Close
Close

Przekraczanie granic niejedno ma imię…

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Skyn®

Ruda

Ooo, stary, widziałeś tę Rudą? – zapytał wyjątkowo retorycznie Marcin. Czy jest ktokolwiek w tym pomieszczeniu, kto jej nie widział? Heh, pomieszczeniu… czy jest ktokolwiek w promieniu kilometra, kto jej nie widział? Czy to w ogóle możliwe nie zauważyć kogoś takiego jak ona? Nawet w worze pokutnym i bez makijażu wyglądałaby jak królowa imprezy, skupiając na sobie wzrok wszystkich facetów, a dziś jest odstrzelona jak na studniówkę, z bezwietrznie falującymi włosami, krwistą szminką na ustach i sukienką niedającą wymazać z pamięci tego, jak kosmiczne ma nogi. NASA jest już w drodze. Odkąd tu weszła, nie robię nic innego, tylko analizuję jakich mamy wspólnych znajomych i co musiałoby się stać, by któryś z nich nas w miarę naturalnie i przypadkowo zapoznał, a ten mnie pyta, czy ją widziałem. Tak, kurwa, widziałem ją, Marcin.

– No.

– Ale sztuka, człowieku, ogień!

– No, dobra jest.

– Dobra? Okulary ci zaparowały? To jest najlepsza laska w całym Poisonie! Idę na parkiet ją ogarnąć!

– Spoko, powodzenia.

– Dawaj ze mną! Ta jej koleżanka w leginsach też dobra.

– Nieee, nie mam dziś nastroju. Poza tym mam jeszcze browara.

– A co ci browar przeszkadza? Aaa, zresztą jak chcesz. Ja idę – wcale nie chciałem. Wcale nie chciałem zostać w loży i wcale browar mi nie przeszkadzał. Przeszkadzały mi moje kompleksy, rozbuchana wstydliwość i brak pewności siebie. Jej koleżanka była dobra. Była bardzo dobra, ale ja byłem zły, a podejście do niej, zresztą nie tylko do niej, podejście do jakiejkolwiek dziewczyny na tej cholernej osiemnastce i zaczęcie jakiejkolwiek interakcji poza „przepraszam, mogę przejść?”, było ponad moje siły. Bo przeszywał mnie paraliżujący, ale to naprawdę paraliżujący lęk przed odrzuceniem. Nie będę Wam tu rozbudowywał alegorii na 3 strony maszynopisu, żeby zobrazować, jak bardzo nie byłem w stanie tego zrobić. To po prostu było ponad moje siły, dobra? Dlatego wolałem udać, że najbardziej zjawiskowa dziewczyna w klubie nie robi na mnie wrażenia i siedzieć smutno przy piwie, udając, że świetnie się bawię. Kolejny raz.

Baletnica

– Dobra, podbijamy do nich! – mamy podejść do zupełnie obcych, w dodatku atrakcyjnych, dziewczyn, w publicznym miejscu ot tak? Wiem, że są juwenalia, plener i w ogóle, ale przecież my ich nie znamy. O czym będziemy z nimi rozmawiać? Wezmą nas za jakichś dziwaków albo nie wiem, zboczeńców. Głupi pomysł.

– Ty, no ale co im powiemy? Przecież ich nie znamy.

– To poznamy. O to chodzi w imprezach, nie? Że ludzie się poznają.

– Ty, no ale to będzie dziwnie wyglądać, że wyskoczymy do nich jak filip z konopi. Ani razem nie studiujemy, ani nie mamy jakichś wspólnych ziomków, ani jednym autobusem nawet nie jeździmy.

– Jak ci to pomoże, to pomyśl, że wszyscy pochodzimy od tej samej małpy. Albo, że jesteśmy z plemników tego samego Adama i jajeczek tej samej Ewy, jak jesteś wierzący. Albo, że kaszlemy drobnoustrojami w to samo powietrze, to na dobrą sprawę jakbyśmy się już całowali. Zresztą, jak potrzebujesz pretekstu, żeby zagadać do dziewczyny, to powiedz, że to zakład. Nie zagadasz to stawiasz kratę. A jak dalej chcesz wymyślać sobie wymówki, to od razu wstąp do zakonu, bo i tak cię czeka życie w celibacie.

