Close
Close

10 typów ludzi, których nie chcesz spotkać na ulicy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego

Wiesz, że mamy jeden z najwyższych współczynników śmiertelności w wypadkach drogowych w Europie? Że w zeszłym roku w Polsce zginęło przez to 3026 osób? Bo 8 na 100 takich wypadków kończy się śmiercią? Ja też nie, dopóki nie przeczytałem raportu Biura Ruchu Drogowego. Na ulicy pojawiam się i jako kierowca, i jako rowerzysta, a najczęściej jako pieszy, i trafiam na ludzi z każdej z tych grup, którzy zapominają, że nie są tam sami. Przez co wolałbym ich nie spotykać.

Młody gniewny

Odebrał prawko w zeszłym tygodniu i jeszcze dobrze nie opanował sprzęgła, ale już chce lecieć stówką w terenie zabudowanym. Najlepiej ruszając z trójki. Wziął sobie do serca słowa wujka Wiesia na ostatnich imieninach cioci Marzeny, że tak jak na egzaminie, to już nie pojedzie nigdy w życiu. Bo na egzaminie jeździ się, żeby zdać, a w życiu, żeby zdążyć na obiad. Dlatego nigdy nie zatrzymuje się na zielonej strzałce. Przed torami kolejowymi też. I na stopie też nie, jak nic nie jedzie.

Najwięcej wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowały osoby w wieku 18-24lata.

Rebeliant

Anarchia, wolność i leki na receptę bez recepty dla wszystkich! Buntownik z wyboru, już w przedszkolu walczył o swoją niezależność otwarcie ignorując poobiednie leżakowanie, kontynuując drogę rewolucjonisty i pisząc „mój” przez u otwarte aż do matury. Nikt nie narzuci mu, że białe jest białe, a czarne jest czarne, a tym bardziej, że nie może przechodzić na czerwonym. Czy Luke Skywalker trzymał się zasad narzuconych przez imperialistyczny system? No właśnie!

Janusz biznesu

Miałeś kiedyś w trakcie jazdy tak ważny telefon, że aż zjechałeś na pobocze, żeby go odebrać i porozmawiać? Tak? No i po co to wszystko? Trzeba było jedną ręką trzymać słuchawkę, drugą dźwignię zmiany biegów, zębami kierownicę, a rzęsą włączyć kierunkowskaz. Zestaw słuchawkowy? Głośnomówiący? Bluetooth w uchu? A co Ty z Holiłudu jesteś, czy ze Star Treka? Prawdziwy byznesmen potrafi zmieniając pas ruchu, wyprzedzając na trzeciego i odpalając czerwonego Viceroya w tym samym czasie odebrać ważny telefon. Czyli każdy telefon, bo w byznesie wszystkie telefony są ważne.

Kierowcy jadący 100 km/h i trzymający komórkę przy uchu hamują średnio o 14 metrów później niż nierozmawiający.

Klubowóz

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co mówiłeś?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Nie słyszę…

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– W końcu przejechał, możesz powtórzyć?

Najwięcej wypadków śmiertelnych jest w piątek i sobotę.

W dni imprezowe.

Ostatnia szara komórka

Koniom zakłada się klapki na oczy, żeby nie patrzyły na boki, a ludziom wkłada w ręce smartfony. Świecący prostokąt przed twarzą i całe otoczenie przestaje istnieć. O ile w przestrzeniach zamkniętych można po prostu popsuć sobie wzrok, o tyle w terenie otwartym można zepsuć sobie nogi, ręce, żebra albo życie. Na przykład przechodząc przez ruchliwą ulicę wpatrzonym w komórkę.

Niespokojna noga

Zwany też lowriderem dla ubogich. Przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, a auto się gibie jak na teledysku do „Still D.R.E.”. Zatrzymuje się zawsze metr za linią stopu na światłach, a gdy stoisz na pasach, nigdy nie wiesz, czy nie zatrzyma się na Tobie. Ani czy nie wjedzie Ci w tyłek, jeśli stoisz przed nim w korku i ruszysz ćwierć sekundy później niż on.

Niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

Usain Bolt

Rusza z bloków startowych w momencie, gdy w autobusie po drugiej stronie ulicy zamykają się drzwi i biegnie do nich jak po karpia na Wigilię. Ignorując wszystkich uczestników ruchu drogowego dookoła. Gdyby któryś z kierowców samochodów cudem omijających go miał gorszy dzień, albo bardziej zużyte klocki hamulcowe, do celu dojechałby na masce. Kończąc karierę sportową w szpitalu.

Oszczędny

Ładowanie akumulatora? 50 groszy.

Migacz boczny do Opla? 14 złotych.

Emocje z jazdy bez używania kierunkowskazów? Bezcenne!

Nieprawidłowe wyprzedzanie, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

James Bond na rowerze

Szpieg w służbie Jej Królewskiej Mości realizuje tajne zadanie, od powodzenia którego zależą losy starego kontynentu, dlatego musi pozostać incognito. I jedzie na rowerze nocą bez oświetlenia i odblasków, zmieniając pasy jakby miał za sobą ogon odkąd wyszedł z MI6. Dzięki temu jest niewidzialny dla kontrwywiadu. I wszystkich pozostałych uczestników ruchu drogowego.

Szybki i wściekły

Wiesz po co w aucie jest pedał gazu? Żeby go używać! Dlatego dopóki nie czuje pod dużym palcem u prawej stopy podłogi, ciśnie. Ciśnie wyprzedzając ruszający autobus, ciśnie na gasnącym pomarańczowym i ciśnie wymijając matkę z dzieckiem na pasach. Jak im zrobi peeling pięt, to może nauczą się szybciej chodzić. Gdy nie może zasnąć po ciężkim dniu, bo męczą go wyrzuty sumienia, że przez półtorej minuty jechał prawym pasem, układa sobie w głowie, co by powiedział Vin Dieselowi jakby go spotkał. I jakim jechałby autem, gdyby kręcili „The Fast and the Furious: Zabrze Drift”.

W zeszłym roku główną przyczyną aż 7195 wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Kierowcy wczujcie się w rolę pieszych! Tylko wzajemne zrozumienie może zaprowadzić nas bezpiecznie do celu. Druga odsłona naszej kampanii. #kierowcaVpieszy

Opublikowany przez Krajowa Rada BRD na 25 września 2017

Ten tekst jest uszczypliwy, ale tylko po to, by zwrócić uwagę na zachowania, które mogą przyczynić się do tragedii. Niezależnie, czy jesteś kierowcą w nowej, błyszczącej strzale, czy pieszym, który musi zdążyć na tramwaj, zwracajmy na siebie uwagę i pamiętajmy, że nie jesteśmy sami na ulicy. Zaoszczędzimy sobie nerwów, zdrowia, a czasem i życia.

(niżej jest kolejny tekst)

20
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
IlonaAgataRóżaBorsukPierwsza DamaHreindyr Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karolina
Gość
Karolina

Bardzo ważny tekst i przekaz. Sama zaczęłam zwracać uwagę jak jeżdżę, bo co chwilę widzę jakieś wypadki. Zawsze mam z tyłu głowy to,że ktoś może mi „wyskoczyć” lub zrobić nieoczekiwany manewr. Na drodze trzeba mieć oczy dookoła głowy! Ale tak na marginesie jestem trochę klubowozem, ale to tylko dlatego,że uwielbiam słuchać głośno muzyki w aucie. :)

Jan Favre
Gość

Ale tak ze spuszczonymi szybami, że cała ulica słucha razem z Tobą? :)

Karolina
Gość
Karolina

Haha jak nie działa klima to się latem zdarza. Ooops :P

Edzia
Gość
Edzia

Widziałam kiedyś kierowcę, który prowadząc, trzymał w jednej ręce kubek z jakimś napojem i co chwilę popijał z niego. Otwarty kubek, bez żadnej przykrywki. Trzymanie kierownicy podczas zmiany biegu? A na co to komu? :p
Ja bym nie zapominała w tym wpisie o rowerzystach, którzy się nie zatrzymują na czerwonym lub dynamicznie zmieniają miejsce jeżdżenia – „auta mają czerwone? Teraz jeżdżę po chodniku, a piesi mają przecież zielone”. Ostatnio jeden prawie we mnie wjechał, jak przechodziłam na pasach.

