Close
Close

Przekraczanie granic niejedno ma imię…

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Skyn®

Ruda

Ooo, stary, widziałeś tę Rudą? – zapytał wyjątkowo retorycznie Marcin. Czy jest ktokolwiek w tym pomieszczeniu, kto jej nie widział? Heh, pomieszczeniu… czy jest ktokolwiek w promieniu kilometra, kto jej nie widział? Czy to w ogóle możliwe nie zauważyć kogoś takiego jak ona? Nawet w worze pokutnym i bez makijażu wyglądałaby jak królowa imprezy, skupiając na sobie wzrok wszystkich facetów, a dziś jest odstrzelona jak na studniówkę, z bezwietrznie falującymi włosami, krwistą szminką na ustach i sukienką niedającą wymazać z pamięci tego, jak kosmiczne ma nogi. NASA jest już w drodze. Odkąd tu weszła, nie robię nic innego, tylko analizuję jakich mamy wspólnych znajomych i co musiałoby się stać, by któryś z nich nas w miarę naturalnie i przypadkowo zapoznał, a ten mnie pyta, czy ją widziałem. Tak, kurwa, widziałem ją, Marcin.

– No.

– Ale sztuka, człowieku, ogień!

– No, dobra jest.

– Dobra? Okulary ci zaparowały? To jest najlepsza laska w całym Poisonie! Idę na parkiet ją ogarnąć!

– Spoko, powodzenia.

– Dawaj ze mną! Ta jej koleżanka w leginsach też dobra.

– Nieee, nie mam dziś nastroju. Poza tym mam jeszcze browara.

– A co ci browar przeszkadza? Aaa, zresztą jak chcesz. Ja idę – wcale nie chciałem. Wcale nie chciałem zostać w loży i wcale browar mi nie przeszkadzał. Przeszkadzały mi moje kompleksy, rozbuchana wstydliwość i brak pewności siebie. Jej koleżanka była dobra. Była bardzo dobra, ale ja byłem zły, a podejście do niej, zresztą nie tylko do niej, podejście do jakiejkolwiek dziewczyny na tej cholernej osiemnastce i zaczęcie jakiejkolwiek interakcji poza „przepraszam, mogę przejść?”, było ponad moje siły. Bo przeszywał mnie paraliżujący, ale to naprawdę paraliżujący lęk przed odrzuceniem. Nie będę Wam tu rozbudowywał alegorii na 3 strony maszynopisu, żeby zobrazować, jak bardzo nie byłem w stanie tego zrobić. To po prostu było ponad moje siły, dobra? Dlatego wolałem udać, że najbardziej zjawiskowa dziewczyna w klubie nie robi na mnie wrażenia i siedzieć smutno przy piwie, udając, że świetnie się bawię. Kolejny raz.

Baletnica

– Dobra, podbijamy do nich! – mamy podejść do zupełnie obcych, w dodatku atrakcyjnych, dziewczyn, w publicznym miejscu ot tak? Wiem, że są juwenalia, plener i w ogóle, ale przecież my ich nie znamy. O czym będziemy z nimi rozmawiać? Wezmą nas za jakichś dziwaków albo nie wiem, zboczeńców. Głupi pomysł.

– Ty, no ale co im powiemy? Przecież ich nie znamy.

– To poznamy. O to chodzi w imprezach, nie? Że ludzie się poznają.

– Ty, no ale to będzie dziwnie wyglądać, że wyskoczymy do nich jak filip z konopi. Ani razem nie studiujemy, ani nie mamy jakichś wspólnych ziomków, ani jednym autobusem nawet nie jeździmy.

