sprawnie ów język przestawali pokazywać, panicznie wypatrując na horyzoncie zbliżających się krów.

8. Kto się przezywa, sam się tak nazywa – jeszcze bardziej uniwersalne, niż „ciebie robił”. Odbija każdy atak skuteczniej, niż dziecko Anny Kurnikovej z Jerzym Janowiczem, wychowywane przez siostry Williams.

9. Nie do rymu, nie do taktu, wsadź se palec do kontaktu – gdy ktoś beształ Cię tak wyszukaną rymowanką, jasne było, że dalsze brnięcie w wyzywaninę nie ma sensu, bo, a nuż, okaże się, że ma zacięcie rymotwórcze i w kolejnej rundzie zrymuje coś z Twoim nazwiskiem. A wtedy pewne byłoby, że rym do tego, co napisane jest przy numerze Twojego mieszkania na domofonie, zostałby już na zawsze Twoim przezwiskiem. Przezwiskiem, którego z pewnością nie chciałeś mieć.

10. Po nazwisku, to po pysku – tu już mieliśmy większe prawdopodobieństwo realizacji niż w przypadku klątwy z wołowiną, jednak paradoksalnie oponent jeszcze gorliwiej wypowiadał sformułowania, na które reagowaliśmy w ten sposób.

11. Coś ci spadło… [po chwili lub gdy druga osoba spytała „co?”] ciśnienie w majtkach – do dziś nie wiem co to tak naprawdę znaczyło, ale ciężar gatunkowy obelgi miał mniej więcej tę samą wagę, co obecnie zasugerowanie, że ktoś ma problemy ze wzwodem.

12. Jakbym miał taką twarz, to bym się uczył na niej siadać – pojazd po bandzie, jedna z najobraźliwszych obelg jaką stosowało się w dzieciństwie. Dostać takim hasłem przy kumplach, to jak stanąć gołą stopą na klocku Lego. Niby niepozorne, niby nikt się nie spodziewa, a boli jak cholera.

13. Chyba ty! – stosuję do dnia dzisiejszego. Zawsze się sprawdza.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog
---> SKOMENTUJ