Close
Close

Momentami nie dziwię się, że Polacy nie czytają książek

Skip to entry content

Od urodzenia, aż do połowy liceum nienawidziłem czytać książek i większość mojej biblioteczki to były pozycje z serii „Strrraszna historia”. Z czytaniem lektur odpadłem gdzieś na etapie „Janka muzykanta”, a potem zacząłem rzucać na tacę w podzięce za streszczenia. Torturowany „Dziećmi z Bullerbyn”, z „Krzyżakami”, czy „Potopem” nawet nie próbowałem się mierzyć. Odpadałem przed końcem pierwszego rozdziału i sięgałem po bryka. Książki kojarzyły mi się z karą. Byłem raczej grzecznym dzieckiem, ale gdy zdarzało mi się podpalić dom sąsiadów, babcia nie wyciągała pasa, tylko kazała siąść do „Pana Wołodyjowskiego”. Zazdrościłem dzieciom, które miały po prostu szlaban na telewizor. Czytanie było dla mnie cierpieniem i nie rozumiałem, jak ktoś mógł to robić z własnej woli.

Wszystko się zmieniło, kiedy kumpel namówił mnie na przeczytanie „Gry” Neila Straussa. Nagle okazało się, że pokonywanie kolejnych stron nie musi być bosym spacerem po szkle, bo nie dość, że forma wchodziła bez popijania, to jeszcze treść miała cokolwiek wspólnego z moim życiem. A konkretnie była odpowiedzią, na wiele bieżących bolączek. Pochłonąłem ją w kilka dni, a gdy skończyłem, pojawiło się we mnie dziwne uczucie. Uczucie, którego dotąd nie znałem i o które nigdy wcześniej bym się nie podejrzewał.

Chciałem przeczytać jeszcze jedną książkę.

W 2017 roku 62% Polaków nie przeczytało żadnej książki. Ponad połowa narodu przez bite 365 dni nie miała w swoich rękach nawet jednej pozycji. Jako osoba, która pisze, a przede wszystkim z tego pisania żyje, powinienem się oburzać, że Polacy nie czytają książek i rzucać w nich piorunami, ale szczerze mówiąc, momentami im się nie dziwię. Zwłaszcza widząc, jak zachowują się „bibliofile” i „miłośnicy literatury”. Czasami jest mi zwyczajnie za nich wstyd.

Czemu?

Sugerowanie, że osoby czytające są lepsze

Słyszeliście kiedyś, żeby ktoś uważał się za nadczłowieka, tylko dlatego, że słucha muzyki? Nie konkretnego gatunku, czy zespołu, po prostu muzyki? Albo, żeby jakiś kinomaniak manifestował wyższość nad resztą społeczeństwa, bo spędza każde popołudnie przed ekranem? Jak nadętym egocentrykiem trzeba być, żeby wmawiać reszcie ludzi, że jest się lepszym, tylko dlatego, że konsumuje się dany rodzaj wytworu kultury?

Co najśmieszniejsze, „miłośnicy literatury” uważają się najczęściej za niezwykle oświeconych, jednocześnie zupełnie nie zauważając, że to nie forma danego wytworu decyduje o jego wartości, tylko bezpośrednio sam wytworu. Jak można uznać, że książki wyłącznie dlatego, że są słowami na papierze, są lepsze niż albumy muzyczne, czy filmy? Trzeba mieć klapki na oczach, żeby stwierdzić, że książki z samej definicji niosą ze sobą więcej emocji i treści, niż choćby gry wideo.

To tak jakby powiedzieć, że spodnie są lepsze od butów, bo powstały w historii ludzkości jako pierwsze. Głupie, co?

Gardzenie osobami, które nie czytają

Dawanie do zrozumienia osobom nieczytającym przez osoby czytające, że wyłącznie przez brak kontaktu z literaturą są gorsze, jest w naszym kraju na porządku dziennym. W telewizji, w radiu, w internecie, słyszymy, że to wstyd nie czytać książek i skromne czytelnicze CV źle świadczy o człowieku. Tak jakby sam fakt kontaktu ze zdaniami wydrukowanymi na papierze sprawiał, że komuś rośnie współczynnik IQ.

Rynek wydawniczy jest przecież pełen gówno-książek i pseudoliteratury, która robi więcej złego niż dobrego. Choćby książka Beaty Pawlikowskiej o depresji, czy Karoliny Szostak o odżywianiu. Samo przerabianie drzew na pokryty tuszem papier nie sprawia, że ktokolwiek staje się mądrzejszy. Ważniejsze od pytania „czy czytasz?” jest „co czytasz?”. Co z tego, że spędzasz każdy wieczór z Kindlem w dłoni, jeśli masz na nim „50 twarzy Greya”?