– Jak ci to pomoże, to pomyśl, że wszyscy pochodzimy od tej samej małpy. Albo, że jesteśmy z plemników tego samego Adama i jajeczek tej samej Ewy, jak jesteś wierzący. Albo, że kaszlemy drobnoustrojami w to samo powietrze, to na dobrą sprawę jakbyśmy się już całowali. Zresztą, jak potrzebujesz pretekstu, żeby zagadać do dziewczyny, to powiedz, że to zakład. Nie zagadasz to stawiasz kratę. A jak dalej chcesz wymyślać sobie wymówki, to od razu wstąp do zakonu, bo i tak cię czeka życie w celibacie.

– No dobra, ale co mówimy?

– Mówimy „cześć”.

– „Cześć”?

– Ty mówisz „cześć” do Baletnicy, ja do Wysokiej i dalej samo idzie – nie poszło. Nie poszło tym razem, nie poszło następnym i jeszcze następnym też nie. Mówiłem to cholerne „cześć” i kompletnie nie wiedziałem co dalej. Mam spytać „co tu robisz”? To chyba najgłupsze zdanie jakie można wypowiedzieć do człowieka spotkanego na imprezie. No, raczej nie szydełkuje. To co w takim razie? „Co studiujesz”? Jeszcze gorzej, pomyśli, że jakiś wywiad środowiskowy robię. Wszystko, co przychodziło mi do głowy po tym cholernym „cześć”, wydawało mi się idiotyczne i przez to, że mówiłem to absolutnie bez przekonania było idiotyczne. W efekcie po wymianie kilku równoważników zdań zapadała tak krępująca cisza, że skuty kajdankami czułbym się bardziej swobodnie. To uczucie ułomności towarzyskiej było okropne, przyprawiając o większą potliwość niż smażenie się w 45-stopniowym upale, jednocześnie przyspieszając akcję serca jak solidna ściecha, co skutkowało tym, że każda próba podrywu była równoznaczna ze stanem przedzawałowym. Ale mimo porażek i tak było to lepsze niż oglądanie, jak wszystkie okazje do poznania kogoś interesującego bezpowrotnie przelatują mi przed oczami jak odjeżdżający pociąg.

Monika

Te dwie? – „te dwie”, jak szczegółowo opisał je Paweł, były na oko 25-letnimi bezzmarszczkowymi brunetkami w nieco niedostosowanym do aktualnej pory roku odzieniu, które przyszły na piwo, żeby w spokoju pogadać o pasjonującym temacie z gatunku „co tam u ciebie?” i średnio mają ochotę na interakcję z kimkolwiek. To znaczy, tak zapewne bym uznał te 9 lat temu, panicznie bojąc się odrzucenia przez kobietę i szukając jakiejkolwiek wymówki, byleby nie narazić się na dezaprobatę. Tyle, że już nie miałem 18 lat, a zlewki typu „nie dzisiaj”, „sorry, ale mam chłopaka”, „za wysokiej progi chłopcze”, czy, najgorsza z możliwych, brak reakcji, robiły na mnie mniejsze wrażenie niż informacja o bezpiecznym usuwaniu pendrive’a. Zbyt daleko przesunąłem granicę pewności siebie, utwardzając sobie skórę na takich sytuacjach, żeby lęk przed negatywną opinią przypadkowej osoby mógł blokować mnie przed poznaniem jej. Poza tym, to były najładniejsze dziewczyny jakie widzieliśmy tego wieczoru, więc nie darowałbym sobie, gdybyśmy przepuścili szansę na rozmowę z nimi.

– Te dwie.

– Z czym wychodzimy?

– Może z tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej?

– Że chcę się obciąć na łyso i czy to dobry pomysł?

– No, laski uwielbiają doradzać w takich sprawach, połowa z nich uważa, że mogłyby pracować jako stylistki.

– Moja eks była przekonana, że jest wyrocznią modową i zawsze ładowała się ze mną na zakupy.

– No, to dajemy!