Jan Favre
Gość

Fakt, można by dodać jeszcze chodnikowych rowerzystów :)

oretavia
Gość
oretavia

Dołożyłabym jeszcze pieszego typu Nieśmiertelny. Auta jadą, a człowiek wchodzi na pasy mimo czerwonego światła jak ta święta krowa… Często właśnie ludzie starsi się tak idiotycznie zachowują, mając w ooważaniu swoje zdrowie, życie i konsekwencje dla kierowcy, któremu przyniosą pecha. I mówiąc z pozycji pieszego bez prawa jazdy ani roweru to jest jeden z najgorszych typów uczestników ruchu drogowego.

Paweł Krzysztof
Gość
Paweł Krzysztof

Są jeszcze starsi ludzie, którzy nigdy w życiu nie jechali samochodem. Nawet jako pasażer! Nie mają oni zielonego pojęcia o drodze hamowania, widoczności itp.

Lorka
Gość

miszczynie widzielismy ostatnio, wyszla z lodziarni z 3 lodami..1 dostał dzieciak, 2 ona w łape i za kierownice… gdy sie juz zapieła i odpaliła, przełozyła 1 loda do prawej i oblizawszy ruszyła w drogę.. jednego trzymając w lewej , drugiego z prawej pałaszując …Byliśmy zahipnotyzowani….

Jan Favre
Gość

To jest już poziom ekspercki, ja czasem nawet z jednym lodem pieszo nie daję rady.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Widziałam typiarę, która miała dziecko w chuście na przodzie. Wyszła skądś tam, otworzyła furę, WSIADŁA Z DZIECKIEM Z PRZODU ZA KIEROWNICĘ i poszła, fruu. Nie wiem, czy jeszcze może się cieszyć macierzyństwem czy też zgniotła dziecko przy pierwszym hamowaniu.

Jan Favre
Gość

Musiałem przetrzeć okulary i przeczytać jeszcze raz: COOO?

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Tak było, panie. Pani wyglądała – zaryzykowałabym to stwierdzenie – nawet inteligentnie, nieźle ubrana, ta chusta – co to ludzie robią półroczne rezerwacje na kursach, żeby nauczyć się ogarniać wiązanie w tym żywego inwentarza- i w ogóle. Ale po tym co ujrzałam stwierdziłam, że niestety z modnych okularów które miała na nosie raczej nie uczyniła użytku przekraczającego zlustrowanie etykietki na butelce bożole nuwo.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Mawiają, że wśród najszybszych samochodów świata są – na trzecim miejscu Koenigsegg Agera, na drugim – Bugatti Veyron, a na pierwszym – służbowa Skoda. Nie wiem, czy ta grupa podpada pod Januszy Biznesu czy zasługuje na osobną pozycję w zestawieniu, ale przedstawiciel handlowy w Skodzie to śmierć w dolinie węży, keine grenzen w zakresie ograniczenia prędkości i zero sygnalizowania manewrów. Podobnie jak kurierzy i kierowcy dostawczaków – .najmocniejszy muscle car wysiada i zostaje trzy kilometry za nimi. Niestety – będąc szeroko pojętym uczestnikiem ruchu trzeba mieć oczy nawet w tyłku. Jako pieszy – zerkasz zza przepuszczającego cię samochodu, czy z… Czytaj więcej »

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

Czy „Botoks” jest tak beznadziejny jak mówią? I dlaczego nie?

Skip to entry content

Z filmami Patryka Vegi jest jak z kebabem w nadmorskim kurorcie, raz jest Ci dobrze w środku i chcesz więcej, a raz tak Cię skręca, że musisz biec do kibla zanim zobaczysz koniec. Reżyserowany przez niego serial o policjantach z 2005 roku jest świetnym dramatem, od którego trudno się oderwać, natomiast „Ciacho”, to bardzo nieśmieszny żart, który miał być 30-sekundową reklamą podpasek na TVNie, ale zrobili z niego dwugodzinny film, bo znalazło się więcej reklamodawców.