– No dobra, ale co mówimy?

– Mówimy „cześć”.

– „Cześć”?

– Ty mówisz „cześć” do Baletnicy, ja do Wysokiej i dalej samo idzie – nie poszło. Nie poszło tym razem, nie poszło następnym i jeszcze następnym też nie. Mówiłem to cholerne „cześć” i kompletnie nie wiedziałem co dalej. Mam spytać „co tu robisz”? To chyba najgłupsze zdanie jakie można wypowiedzieć do człowieka spotkanego na imprezie. No, raczej nie szydełkuje. To co w takim razie? „Co studiujesz”? Jeszcze gorzej, pomyśli, że jakiś wywiad środowiskowy robię. Wszystko, co przychodziło mi do głowy po tym cholernym „cześć”, wydawało mi się idiotyczne i przez to, że mówiłem to absolutnie bez przekonania było idiotyczne. W efekcie po wymianie kilku równoważników zdań zapadała tak krępująca cisza, że skuty kajdankami czułbym się bardziej swobodnie. To uczucie ułomności towarzyskiej było okropne, przyprawiając o większą potliwość niż smażenie się w 45-stopniowym upale, jednocześnie przyspieszając akcję serca jak solidna ściecha, co skutkowało tym, że każda próba podrywu była równoznaczna ze stanem przedzawałowym. Ale mimo porażek i tak było to lepsze niż oglądanie, jak wszystkie okazje do poznania kogoś interesującego bezpowrotnie przelatują mi przed oczami jak odjeżdżający pociąg.

Monika

Te dwie? – „te dwie”, jak szczegółowo opisał je Paweł, były na oko 25-letnimi bezzmarszczkowymi brunetkami w nieco niedostosowanym do aktualnej pory roku odzieniu, które przyszły na piwo, żeby w spokoju pogadać o pasjonującym temacie z gatunku „co tam u ciebie?” i średnio mają ochotę na interakcję z kimkolwiek. To znaczy, tak zapewne bym uznał te 9 lat temu, panicznie bojąc się odrzucenia przez kobietę i szukając jakiejkolwiek wymówki, byleby nie narazić się na dezaprobatę. Tyle, że już nie miałem 18 lat, a zlewki typu „nie dzisiaj”, „sorry, ale mam chłopaka”, „za wysokiej progi chłopcze”, czy, najgorsza z możliwych, brak reakcji, robiły na mnie mniejsze wrażenie niż informacja o bezpiecznym usuwaniu pendrive’a. Zbyt daleko przesunąłem granicę pewności siebie, utwardzając sobie skórę na takich sytuacjach, żeby lęk przed negatywną opinią przypadkowej osoby mógł blokować mnie przed poznaniem jej. Poza tym, to były najładniejsze dziewczyny jakie widzieliśmy tego wieczoru, więc nie darowałbym sobie, gdybyśmy przepuścili szansę na rozmowę z nimi.

– Te dwie.

– Z czym wychodzimy?

– Może z tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej?

– Że chcę się obciąć na łyso i czy to dobry pomysł?

– No, laski uwielbiają doradzać w takich sprawach, połowa z nich uważa, że mogłyby pracować jako stylistki.

– Moja eks była przekonana, że jest wyrocznią modową i zawsze ładowała się ze mną na zakupy.

– No, to dajemy!