– Dajemy! – no i daliśmy! To znaczy, one nam dały! Swoje numery telefonów. Zaczęliśmy od tego pytania o opinię, chwilę się z nimi podroczyliśmy, potem przeszliśmy od fryzur do ciuchów, potem do filmów, potem do muzyki, potem do podróży, potem do jedzenia, potem znowu do filmów, a potem do tego, że w mojej książce adresowej pojawiło się nowe 9 cyfr podpisanych jako „Monika”. 9 cyfr, które kiedyś wydawały mi się poza horyzontem zdarzeń, których mógłbym być autorem. Wydawało mi się, że tak się robi na filmach, że tak się opowiada w anegdotkach, że takie sytuacje gdzieś tam i kiedyś tam występują, ale nie przy mnie. A jeśli już, to z perspektywy trzecioosobowego obserwatora usadzonego w ciemnym kącie, a nie głównego bohatera kształtującego ich przebieg. Nie jest to zdobycie 8-tysięcznika, czy okrążenie kuli ziemskiej kraulem, ale wciąż, to pokonanie samego siebie. Przekroczenie swoich ograniczeń, dające poczucie hipereuforii i przekonanie, że „mogę wszystko”. Arcy uskrzydlające przekonanie.

Skynfeel™ Apparel

CROPPED SKYNFEEL 1971

Nie piszę o tym przypadkowo. Tak jak ja wielokrotnie przekraczałem swoje mentalne granice, żeby móc żyć w sposób jaki chce, pokonując wewnętrzne ograniczenia, tak sportowcy pokonują ograniczenia swojego ciała, przekraczając granice swoich możliwości, aby osiągać wyniki, o których marzą. Zwłaszcza tego lata mamy sporo okazji, by to obserwować. Skyn® również przygląda się tym wydarzeniom i w ramach niecodziennego, i dość śmiałego, eksperymentu przekroczył granice technologiczne, by umożliwić sportowcom uzyskiwanie jeszcze lepszych rezultatów.

O co chodzi?

Marka zaprosiła do współpracy Pauline van Dongen – projektantkę mody specjalizującą się w „wearable technology”, czyli „technologii nadającej się do noszenia” – by opracowała innowacyjny strój sportowy przyszłości – Skynfell™ Apparel – który będzie lekki, cienki, miękki i pozwoli poczuć wszystko. Przy pracy nad prototypem stroju wykorzystano najnowsze technologie oraz poliizopren, z którego Skyn® tworzy swoje produkty, przenosząc tym samym materiał do produkcji prezerwatyw z sypialni na bieżnię.

Brzmi abstrakcyjnie i cudacznie? To zobaczcie jakie są efekty tego eksperymentu.

Skakałbym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Cristina Souza
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • ka

    gdy mowa o tym pierwszym kroku, którym przekracza się granicę między kobietą a mężczyzną, przypomina mi się michał szatiło, który pisał z jednej strony:

    „niech mój czar pulsuje, aż do niej dotrze, ale też nawet kiedy to zrobi, to wciąż nie zmieni to tego, że najtrudniejsza do przekroczenia granica świata nie leży pomiędzy stanami zjednoczonymi a meksykiem i nie dotyczy przemytnika usiłującego wwieźć kilkusetgramową torebkę koksu. najtrudniejsza do przekroczenia granica jest wypełniona powietrzem, które oddziela mężczyznę od kobiety. jego usta od jej ust. jego ciała od jej ciała.”,

    ale i zawsze też dodawał jedną z najprostszych i jednocześnie najcenniejszych rad, że „słaby kontakt z płcią przeciwną mają osoby, które poświęcają za mało czasu na kontakt z płcią przeciwną. kropka.”

    • Jak najbardziej się zgadzam z adnotacją, że jest też istotne jaki jest to kontakt, bo miałem kolegę, który miał bardzo częsty, wręcz nieustanny kontakt z płcią przeciwną, jednak zawsze oscylowało to w granicach „strefy przyjaźni”, przez co nawet doczekał się ksywki „wieczny kolega”, bo jego rola w kontaktach z kobietami ZAWSZE sprowadzała się do bycia kumplem.