I jeszcze to hasło „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. Gratuluje doboru partnera seksualnego pod kątem rodzaju konsumowanych wytworów kultury bez sprawdzania jakiej są one jakości. Nie mówiąc o tym, że jakoś do muzyki nie zachęca się ludzi przekazem „nie słuchasz = jesteś chujowy”. Wyobrażacie sobie, że jakaś wytwórnia filmowa próbowałaby przyciągnąć do ich nowej produkcji ludzi, mówiąc im wprost, że są beznadziejni, bo nie oglądają ich filmów? Nie ma to jak kogoś obrazić, żeby sprzedać mu swój produkt. Poczułeś się zachęcony?

Masturbowanie się do swojej biblioteczki

Tak jak nie czuję się jakoś specjalnie wyjątkowy przez to, że myję zęby, tak samo nie miałem poczucia, że przynależę do jakiejś osobnej grupy społecznej wyłącznie przez to, że czytam książki. Okazało się, że jak zwykle nie miałem racji. Na Facebooku jest sporo grup „czytelniczych”, przeznaczonych dla „prawdziwych miłośników literatury”, na przemian licytujących się między sobą, kto z nich jest największym bibliofilem i onanizujących do przeczytanych tytułów.

Przykładowy post? „Miałam kupić dziecku buty, ale trafiłam na wyprzedaż w Matrasie i już po wypłacie, hihihi”. Albo: „Spóźniłam się 3 godziny do pracy, ale przecież nie mogłam zostawić niedokończonego rozdziału #robotaniezając”. Ewentualnie: „Gdyby w Twoim domu wybuchł pożar i miałbyś wybór: uratować swoją rodzinę albo biblioteczkę, to ile tomów <Gry o tron> byłbyś w stanie unieść?”. I oczywiście masowe spamowanie fotami harlekinów trzymanymi na gołych nogach z patetycznym opisem, jakby to była jakaś „Iliada”.

Po setnym brandzlowaniu się do tego, że ktoś kupił siatkę kryminałów Mroza i siostra będzie musiała odwołać ślub, bo nie wyjdzie domu, dopóki nie skończy czytać, musiałem przemyć oczy spirytusem. Nigdy nie wiadomo, czy to nie jest zaraźliwe.

Fetyszyzowanie czytania

W moim odczuciu to największa bariera, która blokuje ludzi zupełnie nieczytających przed sięgnięciem po pierwszą książkę. Mam wrażenie, że kontakt z literaturą, za sprawą głównych zainteresowanych, urósł do rozmiarów takiego odchyłu jak jedzenie pizzy sztućcami. Media literackie pompują wokół książek atmosferę wyjątkowości, jakby Pan Jezus zeszedł z niebios i sam własnymi rękami zapisał te wszystkie strony, przez co większość ludzi się tego boi, bo czytanie nie jest przedstawiane jako coś zupełnie normalnego i naturalnego.

Mimo że kinematografia ma swoje festiwale, nagrody i też całą szopkę, to filmy nie są komunikowane jako dar od Boga zarezerwowany dla wybranych, tylko jak rozrywka. Dla śmiertelników. Literatura jest dokładnie tym samym, ale klęka się przed nią i pada na twarz, jakby chodziło o bliskie spotkanie trzeciego stopnia, a nie po prostu miłe spędzenie czasu. A właśnie to robi większość książek, dokładnie to samo, co wszystkie inne wytwory kultury: pomagają miło spędzić czas.

Po prostu.

Co zrobić, że więcej osób czytało książki?

Wrzuć na Facebooka, Instagrama albo Twittera zdjęcie ostatniej pozycji, która złapała Cię za serce i powiedz, z jakiego powodu warto po nią sięgnąć. Bez zadęcia i patetycznych gadek. Jeśli czytelnicy nie będą pokazywać, że czytanie jest naturalną czynnością i mówić o książkach na luzie, tak jak się mówi o filmach Marvela, to skąd osoby nieczytające będą miały wiedzieć, że warto się nimi zainteresować?

Nic nie ma takiej siły przebicia jak pozytywna rekomendacja. Myślisz, że wódka sprzedaje się tak dobrze dlatego, że osoby pijące zachęcają innych słowami „to wstyd, że w tym roku nie wypiłeś jeszcze ani jednego kieliszka”?

