Close
Close

„Lunatycy” – moja pierwsza powieść. Co? Jak? Po co? I dlaczego?

Skip to entry content

Jestem pewien, że w młodości miałeś marzenie z serii tych dużych, nie mieszczących się w wąskim naczyniu własnej czaszki. Typu zostać piłkarzem reprezentacji Polski. Albo Manchesteru United. Albo miałaś fantazję. Zostać baletnicą i tańczyć w „Jeziorze łabędzim”. I jeździć w trasy od Teatru Bolszoj po Broadway. Nosiliście je w głowie rok, dwa, trzy… pewnie więcej, pewnie z sześć, czy z siedem lat, aż się rozlały. Pokonując wyboje codzienności nie daliście rady ich utrzymać i ściekły po karku razem z potem, wsiąkły w t-shirt, aż w końcu rozmyły się pod prysznicem. Mam rację?

A teraz wyobraźcie sobie, że jednak nie, że stało się zupełnie inaczej. Że zacząłeś grać mecze na największych stadionach świata, mając na sobie nieustannie kilkadziesiąt tysięcy par oczu. Że zaczęłaś chodzić na palcach w białych baletkach za pieniądze i dostawać mogące burzyć ściany nośne brawa, za każdym razem, gdy się ukłonisz. Fajnie, co? To teraz pomyślcie, że nie dochodziliście do tego latami, tylko stało się to w ciągu dwóch tygodni, z dnia na dzień. Szliście spać jako zlane z monolitem miasta trybiki w maszynie, a budzicie jako pieprzeni celebryci. I wszyscy, ale to dosłownie wszyscy, czegoś od Was chcą. Waszej sławy, pieniędzy, seksu, ale przede wszystkim zdjęcia na Instagram.

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Męczące?

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Trochę męczące, co?

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Chcielibyście to zatrzymać?

PSTRYK!

PSTRYK!

ZRÓB SOBIE ZE MNĄ ZDJĘCIE! JESTEŚ WOLNY? POŻYCZ PIĘĆ DYCH! CO ROBISZ WIECZOREM?

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

NO POŻYCZ WEŹ, JUTRO ODDAM! EJ, LALECZKO, WIDZIAŁEM CIĘ W TELEWIZJI, ŁADNIE TAM WYWIJAŁAŚ!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Kula burząca starą rzeczywistość poszła w ruch i…

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

…nie zatrzyma się, póki nie zrówna wszystkiego z ziemią.

Właśnie o tym są „Lunatycy”. O sukcesie, na który zupełnie nie jesteście gotowi.

 

Co to jest?

„Lunatycy” to powieść, czyli „utwór narracyjny, opisujący zwykle rozbudowany ciąg zdarzeń”, cytując Wikipedię.

Główny bohater to Michał SirNick Sernicki, osiemnastolatek, którego całym światem jest muzyka i ze wszystkich sił wierzy w to, że będzie z niej żył. Grał koncerty, nagrywał płyty i liczył miliony na YouTube i w kieszeni. Mimo, że nic nie wskazuje na to, aby miało się tak stać. Więcej, całe otoczenie, łącznie z uczącymi go nauczycielami, wysyła mu jeden komunikat: jesteś nikim, będziesz nikim i zgnijesz w blokowisku rozdeptany pod butem rzeczywistości.

Cały świat SirNicka jest pomalowany szarą matową farbą aż do pewnego dnia. Dnia, w którym nagrywa z kolegą teledysk i wrzuca go do sieci. A wszystko się zmienia, jak po rzucie kośćmi do gry w Jumanji, bo klip staje się viralem, a oni z dnia na dzień gwiazdami.

 

Po co to jest?

Wiecie, że pierwszy wpis na tego bloga dodałem pod koniec września 2011 roku? Czyli ponad 6 lat temu? Dawno, co? To były tak zamierzchłe czasy, że YouTube’a oglądało się przy świeczkach, i to na komputerze, a telefon miały aparat tylko z jednej strony i żeby być na zdjęciu trzeba było prosić o pomoc innego człowieka. Czasem obcego.

Prowadzę ten pamiętnik internetowy już naprawdę długo, dłużej trwa chyba tylko „Moda na sukces”, i po takim czasie pisania do sieci, wirtualnie, chciałem zrobić coś realnego. Coś, czego będzie można dotknąć. A przede wszystkim coś innego. Choć „coś” w tym przypadku to złe słowo, bo sugeruje, że szukałem po omacku, a ja bardzo dobrze wiedziałem co chcę zrobić. Odkąd w klasie maturalnej przeczytałem „Grę” Neila Straussa, która miała ogromny wpływ na moje życie, chciałem napisać równie barwną, mocną, ale przede wszystkim wciągającą opowieść.

Wierzę, że podołałem.

 

Czemu sam to wydaję?

Bo nie widzę powodu, dla którego miałbym to robić przez wydawnictwo. Grupę odbiorców mam, kanał dystrybucji mam i pomysły na promocję też mam. Zresztą, kiedy ostatnio widzieliście dobrą promocję książki zorganizowaną przez wydawnictwo? W sensie coś więcej, niż wrzucenie informacji o premierze na fanpage autora i wysłanie egzemplarzy recenzenckich do mediów? W tym temacie szczytem kreatywności są dary losu dla blogerów i zorganizowanie kilku spotkań autorskich. Coś co jest w stanie zrobić każda osoba posiadająca telefon i adres e-mail. Czyli każda osoba.