  • Dot

    „po wymianie kilku równoważników zdań zapadała tak krępująca cisza, że skuty kajdankami czułbym się bardziej swobodnie” Uwielbiam Twoje porównania :)

    „To zobaczcie jakie są efekty tego eskeprymentu” literówki ;)

  • Te męskie kompleksy właśnie naiwnie leczą moje. Całe życie jestem tą, która tańcząc w klubie z koleżanką za chwilę tupta sama, bo koleżankę znowu porwał jakiś kolega (są to różne koleżanki, nie jedna) Albo tą,co to do niej nigdy nikt nie zagadał o numer czegokolwiek. Teraz dzięki temu wpisowi mogę sobie imaginować w główce, że byłam tak onieśmielająca, że faceci pili browary i patrzyli na moje kocie ruchy zamiast podejść. A nie jak dotychczas, że jestem paskudną paskudą z paskudnym charakterem.

  • Skyn, to ci od kondonów :)? Zrobią lateksowy strój do biegania?

    • Tak, prezerwatywa to inaczej kondom i jak widać na załączonym filmie, już zrobili :)

      • Monima

        Ale nie pękają podczas biegania? :)

    • Wojciech

      Właśnie cały dynks polega na tym, że nie lateksowy, tylko z poliizoprenu (aka sztucznej gumy / kauczuku), tego samego, z którego wcześniej zrobili gumki dla osób nie lubiących / uczulonych na lateks.

      Na mój gust te klapki w stroju mogą podpadać pod doping technologiczny, ale to już temat na inną dyskusję :D

      • Ciekawe, czy będzie wersja z wypustkami :D

  • S.

    Sporo facetów ma takie kompleksy. Też kiedyś miałem. Widziałem kiedyś eksperyment gdy kobieta udawała przez parę miesięcy mężczyznę by wtopić się w męskie towarzystwo i lepiej zrozumieć facetów. Jak przyszło do podrywu na imprezie to po fakcie doszła do wniosku, że nigdy wczesniej się tak nie stresowała jak w momencie gdy trzeba było podejść do obcej kobiety i nawiązać rozmowę.
    Pomijam fakt, że przy okazji udawała faceta bo to dodatkowy stres ;)

  • Aż trudno uwierzyć, że miałeś takie kompleksy. Tak czy owak teksty piszesz zajebiste :)

  • Monika

    Po pierwsze primo: my się naprawdę znamy? Pytam nie bez przyczyny, bo…:
    a) mam na imię Monika,
    b) mój numer też ma 9 cyfr… sic!
    Sorry, Janek, ale – serio – nie pamiętam Naszego spotkania za nic… Tzn. znałam kiedyś pewnego Janka….ojj, jak ja go znałam!, ale on – w odróżnieniu od Ciebie – mieszkał i mieszka nadal w stolycy.

    Po drugie primo: czytałam historię z wypiekami (tak, tak, pracuję w piekarni) i czekałam na tę ekscytującą „sytuację”, w której dokonasz PRODUCTplacementu. Jakież było moje zdziwienie, jak ni z gruszki, ni z …y przeczytałam o ciuchach… Byłam do ostatnich literek przekonana, że będzie o gumkach nowej generacji… zaprojektowanych przez kobietę..ku przestrodze, bo wakacje, bo wiadomo: i że Cię nie opuszczę aż do końca turnusu…
    A tu taki surprise…
    Ehh….
    Nic to – i tak jesteś genialny i Cię uwielbiam – już teraz nie tak zbowu skrycie :)
    Pozdrawiam!

    PS naprawdę tylko ja miałam taką myśl…?

    • I teraz nie wiem, czy dalej ciągnąć intrygę, że może nie pamiętasz i w ogóle ciemno było, czy jak na końcu odcinka „Pitbulla”, wstawić planszę, że „wszelka zbieżność występujących bohaterów z faktycznymi jest przypadkowa” .