(niżej jest kolejny tekst)

14
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
11 Comment authors
WandaActivesportswearIzaPewSaga Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Cichy
Gość

Mnie przy czytelnictwie rozwala jeszcze jedno – fetyszyzowanie papieru. Nie dość, że niektórzy dostają orgazmu na samą myśl o książce, to jeszcze koniecznie musi to być książka papierowa. Ebook czy audiobook są dla plebsu, prawdziwy koneser kocha ten ciężar, szelest papieru, zapach farby. Jak się tego słucha, to mam wrażenie, że gadam z ćpunami, którzy książek nie czytają, a jedynie nacierają się nimi i wdychają farbę drukarską. Jakby im dać ładnie wydany egzemplarz „Mein Kampf” to pewnie też by się do niego tulili i pokątnie ocierali się o niego.

Shakuahi
Gość
Shakuahi

Ta cała walka papier vs. ebooki dla mnie jest niedorzeczna. Ja mam proste podejście – są książki, które kupuję w formie ebooków, bo podejrzewam, że przeczytam je raz, są książki, które kupuję w wersji papierowej bo po pierwsze posiadanie własnej biblioteczki to jest marzenie, które mam od dziecka i też nie ukrywam, lubię zapach papieru i szelest książek. I w sumie przez ten dualizm to obrywa mi się od wszystkich – jedni grzmią, że ebook to nie książka, drudzy, że te moje pragnienie posiadania biblioteczki to debilne marzenie i w ogóle to minimalizm elo. I to mnie najbardziej denerwuje, bo… Czytaj więcej »

Iza
Gość
Iza

Shakuahi, tak bardzo tak!! Mam identyczne podejście i za każdym razem muszę się tłumaczyć dlaczego akurat daną książkę czytam na Kindlu, a inną mam w wersji papierowej. Głupota jak nic ;)

Saga
Gość

Nawet dzieciaki mnie pytają, czy książka przeczytana na ebooku się liczy…

Adam
Gość
Adam

Krążą po świecie takie listy książek, w rodzaju: „100 książek, które każdy powinien przeczytać”. Kiedyś taką jedną przejrzałem i okazało się, że zaliczyłem z tej listy 4 książki, z czego 3 były obowiązkowymi lekturami. Poczułem się gorszy, głupszy i w ogóle intelektualnie niedorobiony, ale na szczęście szybko mi przeszło :)

Agata
Gość

Z tymi listami (a w sumie listą najpopularniejszą, czyli BBC) jest sytuacja o tyle zabawna, że dotyczy literatury głównie anglosaskiej, i jest spisem, jakie książki „powinien” przeczytać każdy Brytyjczyk ;) Siłą rzeczy, jest więc listą nieprzystosowaną pod inne kraje, które mają swoje dzieła kultury, które choćby ze względu na odniesienia historyczne i język używany tylko w danym kraju, będą wiekopomnymi dziełami tylko tam :)

Marta
Gość
Marta

Przed chwilą skończyłam słuchać podcast na ten temat, a tu pojawia się Twój post :) Polecam „KOTCAST S01E01: CZY KSIĄŻKA TO TYLKO PRZEDMIOT? CZYTAM, WIĘC JESTEM LEPSZY!”: https://www.youtube.com/watch?v=lf1_I8uwlkk

Shakuahi
Gość
Shakuahi

W fejsbukowej grupie miłośników książek wytrzymałam jakieś 3 tygodnie. To było w sumie ciekawe przeżycie. Dla mnie czytanie jest właśnie tym, co napisałeś na końcu – czymś naturalnym, normalnym. W domu, w którym się wychowywałam było zawsze dużo książek, więc od małego czytałam. Mój tata jest spawaczem, mama rolnikiem, nigdy mi więc w głowie nie postała myśl, że te czytanie to jest coś elitarnego czy inteligenckiego. Oczywiście nie żyję w dżungli, zauważyłam te wszystkie kampanie traktujące czytanie jako coś wspaniałego, robiącego z czytelników prawie półbogów, ale traktowałam to jako taką trochę fanaberię, bo w głowie mi się nie mieściło żeby… Czytaj więcej »

Pew
Gość
Pew

„To” czytanie* :)

Pew
Gość
Pew

Z jednej strony się zgadzam ale z drugiej nie – chociażby wracając do kwestii wyższości książki nad filmem. Jestem na tyle otwarta, że potrafię uznać film lub grę jako dzieło samo w sobie dobre, oryginalne i ciekawe, a także przekazujące emocje czy generujące wiele przemyśleń. Ale z tą wyższością to zwykle chodzi klubowi bibliofila o adaptacje i ekranizacje – które niestety w większości bez pierwowzoru (oryginału w postaci książki) wypadają bardzo słabo i często nie są w stanie się same obronić. I myślę, że na tym polega ta „lepszość” książek. Jako pierwsze potrafią przekazać jakąś myśl, której czasem w filmie… Czytaj więcej »

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Czemu kampania społeczna z Rozenek, Lis i Rosati jest zła?