A propos spotkań autorskich, przed wakacjami byłem na jednym takim. Autor ze ścisłej czołówki polskich pisarzy, znany, lubiany, ledwo po premierze książki. Spotkanie nie dość, że w galerii handlowej na wydupiu, to jeszcze nie w Empiku, tylko przed. W pasażu handlowym. Między schodami, a KFC. Krzesła na 30 osób, przyszło 35, nie mieli gdzie siedzieć, a autor próbując coś powiedzieć musiał przekrzykiwać ludzi robiących zakupy i radiowęzeł z informacjami o zniżkach w Rossmannie. Wydarzenie oczywiście organizowało wydawnictwo. Szacun.

O cenach pisałem już wczoraj, więc tylko powtórzę: tradycyjne wydawnictwa uczą czytelników, że pierwsi nabywcy to frajerzy, bo kupują tytuł za największą możliwą cenę, a wystarczyłoby poczekać miesiąc, żeby został przeceniony o połowę. Podobnie jak Michał Szafrański, przyjąłem odwrotny model: niższa cena zarezerwowana jest dla pierwszych kupujących, którzy obdarzają mnie zaufaniem co do treści, a wyższa dla kolejnych, którzy z recenzji w sieci wiedzą, czego spodziewać się po książce.

Wydaje mi się to najuczciwszą strategią wobec Was, dlatego „Lunatycy” nigdy nie będą kosztować mniej niż 39zł. A po okresie przedsprzedaży cena wzrośnie o 10zł w związku z kosztami wysyłki, które w tym momencie pokrywam ja. Inna kwestia, to, że ta książka kosztowała mnie bardzo dużo emocjonalnie i, naprawdę, chyba bym się rozpłakał, jakbym ją zobaczył po kilku miesiącach na dnie jakiegoś kosza z przecenami.

I jeszcze jeden ważny aspekt, przez to, że nikt nie mógł mi niczego narzucić, sam mogłem wybrać ludzi do pracy przy powstawaniu powieści. Od redakcji po skład. Dzięki czemu na okładce widzicie piękną pracę utalentowanej Dixie Leota. A nie moją twarz, jak sugerowałby wydawca, argumentując, że to lepiej sprzeda książkę. Mimo, że moja facjata ma się tak do treści, jak keczup do włoskiej pizzy.

Na koniec szybka lekcja matematyki. Ile jest 10% brutto z 39.99zł? Niecałe 4 złote. A netto? Tyle, że nawet na banię w Pijalni Wódki nie starczy. I właśnie takie grosze dostają autorzy wydający w „zwykłym” wydawnictwie. Robiąc to samemu twórca, czyli najistotniejsze ogniowo w całym procesie powstawania i sprzedaży książki, ma od 4 do 7 razy więcej. Czyli na obiad w porze lunchowej już się uzbiera.

 

Kiedy to będzie?

Premiera „Lunatyków” przewidziana jest na 26.10.2017 i tego dnia książka wyląduje w Waszych rękach, jeśli zamówicie ją w trakcie trwającej właśnie przedsprzedaży. Później wysyłki realizowane będą na bieżąco, a my będziemy się widzieć na spotkaniach autorskich w Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku. Ale kiedy dokładnie, to w tym momencie Wam nie powiem, bo póki co skupiam się na tym, żeby nakład wyszedł z drukarni cały i zdrowy. I żeby zostawić taga na każdym egzemplarzu, który zamówicie przed premierą. Co jest całkiem sporym wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że ostatni raz posługiwałem się długopisem na egzaminie z ekonometrii w 2011.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania związane z książką, pisaniem albo wydawaniem się samemu, to śmiało, pytajcie o wszystko jakbym był botem na Gadu-Gadu.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Bardzo obiecujący wstęp, aż chciałoby się wysłuchać całego audiobooka. :)

  • Nika

    Fragment książki mnie tak urzekł, że wybaczam Ci brak ebooka. Dlatego zrobiłam wyjątek i zamówiłam książkę – na szczęście jestem na chwilę tu na miejscu, w Polsce, bo inaczej musiałabym obejść się smakiem :)
    Nie dajesz szans swoim fanom spoza Polski, a wierz mi masz ich trochę :)

    • Wiem, że zainteresowani przebywający za granicą są pokrzywdzeni, ale uruchomienie wysyłki poza Polskę rodzi wiele trudności technicznych i przede wszystkim bardzo duże koszta, tak że niestety łatwiej i taniej jest zamówić na polski adres i poprosić kogoś ze znajomych albo rodziny o wysyłkę za granicę. Natomiast co do e-booków, to przez 6 lat tworzyłem teksty wirtualne i bardzo chciałem, żeby ten był namacalny :)

  • Zamóvione.

  • Kraków kiedy? :D

    • Kraków będzie pierwszy po premierze, tak że sam początek listopada.

  • Maciej Makaruk

    Biorę! Będzie czytane

  • Borsuk

    Bardzo podoba mi pomysł rezygnacji ze współpracy z tradycyjnym wydawnictwem. Dla mnie spotkania takie, jak opisałeś to po prostu brak szacunku dla autora i jego pracy. Ani nie ma żadnej dyskusji (bo na dłuższą metę nie da rady przekrzyczeć tych reklam i piosenek), kontakt z autorem marny, no i od razu osadzone to wszystko mocno w tej zakupowo-galeriowej rzeczywistości. Dlatego fajnie, że wziąłeś sprawy w swoje ręce. W Katowicach na pewno się pojawię.
    I muszę przyznać, że jestem bardzo ciekawa książki. Bo wreszcie nie kolejny blogerski poradnik (gdzie na każdym jednym się zawiodłam i oprócz ładnych zdjęć nie było tam niczego fajnego), ale prawdziwa próba pokazania, że potrafi się coś napisać.
    Gratulacje!