      • Monika

        Kurka… zabiłeś mi ćwieka… Tak sobie teraz siedzę i siedzę, myślę i myślę, i… cholera- może bym i mogla Ci się po pijaku spodobać (Twoim pijaku,rzecz jasna). Czasami wszak odbieram takie sygnały z otoczenia.
        No no…

        No ale ja tak sobie tu dywaguję i się zamęczam, a koniec końcow i tak się okaże, że to czysta ściema. Ot, palcoweczka w najczystszej postaci. Wszak miała być Milena, ale omsknął się, spracowane palce obliczyły, że nie opyla się sięgać po Backspace’a i tak oto została Monika – ona tam w tekście, a ja tu – rozgoryczona, zła i sfrustrowana na wieki wieków.
        Aaa odniosłeś się jedynie dlatego, bo kręcą Cię gorące chałki.

        Więc lepiej pozostańmy w kręgu niedopowiedzeń. Amen

        • www.citrrus.wordpress.com

          Monika, ale Ty jesteś błyskotliwa i dowcipna! bez ironii, uśmiechnęłam się czytając komentarze. :)

          • Monika

            Skoro bez, to dziękuję – bardzo mi miło :)
            Ot, szczęście początkującego :)

  • Eeee, ok. W sensie, że oprócz tego że pierwsza historia ma się do wprowadzenia Skyna troszkę jak muzycy z Queen śpiewający na inauguracji prezydenta Trumpa, tak śmieszy mnie pewna hipokryzja, która tutaj pewnie za chwilę się wydarzy.

    Jeśli ta historia, którą opisałeś na początku historii jest prawdziwa – gratulacje. To nie jest łatwe i chyba każdy facet przez to przechodzi.

    Ale później czytam takie teksty jak http://www.vice.com/pl/read/kurs-uwodzenia-kobiet-relacja i zastanawiam się – gdzie istnieje ta granica hipokryzji mówiąca „Wow, nauczyłeś się podchodzic do obcych lasek, świetne!” a „Goście uczą się podchodzić do obcych lasek, co za frajerzy xDDDD”

  • Grechuta

    Wstęp genialny, a dalej równie dobrze, świetny tekst!

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Czemu ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”?

Skip to entry content

Mijający tydzień upłynął pod hasłem „Pokemon GO” i wszystkiego co z tą grą związane, moja tablica na Facebooku była zalana Charizadrami, Bulbazaurami i Pikachu’ami (nie mam pojęcia jaka jest poprawna liczba mnoga od tego żółtego chomika). Informacje o zamachach we Francji i Turcji z ledwością zdołały się przebić przez artykuły o tym, że na autostradach w USA powstają karambole, bo ludzie w trakcie jazdy samochodem łapią wirtualne potworki, powodując wypadki. Artykuły fikcyjne, dodajmy. Właściciele lokali gastronomicznych zdążyli już wykorzystać potencjał nowej mody, umieszczając wabiki na Pokemony w swoich knajpach, ściągając tym samym graczy chcących je złapać. Wabiki wirtualne, przypomnijmy. Świat oszalał.

Mimo, że gra jest oficjalnie dostępna w Polsce dopiero od kilkudziesięciu godzin, a wcześniej żeby ją pobrać na swój telefon i odpalić, trzeba było sporo się napocić, ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Odwołanie się do dzieciństwa

Jestem z rocznika ’88 i gdy byłem w podstawówce kreskówka o Pokemonach biła rekordy popularności. Jej fabuła już wtedy była dla mnie dość infantylna, co nie przeszkadzało mi jarać się walkami potworków, trenowaniem ich i ewoluowaniem na kolejny poziom. I wczuwać się, że to ja, a nie Ash Ketchum (główny bohater anime), mam kopiącego prądem gryzonia i łapię inne do pokeballi. Mając tak emocjonalnie naładowane tło historyczne za sobą, gra nie mogła nie odnieść sukcesu. Gdyby dzisiaj ktoś masowo wypuścił odświeżone klik-klaki albo jojo z aplikacją na smartfony, pozwalającą zapisywać wyniki i chwalić się nimi na Fejsie, też z miejsca by siadło.