Skip to entry content

Showmax – platforma streamingowa konkurująca z Netflixem – kilka dni temu wypuścił spot z Małgorzatą Rozenek-Majdan, Hanną Lis i Weroniką Rosati. Wideo jest zarówno kampanią społeczną, jak i materiałem promującym drugi sezon serialu „Opowieść podręcznej”. Serial ów uważam za mistrzowski i z kategorii „właśnie po to wymyślono urlop na żądanie”, do pań biorących udział w akcji stosunek mam żaden, natomiast sam spot uważam za zły, niepotrzebny, a przy głębszym zastanowieniu, nawet szkodliwy.

Dlaczego? Zacznijmy od początku.

O czym jest serial „Opowieść podręcznej”?

O tym, co się stanie, jeśli PiS jeszcze kilka razy wygra wybory.

Akcja ma miejsce w Stanach Zjednoczonych i jest wizją przyszłości, w której patologicznie religijne ugrupowania obalają rząd i pozbawiają płodnych kobiet jakichkolwiek praw. Przez to, że są w stanie rodzić dzieci, nie mogą decydować o swoim ciele (brzmi znajomo?), życiu, ani niczym innym. Zostają zredukowane do chodzących macic i są gwałcone przez mężczyzn na wysokich stanowiskach. Oczywiście w imię Boga.

O czym jest spot reklamowy z Rozenek, Lis i Rosati?

O tym, żeby nie hejtować w internecie.

Co ma wspólnego spot z serialem?

Nie mam pojęcia, ale chętnie bym się dowiedział.

Czy hejtowanie celebrytów prowadzi do utraty praw człowieka?

„Weronika Rosati, Hanna Lis i Małgorzata Rozenek-Majdan nie godzą się na ocenianie z powodu płci, a Ty?” pyta opis filmiku i odpowiadam na to pytanie twierdząco: tak, ja też się nie godzę na ocenianie z powodu płci. Tyle, że spot pokazuje coś zupełnie innego. Przytoczone w wideo negatywne słowa, które słyszą pod swoim adresem bohaterki kampanii nie wynikają z tego, że są kobietami, tylko z tego, że są sławne i bogate.

Mieć takie predyspozycje i tak się zeszmacić? Trzeba mieć mózg ameby i wyjątkowy talent.

Nie cierpiałem jak ta cholerna lisica otwierała paszczę na wizji. Modulowała tym sztucznym głosem jakby była dziennikarką, a to zwykła szmata.

Napuchła, ciekawe od czego? Wygląda jak trup wyciągnięty z wody po kilku tygodniach.

Z metra cięty krasnal z dużym łbem.

Nie rozumiem jak człowiek na poziomie, prawniczka, może się zamienić w takie coś. Regres umysłowy, czy o co chodzi?

Tego typu komentarze znajdziecie na Pudelku zarówno pod niusami o celebrytach płci męskiej, jak i żeńskiej. Przytyki o szmaceniu się i graniu w reklamach, słabych filmach, czy występowaniu w niejakościowych programach kierowane są bez podziału na płeć. Podobnie jak uwagi związane ze zmianami wizerunkowymi. Jak ktoś ma wątpliwości, to niech sprawdzi profil Lewandowskiego, gdy zmienia kolor włosów. Albo choćby Ekskluzywnego Menela, kiedy ubierze się mniej stereotypowo.

Nie zrozumcie mnie źle, absolutnie nie popieram tego typu komentarzy, ale jad w stronę osób działających w showbiznesie sączy się bez podziału na płeć. Dlatego nie rozumiem co filmik z przeglądem internetowego bólu dupy ma wspólnego z ubezwłasnowolnieniem kobiet? Jak niechęć jakiejś Andżeliki do Perfekcyjnej Pani Domu przekłada się na pozbawienie praw człowieka? Gdyby to działało w ten sposób, to Siostry Godlewskie już dawno zostałyby konstytucyjnie zdegradowane do poziomu gadżetów erotycznych, a paradoksalnie skutek jest zupełnie odwrotny.

Najgorsze co możesz zrobić, to przekonać hejtera, że to co robi jest skuteczne

Na początek kilka szybkich pytań i odpowiedzi wprowadzających do tematu, a potem mini-quiz.

Czemu złodziej kradnie? Bo chce mieć więcej pieniędzy.

Czemu alkoholik pije? Bo chce polepszyć sobie samopoczucie.