– Dajemy! – no i daliśmy! To znaczy, one nam dały! Swoje numery telefonów. Zaczęliśmy od tego pytania o opinię, chwilę się z nimi podroczyliśmy, potem przeszliśmy od fryzur do ciuchów, potem do filmów, potem do muzyki, potem do podróży, potem do jedzenia, potem znowu do filmów, a potem do tego, że w mojej książce adresowej pojawiło się nowe 9 cyfr podpisanych jako „Monika”. 9 cyfr, które kiedyś wydawały mi się poza horyzontem zdarzeń, których mógłbym być autorem. Wydawało mi się, że tak się robi na filmach, że tak się opowiada w anegdotkach, że takie sytuacje gdzieś tam i kiedyś tam występują, ale nie przy mnie. A jeśli już, to z perspektywy trzecioosobowego obserwatora usadzonego w ciemnym kącie, a nie głównego bohatera kształtującego ich przebieg. Nie jest to zdobycie 8-tysięcznika, czy okrążenie kuli ziemskiej kraulem, ale wciąż, to pokonanie samego siebie. Przekroczenie swoich ograniczeń, dające poczucie hipereuforii i przekonanie, że „mogę wszystko”. Arcy uskrzydlające przekonanie.

Skynfeel™ Apparel

CROPPED SKYNFEEL 1971

Nie piszę o tym przypadkowo. Tak jak ja wielokrotnie przekraczałem swoje mentalne granice, żeby móc żyć w sposób jaki chce, pokonując wewnętrzne ograniczenia, tak sportowcy pokonują ograniczenia swojego ciała, przekraczając granice swoich możliwości, aby osiągać wyniki, o których marzą. Zwłaszcza tego lata mamy sporo okazji, by to obserwować. Skyn® również przygląda się tym wydarzeniom i w ramach niecodziennego, i dość śmiałego, eksperymentu przekroczył granice technologiczne, by umożliwić sportowcom uzyskiwanie jeszcze lepszych rezultatów.

O co chodzi?

Marka zaprosiła do współpracy Pauline van Dongen – projektantkę mody specjalizującą się w „wearable technology”, czyli „technologii nadającej się do noszenia” – by opracowała innowacyjny strój sportowy przyszłości – Skynfell™ Apparel – który będzie lekki, cienki, miękki i pozwoli poczuć wszystko. Przy pracy nad prototypem stroju wykorzystano najnowsze technologie oraz poliizopren, z którego Skyn® tworzy swoje produkty, przenosząc tym samym materiał do produkcji prezerwatyw z sypialni na bieżnię.

Brzmi abstrakcyjnie i cudacznie? To zobaczcie jakie są efekty tego eksperymentu.

Skakałbym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Cristina Souza
(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Czemu ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”?

Skip to entry content

Mijający tydzień upłynął pod hasłem „Pokemon GO” i wszystkiego co z tą grą związane, moja tablica na Facebooku była zalana Charizadrami, Bulbazaurami i Pikachu’ami (nie mam pojęcia jaka jest poprawna liczba mnoga od tego żółtego chomika). Informacje o zamachach we Francji i Turcji z ledwością zdołały się przebić przez artykuły o tym, że na autostradach w USA powstają karambole, bo ludzie w trakcie jazdy samochodem łapią wirtualne potworki, powodując wypadki. Artykuły fikcyjne, dodajmy. Właściciele lokali gastronomicznych zdążyli już wykorzystać potencjał nowej mody, umieszczając wabiki na Pokemony w swoich knajpach, ściągając tym samym graczy chcących je złapać. Wabiki wirtualne, przypomnijmy. Świat oszalał.

Mimo, że gra jest oficjalnie dostępna w Polsce dopiero od kilkudziesięciu godzin, a wcześniej żeby ją pobrać na swój telefon i odpalić, trzeba było sporo się napocić, ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Odwołanie się do dzieciństwa

Jestem z rocznika ’88 i gdy byłem w podstawówce kreskówka o Pokemonach biła rekordy popularności. Jej fabuła już wtedy była dla mnie dość infantylna, co nie przeszkadzało mi jarać się walkami potworków, trenowaniem ich i ewoluowaniem na kolejny poziom. I wczuwać się, że to ja, a nie Ash Ketchum (główny bohater anime), mam kopiącego prądem gryzonia i łapię inne do pokeballi. Mając tak emocjonalnie naładowane tło historyczne za sobą, gra nie mogła nie odnieść sukcesu. Gdyby dzisiaj ktoś masowo wypuścił odświeżone klik-klaki albo jojo z aplikacją na smartfony, pozwalającą zapisywać wyniki i chwalić się nimi na Fejsie, też z miejsca by siadło.