    • Dziękuję za ciepłe słowa i do zobaczenia w Katowicach!

  • Beata Rzepka

    Gratulacje, szacun, że nie pisałeś poradnika, tylko powieść. Powiedz czy dobrze się domyślam, skoro bohater ma 18 lat, to ta książka jest raczej dla osób wchodzących w dorosłość i to z myślą o nich pisałeś, tak? A niekoniecznie dla starych pryków 40-letnich z kryzysem wieku średniego? ;)

    • Dziękuję! Co do kwestii „dla kogo to jest?”, to pisząc tę książkę nie miałem przed oczami konkretnego profilu odbiorcy, tylko starałem się po prostu stworzyć wciągającą historię używając barwnego języka. Tak że nie przesądzałbym, że książka jest dla nastolatków, bo główny bohater ma 18 lat, bo to tak jakby powiedzieć, że „Breaking Bad” jest dla emerytów, bo główny bohater jest w wieku emerytalnym :)

  • szkoda, że na liście autorskich spotkań nie ma Lublina… Bo wszędzie daleko ;C.

    • Jeśli ktoś podejmie się organizacji, to chętnie przyjadę, bo mnie brakuje mocy przerobowych żeby się tym zająć :)

  • „i, naprawdę, chyba bym się rozpłakał, jakbym ją zobaczył po kilku miesiącach na dnie jakiegoś kosza z przecenami.” i ja sobie to wyobraziłam i prawie sama się rozpłakałam.

    • Anna Topór

      Jedno z bardziej prawdziwych zdań, jakie przeczytałam ostatnio w internetach. Ja już gratuluję dzieła a więcej napiszę, jak już otrzymam i przeczytam swój własny egzemplarz „Lunatyków” z podpisem i narysowanym kotem. Oczywiście jeśli narysujesz kota ;)

      • Dziękuję! (A co do kota, to nie wiem czy podołam artystycznie wyzwaniu).

  • Jeszcze raz gratulacje i do zobaczenia na spotkaniu autorskim ! :)

  • Wojciech

    kiedy drugi tom :P

    • Hahahaha, obawiam się, że nigdy, bo to zamknięta historia :)

  • A będziemy mogli liczyć na dokładniejsze statystyki sprzedaży i różnych innych działań, szczególnie tych marketingowych „tradycyjnie” (spotkań autorskich na przykład)? Ciekawi mnie, jak model sprzedaży oraz działania sprawdzone w przypadku literatury bardziej poradnikowej/wiedzowej sprawdzą się w przypadku beletrystyki :)

    • „A będziemy mogli liczyć na dokładniejsze statystyki sprzedaży i różnych innych działań, szczególnie tych marketingowych” – jeśli to tylko będzie dla Was interesujące, to jasne, nie ma problemu. Co do spotkań autorskich, do końca nie zrozumiałem, czy chodzi Ci o sam fakt organizowania, czy sprzedaż na takowych?

      „Ciekawi mnie, jak model sprzedaży oraz działania sprawdzone w przypadku literatury bardziej poradnikowej/wiedzowej sprawdzą się w przypadku beletrystyki” – też mnie to szalenie ciekawi, jaki będzie ostateczny efekt :)

      • „Co do spotkań autorskich, do końca nie zrozumiałem, czy chodzi Ci o sam fakt organizowania, czy sprzedaż na takowych?”
        I to, i to – to znaczy czy zamierzasz w przyszłości wzorem wielu self-publisherów robić objazdowe wycieczki po prowincjonalnych bibliotekach (co jest megaspoko moim zdaniem, bo daje czytelnikom z ośrodków przez kulturę pomijanych na spotkania z ową kulturą, a mniej znanym twórcom na dotarcie do jakichś czytelników – chociaż podejrzewam, że przy twoich kanałach dotarcia do ludzi nie będzie to potrzebne), w jaki sposób w większych miastach udało ci się je zorganizować, czy może też w ogóle nie chcesz się w to bawić poza tymi kilkoma podstawowymi, uznając, że nie będzie miało to większego przełożenia na sprzedaż i/lub twoją twórczą radość spotkania z czytelnikiem… No i jakieś przemyślenia na temat wpływu spotkań irl na cyferki też byłby miły, ale to ma dużą szansę bycia niemiarodajnym, bo też narzędzi mierzenia tego nie ma prostych :)
        Choć oczywiście nie wiem, czy będzie to interesujące dla „nas” – dla mnie tak, ale pozostałych czytelników bloga może zanudzić i zwyczajnie stanowić dla ciebie stratę czasu :)

        • To po kolei :)

          „w jaki sposób w większych miastach udało ci się je zorganizować,” – tutaj akurat nie ma żadnej większej filozofii, dzwonisz do kawiarni, że chcesz zorganizować spotkanie (niekoniecznie autorskie, może być jakiekolwiek), byleby w tygodniu, a nie w weekend i robisz to za darmo, a oni się cieszą, bo zawsze to promocja dla knajpy (nowi ludzie się o niej dowiadują) i zysk (bo każdy zamówi po herbacie), tak że kwestia kilku telefonów i zrobienia wydarzenia na Fejsie.