Ludzie są zbieraczami

W podstawówce zbieraliśmy karteczki z „Króla Lwa” i tazo z „Gwiezdnych Wojen”. Na studiach wpisy w indeksie i butelki na wymianę. Teraz odznaki na Foursquarze, pary na Tinderze i lajki, gdzie tylko się da. Nic dziwnego, że jako gatunek uznaliśmy zbieranie wirtualnych zwierzątek za coś ekscytującego. W końcu to kolejna płaszczyzna, na której możemy mieć czegoś więcej niż inni.

To kolejna moda

Czemu coś jest modne? Bo ludzie to robią. Czemu ludzie to robią? Bo jest modne. Z „Pokemon GO” jest tak samo. Po prostu poleciała kula śnieżna, która zwiększa swoją masę, dopóki nie stopnieje. Świetny tego przykład mieliście w zeszłym tygodniu z „Prismą” – aplikacją do zdjęć. Poleciała fala profilówek przerobionych tym filtrem po mediach społecznościowych, po czym niemal całkowicie zniknęła. W ciągu kilku dni. Zresztą, jeśli ktoś był w stanie wmówić ludziom, że chodzenie w zniszczonych spodniach, wyglądających jak ściągnięte z bezdomnego, jest fajne i brać od nich za to gruby hajs, to nie wiem czemu jakakolwiek gra miałaby się nie przyjąć.

Poszerzona rzeczywistość

Poprzednie argumenty to były straszaki, teraz wjeżdża gruby kaliber. „Pokemon GO” jest pierwszą grą, która tak sensownie wykorzystuje „augmented reality”, czyli „poszerzoną rzeczywistość”.

Z Wikipedii: Rzeczywistość rozszerzona (ang. Augmented Reality) – system łączący świat rzeczywisty z generowanym komputerowo. Zazwyczaj wykorzystuje się obraz z kamery, na który nałożona jest, generowana w czasie rzeczywistym, grafika 3D. Istnieją także zastosowania wspomagające jedynie dźwięk (jak aplikacja RjDj na iPhone).

Na przykład, użytkownik AR może za pomocą półprzezroczystych okularów obserwować życie toczące się na ulicach miasta jak również elementy wytworzone przez komputer nałożone na rzeczywisty świat.

Co to oznacza? Że gra nie jest w komputerze, czy telefonie, a Ty z zewnątrz oglądasz ją na monitorze, czy wyświetlaczu. Gra jest na całej powierzchni świata rzeczywistego – na Twoim osiedlu, pod Twoim blokiem, w Twoim spożywczaku i w stołówce Twojego miejsca pracy. Wszędzie! Obszar gry to wszystko co widzisz na około siebie swoim własnymi oczami, a Ty jesteś w samym środku rozgrywki!

Idziesz na autobus, patrzysz na drogę przez kamerę w swoim telefonie i widzisz, że za przystankiem jest rzadki Pokemon trawiasty, którego możesz złapać, jeśli jeszcze trochę się do niego zbliżysz. Przechodzisz obok piekarni i dostajesz powiadomienie, że w pobliżu jest inny zwierzak, którego chcesz złapać, okazuje się, że siedzi w środku, przy ladzie. Idziesz na spacer wokół ulubionego stawu, a tu na molo podobna sytuacja. To nie Ty wchodzisz do gry, to gra weszła do Twojego świata i wypełniła go, dokonując symbiozy tego co wirtualne i rzeczywiste. No powiedz, że to nie jest zajebiste? Dla mnie totalny odlot! Przyszłość, to dziś!

To nie pierwsza gra, która wykorzystuje „augmented reality”, bo dużo wcześniej pojawiały się apki bazujące na tym systemie, ale „Pokemon GO” jako pierwszy robi to tak angażująco. Dlatego ludzie zwariowali na jego punkcie.