Ludzie są zbieraczami

W podstawówce zbieraliśmy karteczki z „Króla Lwa” i tazo z „Gwiezdnych Wojen”. Na studiach wpisy w indeksie i butelki na wymianę. Teraz odznaki na Foursquarze, pary na Tinderze i lajki, gdzie tylko się da. Nic dziwnego, że jako gatunek uznaliśmy zbieranie wirtualnych zwierzątek za coś ekscytującego. W końcu to kolejna płaszczyzna, na której możemy mieć czegoś więcej niż inni.

To kolejna moda

Czemu coś jest modne? Bo ludzie to robią. Czemu ludzie to robią? Bo jest modne. Z „Pokemon GO” jest tak samo. Po prostu poleciała kula śnieżna, która zwiększa swoją masę, dopóki nie stopnieje. Świetny tego przykład mieliście w zeszłym tygodniu z „Prismą” – aplikacją do zdjęć. Poleciała fala profilówek przerobionych tym filtrem po mediach społecznościowych, po czym niemal całkowicie zniknęła. W ciągu kilku dni. Zresztą, jeśli ktoś był w stanie wmówić ludziom, że chodzenie w zniszczonych spodniach, wyglądających jak ściągnięte z bezdomnego, jest fajne i brać od nich za to gruby hajs, to nie wiem czemu jakakolwiek gra miałaby się nie przyjąć.

Poszerzona rzeczywistość

Poprzednie argumenty to były straszaki, teraz wjeżdża gruby kaliber. „Pokemon GO” jest pierwszą grą, która tak sensownie wykorzystuje „augmented reality”, czyli „poszerzoną rzeczywistość”.

Z Wikipedii: Rzeczywistość rozszerzona (ang. Augmented Reality) – system łączący świat rzeczywisty z generowanym komputerowo. Zazwyczaj wykorzystuje się obraz z kamery, na który nałożona jest, generowana w czasie rzeczywistym, grafika 3D. Istnieją także zastosowania wspomagające jedynie dźwięk (jak aplikacja RjDj na iPhone).

Na przykład, użytkownik AR może za pomocą półprzezroczystych okularów obserwować życie toczące się na ulicach miasta jak również elementy wytworzone przez komputer nałożone na rzeczywisty świat.

Co to oznacza? Że gra nie jest w komputerze, czy telefonie, a Ty z zewnątrz oglądasz ją na monitorze, czy wyświetlaczu. Gra jest na całej powierzchni świata rzeczywistego – na Twoim osiedlu, pod Twoim blokiem, w Twoim spożywczaku i w stołówce Twojego miejsca pracy. Wszędzie! Obszar gry to wszystko co widzisz na około siebie swoim własnymi oczami, a Ty jesteś w samym środku rozgrywki!

Idziesz na autobus, patrzysz na drogę przez kamerę w swoim telefonie i widzisz, że za przystankiem jest rzadki Pokemon trawiasty, którego możesz złapać, jeśli jeszcze trochę się do niego zbliżysz. Przechodzisz obok piekarni i dostajesz powiadomienie, że w pobliżu jest inny zwierzak, którego chcesz złapać, okazuje się, że siedzi w środku, przy ladzie. Idziesz na spacer wokół ulubionego stawu, a tu na molo podobna sytuacja. To nie Ty wchodzisz do gry, to gra weszła do Twojego świata i wypełniła go, dokonując symbiozy tego co wirtualne i rzeczywiste. No powiedz, że to nie jest zajebiste? Dla mnie totalny odlot! Przyszłość, to dziś!