          „uznając, że nie będzie miało to większego przełożenia na sprzedaż i/lub twoją twórczą radość spotkania z czytelnikiem… No i jakieś przemyślenia na temat wpływu spotkań irl na cyferki też byłby miły, ” – bedę jeszcze rozmawiał o tym z księgową, ale na 99% nie będę prowadził sprzedaży na spotkaniach autorskich, bo musiałbym mieć kasę fiskalną i wystawiać paragony, a jeśli bym ją już miał, to wtedy muszę jej użyć do każdej sprzedaży, również przez sieć, co znaczy, że musiałbym mieć dwie – jedną na spotkania, a drugą do magazynu Z którego wysyłane są książki, a znajduje się na drugim końcu Polski. Druga sprawa, że wożenie książek i kasy fiskalnej po całej Polsce jest dość problematyczne, tak że spotkania z czytelnikami traktuję raczej jako okazja żeby po 6 latach w końcu zobaczyć się na żywo (bo nigdy wcześniej nie robiłem tego typu spotkań), pogadać i przybić piątkę, niż żeby na tym zarabiać (de facto to będę do tego dokładał, bo koszty podróży i noclegu będą na mojej głowie).

          „czy zamierzasz w przyszłości wzorem wielu self-publisherów robić objazdowe wycieczki po prowincjonalnych bibliotekach (co jest megaspoko moim zdaniem, bo daje czytelnikom z ośrodków przez kulturę pomijanych na spotkania z ową kulturą, a mniej znanym twórcom na dotarcie do jakichś czytelników – chociaż podejrzewam, że przy twoich kanałach dotarcia do ludzi nie będzie to potrzebne)” – w związku z tym, co napisałem wyżej, skupiam się tylko na 6 największych miastach, w których mam najwięcej czytelników, nie mniej jeśli jakaś biblioteka z mniejszej miejscowości podejmie się zorganizowania spotkania i pokrycia kosztów noclegu i transportu, to oczywiście chętnie przyjadę, gdzie by to nie było.

          „Choć oczywiście nie wiem, czy będzie to interesujące dla „nas” – dla mnie tak, ale pozostałych czytelników bloga może zanudzić i zwyczajnie stanowić dla ciebie stratę czasu :)” – jeśli będzie więcej tego typu pytań, to zrobię osobny wpis na ten temat, a jeśli nie, to po prostu pytaj w komentarzach i zawsze Ci odpiszę :)

10 typów ludzi, których nie chcesz spotkać na ulicy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego

Wiesz, że mamy jeden z najwyższych współczynników śmiertelności w wypadkach drogowych w Europie? Że w zeszłym roku w Polsce zginęło przez to 3026 osób? Bo 8 na 100 takich wypadków kończy się śmiercią? Ja też nie, dopóki nie przeczytałem raportu Biura Ruchu Drogowego. Na ulicy pojawiam się i jako kierowca, i jako rowerzysta, a najczęściej jako pieszy, i trafiam na ludzi z każdej z tych grup, którzy zapominają, że nie są tam sami. Przez co wolałbym ich nie spotykać.

Młody gniewny

Odebrał prawko w zeszłym tygodniu i jeszcze dobrze nie opanował sprzęgła, ale już chce lecieć stówką w terenie zabudowanym. Najlepiej ruszając z trójki. Wziął sobie do serca słowa wujka Wiesia na ostatnich imieninach cioci Marzeny, że tak jak na egzaminie, to już nie pojedzie nigdy w życiu. Bo na egzaminie jeździ się, żeby zdać, a w życiu, żeby zdążyć na obiad. Dlatego nigdy nie zatrzymuje się na zielonej strzałce. Przed torami kolejowymi też. I na stopie też nie, jak nic nie jedzie.

Najwięcej wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowały osoby w wieku 18-24lata.

Rebeliant

Anarchia, wolność i leki na receptę bez recepty dla wszystkich! Buntownik z wyboru, już w przedszkolu walczył o swoją niezależność otwarcie ignorując poobiednie leżakowanie, kontynuując drogę rewolucjonisty i pisząc „mój” przez u otwarte aż do matury. Nikt nie narzuci mu, że białe jest białe, a czarne jest czarne, a tym bardziej, że nie może przechodzić na czerwonym. Czy Luke Skywalker trzymał się zasad narzuconych przez imperialistyczny system? No właśnie!

Janusz biznesu

Miałeś kiedyś w trakcie jazdy tak ważny telefon, że aż zjechałeś na pobocze, żeby go odebrać i porozmawiać? Tak? No i po co to wszystko? Trzeba było jedną ręką trzymać słuchawkę, drugą dźwignię zmiany biegów, zębami kierownicę, a rzęsą włączyć kierunkowskaz. Zestaw słuchawkowy? Głośnomówiący? Bluetooth w uchu? A co Ty z Holiłudu jesteś, czy ze Star Treka? Prawdziwy byznesmen potrafi zmieniając pas ruchu, wyprzedzając na trzeciego i odpalając czerwonego Viceroya w tym samym czasie odebrać ważny telefon. Czyli każdy telefon, bo w byznesie wszystkie telefony są ważne.

Kierowcy jadący 100 km/h i trzymający komórkę przy uchu hamują średnio o 14 metrów później niż nierozmawiający.

Klubowóz

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co mówiłeś?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Nie słyszę…

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– W końcu przejechał, możesz powtórzyć?

Najwięcej wypadków śmiertelnych jest w piątek i sobotę.

W dni imprezowe.

Ostatnia szara komórka

Koniom zakłada się klapki na oczy, żeby nie patrzyły na boki, a ludziom wkłada w ręce smartfony. Świecący prostokąt przed twarzą i całe otoczenie przestaje istnieć. O ile w przestrzeniach zamkniętych można po prostu popsuć sobie wzrok, o tyle w terenie otwartym można zepsuć sobie nogi, ręce, żebra albo życie. Na przykład przechodząc przez ruchliwą ulicę wpatrzonym w komórkę.