---> SKOMENTUJ

Czy faktycznie „sztuczne cycki” to zło?

Skip to entry content

Jakoś tak się utarło, że operacja plastyczna powiększania piersi jest czynnością godną napiętnowania i żadna „porządna” kobieta nie powinna jej robić. A jak już zrobi, to nie powinna o niej mówić. Bo to przecież „sztuczne cycki”, a wszystko co nie jest „naturalne”, czyli nie ma swojego bezpośredniego źródła w łożysku matki natury, jest złe. Nie bez powodu jest tu tyle cudzysłowów, bo wszystkie te pojęcia są umowne, a ich wydźwięk i użytkowe znaczenie zależy od tego jak dane społeczeństwo się umówi. Nasze umówiło się, że ingerencja w biust jest beee i nie powinniśmy my tego robić. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że najbardziej nagłośnione przypadki tego zabiegu były najbardziej skandalizujące, nastawione na tanią sensację i zdobywanie popularności bazując na najniższych instynktach, przez co kolejne wciąż są postrzegane przez ich pryzmat. A mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby najbardziej medialnymi operacjami nie były te wykonywane ze względów estetycznych, ale w celu rekonstrukcji piersi po przebytych operacjach onkologicznych.

Wróćmy jednak do meritum, abstrahując od motywacji stojącej za zabiegiem: czemu „sztuczne cycki” to zło? By móc tak negatywnie ocenić piersi powiększone za pomocą implantów, musielibyśmy w żadnym stopniu nie ingerować w żaden inny aspekt naszego ciała. A czy faktycznie tak jest? Śmiem wątpić. A w zasadzie jestem pewien, że nie.

Zacznijmy od tak błahego przykładu jak zęby. Jest na sali ktoś, kto nigdy nie był u dentysty? Ktoś, kto nigdy nie miał plomby? Jedna osoba? Hmm, w takim razie gratuluję albo wybitnie dobrych genów, albo współczuję ortodoksyjnego podejścia i postępującej próchnicy. No chyba, że jesteś w podstawówce. Wtedy się nie liczy. Wszystkich pozostałych chciałbym uświadomić, że takie działania jak borowanie, a później wypełnianie ubytku amalgamatem, to nie jest coś co natura dała nam przy porodzie i jest genetycznie wpisane w nasz rozwój jak poranny wzwód. To ingerencja w nasze ciało. „Sztuczna” ingerencja. Wybielanie, czy w ogóle wstawianie zębów, również.

Przejdźmy do włosów. Wiecie, że jak Wasze kucyki naturalnie nie są grube, sprężyste i połyskujące, tylko kładziecie na nie odżywki, maseczki i łykacie suplementy diety, żeby takie były, to to jest nienaturalne? I że nikt się nie rodzi z ombre hair na głowie? Wiecie, co nie?

To teraz kolczyki. To już bezpośrednia, mechaniczna ingerencja w Wasze ciała. I o ile przy plombach w zębach i suplementach przy włosach można było użyć argumentu, że to dla zdrowia, tak biżuteria na uszach jest już tylko i wyłącznie dla ozdoby. Kumasz, robisz sobie dziurę w ciele, żeby ładniej wyglądać. Chore! No chyba, że wszyscy tak robią, wtedy kolczykowanie, tak popularne przy znakowaniu zwierząt, jest już normalne. Nawet jeśli dotyczy to małych dziewczynek, które nie zawsze same z siebie proszą o dodatkowy otwór w ciele.

Fitness! Mało, która operacja plastyczna tak zmodyfikuje Ci ciało jak odpowiednie ćwiczenia i odżywki. Z rozmiaru L schudłaś do XS, fałdy tłuszczu zamieniły się w umięśniony brzuch, a płaski tyłek wyewoluował w odwłok Nicki Minaj? Ktoś tu ma chyba konflikt z naturą! Mówisz, że to bez ingerencji skalpela? I co z tego, gdyby bóg chciał, żebyś była chuda, nigdy byś nie przytyła, nie powinnaś podważać jego decyzji.