To nie pierwsza gra, która wykorzystuje „augmented reality”, bo dużo wcześniej pojawiały się apki bazujące na tym systemie, ale „Pokemon GO” jako pierwszy robi to tak angażująco. Dlatego ludzie zwariowali na jego punkcie.

Czy faktycznie „sztuczne cycki” to zło?

Skip to entry content

Jakoś tak się utarło, że operacja plastyczna powiększania piersi jest czynnością godną napiętnowania i żadna „porządna” kobieta nie powinna jej robić. A jak już zrobi, to nie powinna o niej mówić. Bo to przecież „sztuczne cycki”, a wszystko co nie jest „naturalne”, czyli nie ma swojego bezpośredniego źródła w łożysku matki natury, jest złe. Nie bez powodu jest tu tyle cudzysłowów, bo wszystkie te pojęcia są umowne, a ich wydźwięk i użytkowe znaczenie zależy od tego jak dane społeczeństwo się umówi. Nasze umówiło się, że ingerencja w biust jest beee i nie powinniśmy my tego robić. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że najbardziej nagłośnione przypadki tego zabiegu były najbardziej skandalizujące, nastawione na tanią sensację i zdobywanie popularności bazując na najniższych instynktach, przez co kolejne wciąż są postrzegane przez ich pryzmat. A mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby najbardziej medialnymi operacjami nie były te wykonywane ze względów estetycznych, ale w celu rekonstrukcji piersi po przebytych operacjach onkologicznych.

Wróćmy jednak do meritum, abstrahując od motywacji stojącej za zabiegiem: czemu „sztuczne cycki” to zło? By móc tak negatywnie ocenić piersi powiększone za pomocą implantów, musielibyśmy w żadnym stopniu nie ingerować w żaden inny aspekt naszego ciała. A czy faktycznie tak jest? Śmiem wątpić. A w zasadzie jestem pewien, że nie.

Zacznijmy od tak błahego przykładu jak zęby. Jest na sali ktoś, kto nigdy nie był u dentysty? Ktoś, kto nigdy nie miał plomby? Jedna osoba? Hmm, w takim razie gratuluję albo wybitnie dobrych genów, albo współczuję ortodoksyjnego podejścia i postępującej próchnicy. No chyba, że jesteś w podstawówce. Wtedy się nie liczy. Wszystkich pozostałych chciałbym uświadomić, że takie działania jak borowanie, a później wypełnianie ubytku amalgamatem, to nie jest coś co natura dała nam przy porodzie i jest genetycznie wpisane w nasz rozwój jak poranny wzwód. To ingerencja w nasze ciało. „Sztuczna” ingerencja. Wybielanie, czy w ogóle wstawianie zębów, również.

Przejdźmy do włosów. Wiecie, że jak Wasze kucyki naturalnie nie są grube, sprężyste i połyskujące, tylko kładziecie na nie odżywki, maseczki i łykacie suplementy diety, żeby takie były, to to jest nienaturalne? I że nikt się nie rodzi z ombre hair na głowie? Wiecie, co nie?

To teraz kolczyki. To już bezpośrednia, mechaniczna ingerencja w Wasze ciała. I o ile przy plombach w zębach i suplementach przy włosach można było użyć argumentu, że to dla zdrowia, tak biżuteria na uszach jest już tylko i wyłącznie dla ozdoby. Kumasz, robisz sobie dziurę w ciele, żeby ładniej wyglądać. Chore! No chyba, że wszyscy tak robią, wtedy kolczykowanie, tak popularne przy znakowaniu zwierząt, jest już normalne. Nawet jeśli dotyczy to małych dziewczynek, które nie zawsze same z siebie proszą o dodatkowy otwór w ciele.