Niespokojna noga

Zwany też lowriderem dla ubogich. Przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, a auto się gibie jak na teledysku do „Still D.R.E.”. Zatrzymuje się zawsze metr za linią stopu na światłach, a gdy stoisz na pasach, nigdy nie wiesz, czy nie zatrzyma się na Tobie. Ani czy nie wjedzie Ci w tyłek, jeśli stoisz przed nim w korku i ruszysz ćwierć sekundy później niż on.

Niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

Usain Bolt

Rusza z bloków startowych w momencie, gdy w autobusie po drugiej stronie ulicy zamykają się drzwi i biegnie do nich jak po karpia na Wigilię. Ignorując wszystkich uczestników ruchu drogowego dookoła. Gdyby któryś z kierowców samochodów cudem omijających go miał gorszy dzień, albo bardziej zużyte klocki hamulcowe, do celu dojechałby na masce. Kończąc karierę sportową w szpitalu.

Oszczędny

Ładowanie akumulatora? 50 groszy.

Migacz boczny do Opla? 14 złotych.

Emocje z jazdy bez używania kierunkowskazów? Bezcenne!

Nieprawidłowe wyprzedzanie, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

James Bond na rowerze

Szpieg w służbie Jej Królewskiej Mości realizuje tajne zadanie, od powodzenia którego zależą losy starego kontynentu, dlatego musi pozostać incognito. I jedzie na rowerze nocą bez oświetlenia i odblasków, zmieniając pasy jakby miał za sobą ogon odkąd wyszedł z MI6. Dzięki temu jest niewidzialny dla kontrwywiadu. I wszystkich pozostałych uczestników ruchu drogowego.

Szybki i wściekły

Wiesz po co w aucie jest pedał gazu? Żeby go używać! Dlatego dopóki nie czuje pod dużym palcem u prawej stopy podłogi, ciśnie. Ciśnie wyprzedzając ruszający autobus, ciśnie na gasnącym pomarańczowym i ciśnie wymijając matkę z dzieckiem na pasach. Jak im zrobi peeling pięt, to może nauczą się szybciej chodzić. Gdy nie może zasnąć po ciężkim dniu, bo męczą go wyrzuty sumienia, że przez półtorej minuty jechał prawym pasem, układa sobie w głowie, co by powiedział Vin Dieselowi jakby go spotkał. I jakim jechałby autem, gdyby kręcili „The Fast and the Furious: Zabrze Drift”.

W zeszłym roku główną przyczyną aż 7195 wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Kierowcy wczujcie się w rolę pieszych! Tylko wzajemne zrozumienie może zaprowadzić nas bezpiecznie do celu. Druga odsłona naszej kampanii. #kierowcaVpieszy

Opublikowany przez Krajowa Rada BRD na 25 września 2017

Ten tekst jest uszczypliwy, ale tylko po to, by zwrócić uwagę na zachowania, które mogą przyczynić się do tragedii. Niezależnie, czy jesteś kierowcą w nowej, błyszczącej strzale, czy pieszym, który musi zdążyć na tramwaj, zwracajmy na siebie uwagę i pamiętajmy, że nie jesteśmy sami na ulicy. Zaoszczędzimy sobie nerwów, zdrowia, a czasem i życia.

---> SKOMENTUJ

Okazywanie uczuć to nie dowód słabości. To dowód wartości

Skip to entry content

Kilka dni temu od jednej z czytelniczek dostałem bardzo długi list natury damsko-męskiej. Tak długi, że można by z niego zrobić e-booka. Albo streścić w jednym zdaniu: ona mu się podoba i on jej też, ale nie są razem, bo żadne z nich nie ma odwagi powiedzieć drugiemu co czuje. Brzmi absurdalnie? To dołóżcie do tego fakt, że ten pat na szachownicy relacji nie trwa od miesiąca, tylko od kilku lat. Czy jak w każdej komedii romantycznej, ich drogi splotą się w jedną przez zupełny przypadek? Spotkają się przy tej samej kasie w Biedrze walcząc o Świeżaki dla młodszego rodzeństwa?

Nie spodziewam się, bo w rzeczywistości przypadek częściej oznacza wpadnięcie pod samochód niż wygranie w Lotto.

Gdy gówno robisz, to gówno z tego wychodzi

W podstawówce byłem śmiertelnie zakochany w koleżance z klasy – Magdzie. Magda była mega laską, miała obie nogi, wszystkie zęby stałe, dwa blond warkoczyki i getry z Myszką Minnie. A w szóstej klasie nawet szczątkowe piersi. Żadna inna w całej szkole nie mogła się z nią równać.

Wzdychałem do niej na matematykach, technikach i przyrodach, i gdy tylko było to możliwe, starałem się siadać w ławce przed nią albo za nią. Nigdy w tej samej, bo mógłbym nie wytrzymać z przejęcia i paść na zawał w wieku 11 lat, a miałem do przejścia jeszcze wiele gier na Pegazusa. Każdego dnia wracając do domu obiecywałem sobie, że następnego wszystko jej powiem. Zaczepię na długiej przerwie, kiedy akurat będzie stała sama, podbiegnę, kiedy będzie wychodziła ze szkoły, stanę przed nią, spojrzę głęboko w oczy i wyznam, że jest miłością mojego życia i te wszystkie anonimowe kartki walentynkowe to ode mnie.

Jednak nigdy się to nie stało. Bo ilekroć była nadarzająca się okazja, paraliżował mnie strach brzmiący: a co, jeśli ja nie jestem miłością jej życia?

CO, JEŚLI ONA MNIE WYŚMIEJE?