Czemu pirat drogowy łamie przepisy? Bo chce szybciej dotrzeć do celu.

Czemu hejter rzuca w kogoś gównem?
a) bo bardzo go lubi i w ten sposób chce wyrazić swoje uznanie
d) bo ma cudowne życie i chce zarazić miłością do świata drugą osobę
c) bo chce się wyżyć i poczuć się lepiej sprawiając komuś przykrość
d) pomidor

Póki co potrzymam Was w niepewności co do poprawnej odpowiedzi, a teraz wróćmy na chwilę do kampanii Showmaxu. Jaki jest jej przekaz? Słowa mogą ranić, wirtualna nienawiści ma realne skutki, dla Ciebie to śmieszny komentarz, dla kogoś rysa na psychice. Innymi słowy: hejterzy mają moc, a ich działania są skuteczne i pozwalają osiągnąć założony cel.

Jeśli miałeś jakieś wątpliwości, to hejterzy hejtują właśnie po to, żeby komuś dopierdolić i sprowadzić go na parter, a potem wytrzeć nim podłogę, bo dzięki temu nie tylko ich świat jest wymalowany emulsją z gówna, ale również czyjś. Mówienie im więc, że to co robią przynosi efekt, wyłącznie ich nakręca. Przekazywać w kampanii społecznej, że nienawiści w internecie może zniszczyć komuś życie, to mniej tak jakby powywieszać billboardy „Zwolnij! Przekraczając prędkość szybciej dojedziesz na miejsce!”, albo „Nie pij! Odurzając się alkoholem zapominasz o problemach!”.

Im przecież właśnie o to chodzi.

Przekaz naiwny jak przedszkolak

„Powiedz stop nienawiści!” podnosi głos Gosia Rozenek, „walcz o swoje prawa!” pewnie rzuca Hania Lis, „zareaguj!” z troską mówi Wera Rosati. I jestem im mega wdzięczny za te odkrywcze rady, tylko mam jedno mało pytanie: JAK?

Myślę, że w 2018 roku, po głośnych samobójstwach pod wpływem szykanowania w sieci, nikogo nie trzeba przekonywać, że hejt jest negatywnym zjawiskiem, z którym trzeba coś zrobić. A z pewnością nie trzeba przekonywać osób, które aktywnie korzystają z internetu – bo właśnie tam emitowana jest reklama. Nie na kółkach różańcowych, nie w osiedlowych bibliotekach. Na YouTubie i na Facebooku.

Odkryliśmy media społecznościowe już jakiś czas temu, teraz przydałoby się nauczyć ludzi jak ich używać. „Reaguj na hejt”, super, dzięki za info, tylko jak? Wejść w dyskusję? Wysłać zrzut ekranu do pracodawcy? Ulepić własną kulkę z gówna i oddać prowodyrowi? Zadzwonić do Komisarza Alexa, żeby wjechał z psami na Facebooka? Kiedy ktoś w internecie wylewa na mnie zawartość kompostownika, nie potrzebuję od prezenterki telewizyjnej rady pod tytułem „zrób coś z tym”. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że powinienem coś z tym zrobić. Nie potrzeba mi odpowiedzi na pytanie „czy reagować?”, tylko instrukcji tłumaczącej „jak to zrobić?”. Jak walczyć o swoje prawa? Jak? Jak? Jak?

„Powiedz stop nienawiści” w tej sytuacji brzmi jak podejście do bezdomnego z kartką „powiedz stop niezarabianiu pieniędzy”.

Czy to źle, że serial reklamuje kampania społeczna?

Nie mam zupełnie problemu z podczepianiem działań prospołecznych pod komercyjne produkty. O ile całość jest zrobiona z głową. Przykładowo, jeśli Unimil albo Durex robią akcje edukujące w zakresie chorób przenoszonych drogą płciową, a w tle pojawiają się prezerwatywy i wykonanie zmusza dłonie do uderzania o siebie, to super. Ale tu nie jest super. Jest dwa na szynach. Pomijając wszystkie kwestie, o których pisałem wcześniej i fakt, że Hanna Lis i Weronika Rosati wypadają w tym spocie wyjątkowo nieprzekonująco, to cała ta „idea walki z hejtem” jest doklejona do samego serialu kompletnie na siłę.

Jedynym aspektem tej akcji, przy którym można postawić plusik, to fakt przekazywania 1zł na Centrum Praw Kobiet w zamian za 1 udostępnienie reklamy. Co prawda, wygląda to na wyrachowane kupowanie taniego zasięgu, ale jakie by nie były pobudki, miło, że słuszny cel zostanie wsparty jakimkolwiek hajsem.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne jest, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.