Fitness! Mało, która operacja plastyczna tak zmodyfikuje Ci ciało jak odpowiednie ćwiczenia i odżywki. Z rozmiaru L schudłaś do XS, fałdy tłuszczu zamieniły się w umięśniony brzuch, a płaski tyłek wyewoluował w odwłok Nicki Minaj? Ktoś tu ma chyba konflikt z naturą! Mówisz, że to bez ingerencji skalpela? I co z tego, gdyby bóg chciał, żebyś była chuda, nigdy byś nie przytyła, nie powinnaś podważać jego decyzji.

Laserowa korekcja wzroku? Ohoho, kolego, nie trzeba być psychofanem „Star Treka”, żeby wiedzieć, że laser nie ma nic wspólnego z fauną i florą, nawet jeśli jego druga sylaba kojarzy się z twarogiem od polskiej krowy. Co Ty, mordo, chcesz mieć sztuczne oczy? Jak Ci tak przeszkadza krótkowzroczność, to se załóż pingle, a nie jakieś lasery. Gdzie tu natura? Mówisz, że przy Twojej wadzie grubość szkieł w okularach przekracza grubość denek w słoikach z przedwojennymi przetworami Twojej babci i wygląda to średnio atrakcyjnie? A co Ty, nie wiesz, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze? Poza tym, nie po to tyle książek przepisano alfabetem Braille’a, żeby teraz się kurzyły.

I wjeżdżamy z najgrubszym kalibrem – protezy. Cytując Wikipedię:

Proteza (pgr.[1] prósthesis – zamocowanie, przyłączenie, dodatek [2]) – w medycynie oznacza sztuczne uzupełnienie brakującej części ciała lub narządu[3].

Protezy najczęściej kojarzą nam się z osobami po wypadkach lub kombatantami wojennymi, którzy w tragicznych okolicznościach stracili jakąś część ciała. Jest to zupełnie akceptowalne społecznie, że jeśli ktoś został pozbawiony ręki lub nogi, bądź urodził się bez takowej, nosi w jej miejsce protezę. Mimo, że byłby w stanie żyć bez którejś z kończyn, czy nawet wszystkich, to posiadanie protezy owe życie mu ułatwia i, co ważniejsze, często pozytywnie wpływa na jego samopoczucie. Bo może ubrać parę butów, a nie tylko jednego, długie spodnie i nikt nie patrzy na niego na ulicy jak na okaz w zoo, odzierając go z poczucia własnej wartości.

Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego ktoś chce się czuć dobrze zarówno sam ze sobą, jak i będąc wśród ludzi?

No chyba jednak trzeba, bo wiele osób wciąż postrzega powiększanie biustu jako przejaw tego, że światem zawładnął szatan. Posiadanie dużych, krągłych piersi z pragmatycznego punktu widzenia z pewnością nie jest tak istotne jak posiadanie ręki, ale z psychologicznego mogą być to równorzędne kwestie. Jedne kobiety rodzą się z miseczką E, a drugie z miseczką A i żadna z nich nie musi być tym zachwycona. Jeśli na czyjeś samopoczucie bardzo istotnie wpływa fakt, że natura poskąpiła mu centymetrów w klacie i zdecydowanie lepiej czuł, a w zasadzie czuła, by się, gdyby było ich więcej, to co, nie ma sobie pomóc medycyną estetyczną, bo to wbrew naturze? Karczowanie lasów i stawianie betonowych kloców, w których żyjemy jest wbrew naturze, a nie naprawianie w swoim ciele tego, czego natura nam nie dała.

Spytasz pewnie: a gdy ktoś w cale nie ma małych piersi, a chce mieć jeszcze większe?

To samo, co w momencie, gdy ktoś ma jeden kolczyk, a chce mieć drugi. Gdy ktoś nie ma problemów z nadwagą, a chce być szczuplejszy. Gdy nie ma żółtych zębów, a chce mieć bielsze. Ma protezę dłoni, na którą może nałożyć rękawiczkę, ale chce mieć bioniczną, żeby móc złapać się rurki w tramwaju.

Dopóki ingeruje w swoje ciało, a nie w Twoją przestrzeń, co Ci do tego?

autorem zdjęcia w nagłówku jest *TatianaB*