Żeby było zabawniej, poznałem odpowiedź na to pytanie, ale nie od niej. Tuż po rozdaniu świadectw ukończenia podstawówki spotkałem najlepszą przyjaciółkę Magdy – Gosię. Upojona do nieprzytomności oranżadą z syfonu, wyznała mi, że Magda odkąd doszła do nas w czwartej klasie, kochała się we mnie i w Grześku. I przez całe trzy lata czekała, aż któryś z nas coś zrobi. I się nie doczekała.

Gdybym nie był wtedy takim boidupą, pewnie dzisiaj mielibyśmy trójkę dzieci, buldoga francuskiego, duży dom i rozwód. Wystarczyło powiedzieć „hej, masz fajny tornister, będziesz ze mną chodzić, skarbie?”.

Co takiego strasznego może się stać?

Wyznawanie miłości z zaskoczenia, jakbyś zachodził kogoś w ciemnej uliczce od tyłu z nożem, mówiąc „karta do bankomatu i kod pin albo życie”, oczywiście nie jestem dobrym pomysłem, ale uświadomienie obiektu naszych zainteresowań, że nim jest, już tak. Bo co najgorszego może się stać, gdy powiesz drugiej osobie z którą jesteś w bliższych lub dalszych stosunkach, że Ci na niej zależy? Albo po prostu, że Ci się podoba?

Przyłoży Ci z otwartej w twarz? A niby czemu?

Wykastruje Cię spojrzeniem? Spojrzenia nie mają takiej mocy. Serio.

Napisze o tym status na Fejsie? Nagra godzinną serię szydzących snapów? Wypchnie w trendujące na Twitterze hashtag #bekazTwojeImięINazwisko? Jeśli oboje skończyliście już gimnazjum, to raczej nie zapowiada się, żebyś mógł zostać w ten sposób gwiazdą internetu.

Spadnie Ci niebo na głowę i świat się skończy? Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie, ale, na Teutatesa, nie, nie jesteś Asterixem.

Realnie najgorsze co się może stać, to że ona nie będzie zainteresowana Tobą w tym samym kontekście co Ty nią, bo miała Cię za dobrego kumpla, a nie kandydata na współlokatora do kawalerki z jednym łóżkiem, i zakończycie znajomość. Tylko tyle. Nikt nikogo nie zamorduje, nikomu nie zostaną wycięte narządy rozrodcze. W razie czarnego scenariusza po prostu przestaniecie się widywać.

Kto pierwszy powie, że mu zależy przegrywa

Relacje damsko-męskie to gra pozorów bez możliwości save’owania. Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby wchodząc do klubu każda dziewczyna w pierwszym zdaniu informowała Cię, czy jest Tobą zainteresowana, czy nie, a jeśli tak, to czy chce mieć z Tobą wspólny kredyt na mieszkanie, czy tylko orgazm. Gdyby obie strony chodziły z Judaszami na czole, przez które w dowolnej chwili można zajrzeć i sprawdzić co się dzieje pod kopułą, z pewnością wszyscy zaoszczędzilibyśmy sobie sporo czasu i nerwów.

Tylko, że uwodzenie się straciłoby całą magię.

To, że nie wiesz, czy bawienie się włosami i oblizywanie ust, to tylko tik nerwowy, czy świadome wysyłanie sygnałów do bliższego kontaktu, nadaje urok całemu procesowi podrywu i poznawania się nawzajem. To właśnie ta niepewność nas nakręca, buduje napięcie i sprawia, że chcemy się odkryć, sprawdzić, czy jest tak, jak nam się wydaje.

Wiele osób, jednak traktuje to jako grę, w której wyłożenie kart na stół jest równoznaczne z przegraną. Tak jakby w kontaktach między kobietami i mężczyznami chodziło o wieczne zwodzenie się, głównym celem była apatia, a otwarte okazanie zainteresowania zasługiwało na potępienie. Absurd. Po to robi się podchody, żeby móc się cieszyć ze znalezienia się, a nie do czterdziestki chować się w lesie z twarzą obrośniętą mchem.

Relacje międzyludzkie, to nie boks, że zwycięstwo jednej strony jest uzależnione od porażki drugiej. Tu wygrywa się tylko w parach. Przegrywa najczęściej też.

Okazywanie uczuć jest ludzkie

Tym się różnimy od maszyn, że poza zdolnością podnoszenia ciężarów i wykonywania obliczeń, zostaliśmy obdarzeni umiejętnością przeżywania emocji i wyrażania uczuć. Warto korzystać z tych możliwości, bo w dobie dzikiego rozwoju technologii i sztucznej inteligencji, to jedyne co dzieli nas i roboty. Kto mówi o tym, co ma w środku, o tym jak jego kulka z białego puchu schowana pod klatką piersiową reaguje na świat zewnętrzny, jest człowiekiem. Kto jest bryłą lodu, chowającą całą swoją emocjonalność, potrzeby, pragnienia w metalowej puszce, może być po prostu ładnie wykonanym androidem. I sam o tym nie wie.

Okazywanie uczuć nie jest dowodem słabości. Jest dowodem wartości. Świadectwem bycia człowiekiem, kto tego nie robi, przestaje nim być.

A kto je wykorzystuje lub szydzi z nich widząc je u drugiej osoby, jest zwykłym chujem.

---> SKOMENTUJ

Pisanie bloga, a pisanie powieści, to jak granie w sapera, a bycie saperem

Skip to entry content

Pewnie się zastanawiacie (a przynajmniej mam taką nadzieje, że ktokolwiek się nad tym zastanawiał), czemu na blogu przez ostatnie pół roku pojawiało się tak mało wpisów. Czy po prawie 6 latach znudziło mi się blogowanie? Nie. Czy w końcu wziąłem się za poważną pracę i na emigracji skręcam meblościanki bogatym Norwegom? Też nie do końca. Nie mam weny, wypaliłem się, skończyłem i czas się pożegnać? Wręcz przeciwnie. Dopiero się zaczynam.