Do której z tych grup zalicza się „Botoks”, który z jednej strony jest jechany z góry na dół, a z drugiej, miał najlepsze otwarcie w 2017 roku pod kątem zysków ze sprzedaży biletów? Po części do obu.

„Botoks” jest beznadziejny bo…

…to „Pitbull 4″. Widząc zarówno zwiastun, plakat, jak i aktorów występujących w filmie, ma się nieodparte wrażenie, że to kontynuacja sesacyjniaka o policjantach. I w trakcie seansu, już po kwadransie nie ma wątpliwości, że tak jest. Tyle, że policyjne mundury zastąpiono lekarskimi fartuchami, Stramowski ma dłuższe włosy po bokach, a Oświeciński zapuścił brodę.

Poza tymi detalami, to bardzo wierna kalka z tym samymi schematami fabularnymi, ujęciami, montażem i wiecznie wkurwionymi bohaterami. I tym razem nie działa.

…ten film to chaos. Tak jak w poprzedniej części, mamy milion postaci, trzy miliony wątków, i siedem miliardów anegdotek. Jest pato-laska robiąca karierę od zera do senior sales managera, jest trauma powypadkowa, jest eutanazja, jest aborcja, jest transseksualizm, jest współżycie z psem, jest zdrada, jest toksyczny partner, jest nawet gwałt na nieboszczyku i leki homeopatyczne.

Jest po prostu wszystko, jakby Vega był na studiach i zrobił zapiekankę z resztek jedzenia, które zostało mu w lodówce, nie zwracając uwagi, czy to śledzie, czy ananas.

…chuj, kurwa, jebać, chuj. Nie mam absolutnie nic przeciwko wulgaryzmom – bo sam ich używam i w życiu prywatnym, i w tekstach na blogu – o ile ich pojawienie się jest uzasadnione. Wiecie, emfaza i te sprawy. W „Botoksie” niestety nie jest. Tu już nawet nie używa się „kurew” zamiast przecinków. Tu „kurew” używa się zamiast słów. I o ile jeszcze w poprzednich częściach, gdzie próbowano pokazać twardy, gangsterski świat, mogłem przymknąć na to oko, o tyle w epizodzie rozgrywającym się w szpitalu, od tego przekoloryzowania dostajesz epilepsji.

Żeby nie było, ja rozumiem stylizację językową w celu urealnienia postaci, ale znam kilku młodych lekarzy – i kilku niemłodych też – i nawet po butelce Piccolo na głowę nie rzucają mięsem z taką częstotliwością. I to w sytuacjach, w których pije się Piccolo, a co dopiero w pracy.

…Oświeciński. Jestem pewien, że Tomek jest mega spoko gościem i można by z nim Świeżaki kraść, ale póki co, to kulturysta jednej roli. Gra na tyle, na ile potrafi, w kółko to samo, a nawet najlepszy żart powtórzony drugi raz już tak nie śmieszy. Żart z Oświecińskim jest dość przeciętny, a powtarzają go tu po raz trzeci.

…reżyser udaje, że to film zaangażowany społecznie.

Nie wiem, czy do tej pory ogarnęliście, co dzieje się w „Botoksie”, ale jeśli nie, to Wam na szybko streszczę. Jest pato-rodzina: pato-koks, pato-meliniara, pato-matka i pato-ojciec, matka się zapija na śmierć, potem jest JEEEEB, ojca potrąca samochód, potem są wrzutki na homoseksualistów, potem jest kobieta, w której zaklinował się penis jej psa, potem jest koleś z butelką w dupie, potem jest aborcja, potem znowu jest JEEEEEB, typ spada z motocyklu waląc dyńką o beton, potem jest szybkie ruchanko, potem Agnieszka Dygant ma depresję, potem Olga Bołądź zostaje karierowiczką, potem Piotrek Stramowski masturbuje się przy Mariecie Żukowskiej, potem znowu jest JEEEEEB, a potem Kasia Warnke płacze, bo jest w ciąży, a zrobiła 721 aborcji innym babkom, a w międzyczasie Janusz Chabior rzuca rymowanki pokroju entliczek-pentliczek, tylko wstawiając „chuje” w środku, a potem znowu jest JEEEEB, cukier puder w tabletkach, żart z ruchania trupa i ćpanie opiatów do nosa.