Laserowa korekcja wzroku? Ohoho, kolego, nie trzeba być psychofanem „Star Treka”, żeby wiedzieć, że laser nie ma nic wspólnego z fauną i florą, nawet jeśli jego druga sylaba kojarzy się z twarogiem od polskiej krowy. Co Ty, mordo, chcesz mieć sztuczne oczy? Jak Ci tak przeszkadza krótkowzroczność, to se załóż pingle, a nie jakieś lasery. Gdzie tu natura? Mówisz, że przy Twojej wadzie grubość szkieł w okularach przekracza grubość denek w słoikach z przedwojennymi przetworami Twojej babci i wygląda to średnio atrakcyjnie? A co Ty, nie wiesz, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze? Poza tym, nie po to tyle książek przepisano alfabetem Braille’a, żeby teraz się kurzyły.

I wjeżdżamy z najgrubszym kalibrem – protezy. Cytując Wikipedię:

Proteza (pgr.[1] prósthesis – zamocowanie, przyłączenie, dodatek [2]) – w medycynie oznacza sztuczne uzupełnienie brakującej części ciała lub narządu[3].

Protezy najczęściej kojarzą nam się z osobami po wypadkach lub kombatantami wojennymi, którzy w tragicznych okolicznościach stracili jakąś część ciała. Jest to zupełnie akceptowalne społecznie, że jeśli ktoś został pozbawiony ręki lub nogi, bądź urodził się bez takowej, nosi w jej miejsce protezę. Mimo, że byłby w stanie żyć bez którejś z kończyn, czy nawet wszystkich, to posiadanie protezy owe życie mu ułatwia i, co ważniejsze, często pozytywnie wpływa na jego samopoczucie. Bo może ubrać parę butów, a nie tylko jednego, długie spodnie i nikt nie patrzy na niego na ulicy jak na okaz w zoo, odzierając go z poczucia własnej wartości.

Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego ktoś chce się czuć dobrze zarówno sam ze sobą, jak i będąc wśród ludzi?

No chyba jednak trzeba, bo wiele osób wciąż postrzega powiększanie biustu jako przejaw tego, że światem zawładnął szatan. Posiadanie dużych, krągłych piersi z pragmatycznego punktu widzenia z pewnością nie jest tak istotne jak posiadanie ręki, ale z psychologicznego mogą być to równorzędne kwestie. Jedne kobiety rodzą się z miseczką E, a drugie z miseczką A i żadna z nich nie musi być tym zachwycona. Jeśli na czyjeś samopoczucie bardzo istotnie wpływa fakt, że natura poskąpiła mu centymetrów w klacie i zdecydowanie lepiej czuł, a w zasadzie czuła, by się, gdyby było ich więcej, to co, nie ma sobie pomóc medycyną estetyczną, bo to wbrew naturze? Karczowanie lasów i stawianie betonowych kloców, w których żyjemy jest wbrew naturze, a nie naprawianie w swoim ciele tego, czego natura nam nie dała.

Spytasz pewnie: a gdy ktoś w cale nie ma małych piersi, a chce mieć jeszcze większe?

To samo, co w momencie, gdy ktoś ma jeden kolczyk, a chce mieć drugi. Gdy ktoś nie ma problemów z nadwagą, a chce być szczuplejszy. Gdy nie ma żółtych zębów, a chce mieć bielsze. Ma protezę dłoni, na którą może nałożyć rękawiczkę, ale chce mieć bioniczną, żeby móc złapać się rurki w tramwaju.

Dopóki ingeruje w swoje ciało, a nie w Twoją przestrzeń, co Ci do tego?

autorem zdjęcia w nagłówku jest *TatianaB*

---> SKOMENTUJ