Od stycznia realizowałem największe wyzwanie i jednocześnie marzenie, do którego zbierałem się dobre kilka lat, bo wydawało mi się, że nie jestem gotowy. I miałem rację, nie byłem gotowy, bo do takich rzeczy nie da się przygotować. Trzeba po prostu zacząć je robić. To tak jak z seksem, możesz przeczytać wszystkie kamasutry dostępne na rynku i wykupić konto premium na PornHubie, ale to wcale nie znaczy, że będziesz wiedział jak to robić. Trzeba po prostu się w tym zanurzyć, mówiąc metaforycznie. I dosłownie. Więc zanurzyłem się i płynąłem łodzią podwodną w poszukiwaniu skarbów, wysuwając raz na jakiś czas peryskop nad powierzchnię, żeby nie zapomnieć, że oprócz niezbadanych głębin jest jeszcze jakiś inny świat. A zapomnieć o tym wyjątkowo łatwo, bo ta nowa przestrzeń, ta wyprawa po skrzynię ze złotem, którą jest treść wykręcająca czytelnikowi mózg na lewą stronę, jest ultra wymagająca i nie uznaje kompromisów.

To jak z pociągiem, albo wsiadasz, albo zostajesz na stacji, nie da się do niego wsiąść częściowo, jedną nogą. No, chyba, że chcesz ją stracić. Ja nie chciałem, w związku z czym niemal całe swoje dotychczasowe życie, łącznie z tak prozaicznymi sprawami jak jedzenie, podporządkowałem pisaniu powieści. Powieści, z której nie tylko będę dumny, ale powieści, która będzie o czymś, będzie istotna i będzie dla odbiorców tym, czy dla mnie było „Memento”. Będzie bić linijką po synapsach.

Czym to się różni od prowadzenia bloga?

Po pierwsze plan, po drugie plan, po trzecie plan

Nie jestem jakimś habilitowanym doktorem organizowania się, zresztą niehabilitowanym też nie, ale jedną z trzech rzeczy, których nauczyłem się na studiach, jest to, że trzeba planować. Bo zmiana na etapie pomysłu to 1 jednostka czasu, na etapie tworzenia koncepcji 10 jednostek czasu, a na etapie realizacji to 100 jednostek czasu. I o ile teksty na bloga można sobie pisać spontanicznie, bo komentarze związane z tajemniczym zaginięciem Polki w Egipcie budzą tak żywe reakcje, że w godzinę mam gotowy tekst i najwyżej przed samą publikacją powycinam zbędne wulgaryzmy, o tyle z opisywaniem historii, która rozwija się w czasie i pojawiają się w niej punkty zwrotne, jest zupełnie inaczej.

Żeby jakaś postać A, nazwijmy ją Czesiu, spektakularnie sprzeciwiła się jakiejś postaci B, nazwijmy ją Zosia, z naturalnie wynikającego z fabuły powodu, niech będzie nim miłość do frytek, trzeba ten powód zaszczepić dużo, dużo wcześniej. Jeśli Czesiu ma udusić Zosię w połowie książki, bo ta zabrała mu frytkę, to to te frytki powinny się przewijać w co drugiej scenie z Czesiem jako narkotyk napędzający go do życia. Inaczej odbiorca nie uwierzy w powód morderstwa i całe zdarzenie będzie dla niego nieprzekonujące.

Zresztą, mimo, że zawsze idą ze sobą w parze, to nie muszą być frytki i to nie musi być morderstwo, bo to tyczy się wszystkich zwrotów akcji. Nie mogą brać się z dupy, muszą wynikać z jakichś wcześniejszych wydarzeń / rozmów / poszlak, a żeby te wydarzenia / rozmowy / poszlaki się pojawiły, trzeba je zaplanować. Bo inaczej pojawia się maaaaasę przepisywania i można ugrzęznąć na zawsze w gęstym bagnie poprawek.

Petarda kontra bomba z długim lontem

W przypadku wpisu na blogu tak naprawdę ważne są tylko dwie rzeczy: mocny start i mocny finisz.

Żeby tekst na 6000 znaków odniósł sukces, potrzebny jest przebojowy nagłówek i interesujące zdjęcie, które sprawią, że ktoś w ogóle w nie kliknie, i dosadna puenta, z którą ten sam ktoś się zgodzi lub nie i wciśnie magiczny przycisk „udostępnij”. Tyle. Środek oczywiście nie może być dnem dna, ani ciągnącą się w nieskończoność przeżutą gumą, ale wystarczy, że nie będzie spektakularnie zamulał.

Z powieścią jest ciut inaczej.

Żeby historia na 350 stron maszynopisu była strawna w odbiorze, trzeba opanować chodzenie po linie, a potem przełożyć to na balansowanie napięciem. W treści musi być podłożona bomba, która wybucha więcej niż raz, tak żeby czytelnik ciągle się głowił kiedy to się stanie i to głowienie się, było dla niego najbardziej zajmującym zajęciem w trakcie dnia. Przy czym, lont do niej musi być na tyle długi, by nie dochodziło do eksplozji co 5 stron, bo padnie na zawał i nie doczyta do końca, a przynajmniej się tym zmęczy. Nie może być też zbyt długi, bo uśnie albo z rozwojem fabuły wygra przeglądanie śmiesznych zdjęć kotów na Facebooku.