I gdzieś w tym wszystkim ma być misja i głębszy przekaz. I go nie ma.

To jest w ogóle główny problem tego filmu, że autor nie wie, czy chce zrobić przegląd dowcipów o lekarzach, czy „Big Short”, tylko z medycyną estetyczną zamiast gry na giełdzie, czy jednak dramat pokazujący ciemne oblicze aborcji. I przez to „Botoks” bardzo dużo traci, bo gdyby Vega na samym początku określił czym ma on być, a potem w trakcie realizacji wykazał się samodyscypliną i tego trzymał, to może mielibyśmy to, co w „Nowych porządkach”. Czyli  dobre kino rozrywkowe, które nie udaje, że jest czymś więcej.

A tak mamy chybocący się wiatrak z lekarskich stereotypów, na stelażu z aborcji i łapówek, napędzany wulgaryzmami.

 

„Botoks” nie jest beznadziejny bo…

…Katarzyna Warnke, Marieta Żukowska, Agnieszka Dygant. Panie grające w filmie są chyba najjaśniejszą jego stroną. Stają na rzęsach, żeby ich postacie nie były papierowe, i nie przewracają się. Lekarki są pełnowymiarowe, namacalne i nawet, gdy każdej z nich przydarza się ciąg zdarzeń zarezerwowany dla całego pokolenia lekarzy, przeżywamy to razem z nimi, mimo wszystko wierząc w ich istnienie. A pomijając już warsztat aktorski, Marieta Żukowska wygląda tak ślicznie w tych krótkich włosach, że mógłbym przez te 135 minut tylko patrzeć jak się śmieje i płacze na przemian.

…Vega nie bierze jeńców. Mimo, że reżyser zrobił z Warszawy niskobudżetowe Ghotam City, gdzie rolę Jokera przejmuje szefowa koncernu farmaceutycznego zatrudniającego same laski, to ta karykatura i przeginanie ma swój urok. Oczywiście miałaby go dużo więcej, gdyby nie dorabianie kiepskiej ideologii, ale i tak, poruszanie mocnych tematów bez półśrodków, wstyd się przyznać, jakoś mnie przyciąga. W końcu to nie kolejna ckliwa produkcja z Karolkiem, gdzie ludzie używają jednorazowych maszynek do golenia tylko raz, i w przypływie gniewu warczą „motyla noga”.

…są emocje. Czyli główny powód, który nie pozwala mi skreślić czwartej części „Pitbulla”.

Może mam mało wyrafinowany gust, ale naprawdę kilka scen w tym filmie mnie zaciekawiło i jakoś poruszyło. Mimo, że nie zgadzam się z przedstawionym w nim stanowiskiem na temat usuwania ciąży, to skłamałbym, gdybym powiedział, że nie przeszedł mnie dreszcz, gdy widziałem moment wykonywania tego zabiegu. Albo moment porodu. A nawet moment cięcia warg sromowych. Fakt, że może są to obrazy zbyt naturalistyczne i skalkulowane na szokowanie, ale – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, po tym wszystkim, co wcześniej napisałem – ruszyły mnie i choć przez chwilę zmusiły do refleksji.

A o to właśnie w wytworach kultury chodzi.

 

Czy warto iść na „Botoks” do kina?

Podsumowując wszystkie za i przeciw, a przede wszystkim biorąc po uwagę, że przed filmem pojawiło się logo Showmaxu: nie, nie warto iść na „Botoks” do kina. Chyba, że macie darmowe bilety z Multisporta, ale jeśli płacilibyście za nie normalnie, to film nie jest na tyle rozrywkowy, żeby się na nim bawić, ani na tyle dramatyczny, żeby doznawać w trakcie seansu katharsis. Można natomiast poczekać dwa miesiące, aż pojawi się na Showmaxie i założyć darmowe konto na 14 dni, by go obejrzeć.

Nie jest to ani taka poracha jak „Smoleńsk”, ani taki kozak jak „Drogówka”, ot typowy średniak. Seans raczej Cię nie rozwinie intelektualnie, ale też nie powinien bardzo zubożyć.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z materiałów promocyjnych filmu „Botoks”