Momenty intensywne i nieco bardziej stosowane muszą być długą sinusoidą. Coś jak chęć zabicia wszystkich ludzi i niepohamowana miłość do świata w zależności, czy jest poniedziałek, czy piątek.

Musisz stworzyć postacie, musisz stworzyć świat, musisz być bogiem, w którego ludzie uwierzą

Wiecie co jest gorsze niż stanięcie gołą stopą na klocku Lego? Stworzenie historii, której bohaterów wszyscy mają w dupie.

Dlaczego śledziliśmy z zapartym tchem doskonalenie techniki syntezy i sprzedaży metaamfetaminy przez Waltera White’a i Jessiego Pinkmana w „Breaking Bad”? Czemu co drugi student płci męskiej chciał być jak Hank Moody w „Californication”? Skąd wzięło się to, że Frank Underwood miał większe poparcie wśród Polaków niż Andrzej Duda? Bo uwierzyliśmy, że te postacie i świat, w którym się poruszają, naprawdę może istnieć. Bo autorzy tych seriali stworzyli je interesującymi.

Te odpowiedzi są dość proste, ale to zadanie jest naprawdę trudne, bo to właśnie przejmowanie kompetencji boga. Żeby odbiorcy uwierzyli w świat, w którym toczy się akcja musi on zostać im szczegółowo przedstawiony, ale jednocześnie na tyle interesująco, by chciało im się w ogóle go poznawać. Żeby ktoś przejął się losami bohaterów muszą być wyraziści, ale jednocześnie nie przerysowani, powinno dać się z nimi utożsamić, ale nie do końca, tak by zostało jakieś pole na domysły i spekulacje. Rozwój wydarzeń ma być prawdopodobny, ale nie oczywisty. A wszystko takie jak w realnym świecie, tyle, że ciekawsze. Chyba, że tworzysz fantasy, wtedy po prostu ma być ciekawsze. Tak czy inaczej, musisz zabawić się w twórcę w pełnym tego słowa znaczeniu i odkryć, że „zabawa” w tym przypadku jest zakamuflowanym synonimem słowa „praca”.

Na ile sposobów potrafisz powiedzieć, że jesteś spięty jak baranie jaja?

Bo pisząc opowieść dłuższą niż przeciętna copypasta powinieneś umieć wyrazić to przynajmniej kilkunastoma różnymi sformułowaniami.

W wakacje po drugiej klasie liceum leżałem w dusznej szpitalnej sali i czytałem „Zwodniczy punkt” Dana Browna, żeby zająć czymś myśli i nie zwariować wysłuchując w kółko rozmów starszych panów po mojej lewej i prawej o umieraniu i zbliżającej się III wojnie światowej. Nie jest to tytuł, po który dziś bym sięgnął, ale wtedy wypełnił mi kilka dobrych dni, czyniąc je całkiem znośnymi, więc rysuję przy nim serduszko. Jednak mimo to, do dziś zapamiętałem jedną rzecz, która drażniła mnie jak zmiana cewnika: bohater za każdym razem kiedy wchodził do jakiegoś pomieszczenia omiatał je wzrokiem. Nie skanował, nie prześwietlał, nie przyglądał mu się, nawet nie oglądał go. Omiatał. Za. Każdym. Jednym. Razem.

Nie wiem, czy tłumacz miał wcześniej jakieś praktyki jako konserwator powierzchni płaskich i stąd to skrzywienie, czy w oryginale czynność zapoznawania się z nową przestrzenią również była nazywana za każdym razem w ten sam sposób, ale to było naprawdę nudne. I odbierało przyjemność z czytania. I obniżało jakość książki.

Dlatego postanowiłem, że u mnie tak nie będzie i jeśli u głównego bohatera raz pojawia się w wewnętrznym monologu, że stres ściska mu skronie imadłem, albo że zaraz żyłka na czole zamieni się w deltę Nilu, a potem wybuchnie, to to określenie nie pojawi się już nigdy więcej. I przy kolejnych sytuacjach, gdy w Michale, bo tak właśnie ma na imię, zrodzi się napięcie w związku z wydarzeniami, których doświadcza, to za każdym razem będę opisywał je inaczej. A napięcie się pojawia i to wielokrotnie, w związku z czym w tym momencie mógłbym wydać całą antologię z obrazowymi metaforami stresu.

Z kolei w przypadku internetowego felietonu wystarczyłoby użycie porównania, które widzisz w śródtytule powyżej.

***

Trochę się pożaliłem, trochę pomądrzyłem, a teraz czas na konkrety. Tekst przeszedł już redakcję, korektę i skład, i niebawem wybierze się do druku! W międzyczasie, czyli w każdej chwili kiedy nie śpię, dopinam sprawy organizacyjno-techniczne typu zakładanie sklepu internetowego, wyrabianie numeru ISBN, szukanie podwykonawcy, który będzie magazynował i wysyłał książki, i dziesiątki innych rzeczy, którymi nie chcę Cię zanudzać. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to „Lunatycy” ujrzą światło dzienne pod koniec października, ale już dziś mogę ich nieco wychylić z mroku.

Jeśli chcesz posłuchać pierwszego rozdziału mojej powieści (tak, tak, posłuchać, jak czytam go na głos), poczuć jej klimat i wejść w świat, w którym żyją bohaterowie, zostaw poniżej swój adres e-mail!

(obiecuję, że zapisując się na tę listę dostaniesz tylko wiadomości związane z książką i nigdy na Twoją skrzynkę nie wleci reklama tabletek na powiększanie penisa ani list od nieznanego wujka ze Stanów, który zostawił Ci w spadku 50 miliardów dolarów)

---> SKOMENTUJ