Close
Close

Czego uczy nas przedawkowanie narkotyków przez Mac Millera?

Skip to entry content

W piątek poinformowano o śmierci Mac Millera, jednego z popularniejszych białych amerykańskich raperów, który zaczął karierę muzyczną jeszcze jako nastolatek. Zmarł w wieku 26 lat w swojej willi w Los Angeles po przedawkowaniu kodeiny. Fani przez cały weekend opłakiwali odejście swojego idola, przy okazji obwiniając za tę tragedię jego byłą partnerkę – Arianę Grandę – która, według ich teorii, kończąc związek z raperem miała tym samym pchnąć go w objęcia narkotyków. Inni muzycy z kolei apelowali do swoich fanów o niećpanie, przekonując, że używki są złe.

Zaczął się nowy tydzień, symboliczna minuta ciszy minęła, więc można już wrócić do normalności. I w kolejny weekend znów być wykonawcą gloryfikującym w swojej twórczości stan odurzenia się lub słuchaczem, wierzącym, że bez blancika z rana nie ma sensu zaczynać dnia.

Podejrzewam, że ksywa gościa z nagłówka większości z Was nic nie mówi, a nawet, gdyby mówiła, to przecież nie jest on jednym z Waszych bliskich, żebyście jakoś specjalnie przeżywali jego odejście. Mimo to, zachęcam Was do pochylenia się nad jego śmiercią, a raczej nad wydarzeniami, które do niej doprowadziły i tłem tej historii. W czasach, w których sławę i pieniądze przedstawia się jako główną drogę do szczęścia, zgon celebryty z przedawkowania narkotyków, może nas wszystkich nauczyć kilku rzeczy.

Pieniądze szczęścia nie gwarantują

Niby oczywistość, do momentu, aż w internecie pod artykułem o jakiejś gwieździe nie trafisz na komentarz typu „jakie ona może mieć problemy jak ma tyle pieniędzy?”. No, może. Może mieć w chuj problemów z Urzędem Skarbowym i jeszcze więcej ze zdrowiem psychicznym. Michael Jackson za swój majątek mógł kupić wszystkie prawa do komedii romantycznych z Karolakiem i je spalić, a mimo to nie był szczęśliwym człowiekiem. Kurt Cobain również nie musiał chodzić do Biedronki z kalkulatorem w ręce, a mimo to, skończył tak jak skończył.

Brak pieniędzy potrafi dać w kość, ale ich dostatek wcale nie sprawia, że automatycznie jesteś wolny od zmartwień.

Więcej ludzi wokół Ciebie, nie oznacza większego zainteresowania Tobą

Dla milionów fanów jesteś awatarem, z którym chcą sobie zrobić tylko zdjęcie, dla kolegów po fachu konkurencją, a dla współpracowników maszynką do robienia pieniędzy. Człowiekiem najczęściej jesteś wyłącznie dla najbliższej rodziny i garstki przyjaciół, choć jeśli żyjesz w Stanach, a karierę zacząłeś jeszcze jako dziecko, to tak naprawdę dla nikogo. To, że pierdyliard ludzi śledzi na Instagramie, co jadłeś na śniadanie i jak wyglądasz z uszami psa, nie znaczy, że masz z kim pogadać i nie czujesz się samotny. Znaczy wyłącznie, że jesteś obserwowany.

Każdego dnia.

Związek nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów

W zasadzie to żadnych, poza dylematem z kim spędzić Walentynki.

Mac Miller przez 2 lata był w związku z Arianą Grandę, ultra popularną popową piosenkarką. Śliczna i utalentowana. Faceci kierujący się wyłącznie powierzchownością przy wyborze partnerki stwierdziliby, że z taką to konie kraść i poza familijną paczką prezerwatyw, nic więcej od życia już nie potrzebują. Dziewczyny studiujące eksternistycznie cytaty o miłości na Demotywatorach, doszłyby do podobnych wniosków.

Patrząc na to z boku, można by zapytać: co mogło pójść nie tak? Odpowiedź jest prostsza niż droga spod Bagateli do Mariackiego: wszystko.

Jeśli wnosisz do związku depresję i uzależnienie od narkotyków, to naprawdę, wszystko może pójść nie tak. Bycie z osobą, która pociąga Cię intelektualnie i rozumie na poziomie emocjonalnym jest super. Naprawdę, mało rzeczy na świecie jest w stanie przebić taką więź dusz. Tyle, że nawet jeśli zajebiście się rozumiecie, to to nie sprawi, że bagaż, który niesiesz, nagle zniknie. Partnerka może pomóc Ci się go pozbyć, kierując Cię na terapię i wspierając w trudnych chwilach, ale nie zdematerializuje go siłą woli. A tym bardziej nie powinna próbować nieść go razem z Tobą, bo jedyne czym to się skończy, to wpakowaniem się przez nią w to samo gówno, w którym tkwisz Ty.

Dlatego obwinianie Ariany Grande przez fanów Mac Millera za jego śmierć jest absurdalne i dowodzi tylko niewiedzy z zakresu terapii uzależnień.

Uciekanie od życia nie sprawia, że radzimy sobie z nim lepiej

Narkotyki, alkohol, media społecznościowe, seriale, seks, zakupy stymulują nas. Wciągają. Przenoszą w inny świat. Każdy raz na jakiś czas potrzebuje odskoczni, zapomnienia o codzienności i nie ma w tym nic złego. Złe jest wpadanie w uzależnienie. Zastępowanie tego co realne, tym co urojone. Jeśli notorycznie brniesz przez życie na haju, bo na trzeźwo wszystko Cię przerasta, to prędzej, czy później trafiasz na przeszkodę, której nie jesteś w stanie pokonać w żadnym stanie. Ani odurzony, ani czysty. I przelatujesz przez barierkę dachując na poboczu.

Im dłużej korzystasz z bocznych kółek do rowerka w postaci używek, tym trudniej Ci pedałować bez nich. Uzależnienie jest dobrym kompanem na drodze życiowej, tylko pod warunkiem, że zamierzasz iść naprawdę krótko.

Czego tak naprawdę uczy nas śmierć Mac Miller?

Niezależnie ile mamy pieniędzy, jak sławni jesteśmy i z jak topowymi modelkami sypiamy, jeśli nie zrobimy czegoś, by rozwiązać nasze problemy, to same się nie rozwiążą. Będą się kumulować do chwili, aż nie będziemy w stanie ich unieść, a później nas przygniotą. I całkiem możliwe, że zabiją.

Jeśli jest coś, co Ci ciąży, przesłania słońce i odbiera szczęście, to idź na terapię. Dla wszystkich będzie lepiej, jeśli zarobi na Tobie psychoterapeuta, a nie producent trumien.

(niżej jest kolejny tekst)

4
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
ShakuahiKorneliaKasiaEmilia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Emilia
Gość
Emilia

Bardzo polecam ostatnie zdanie. Nawet dwa razy, albo i trzy. I może nawet więcej.

Kasia
Gość
Kasia

Tekst bardzo trafia w punkt. Niestety co jakiś czas słyszymy o sławnych ludziach, którzy przedawkowali lub popełnili samobójstwo, ale tak na prawdę to po nas spływa. Tak jak napisałeś, traktujemy ich jak awatary, coś na kształt bogów greckich, którzy żyją na Olimpie o wiele bardziej destrukcyjnym niż ten starożytny. I tak myślimy, że przecież zapracowali na to sami, to był ich świadomy wybór, mieli możliwość pójścia na terapię do najlepszych ośrodków, stać ich na to było. Ale czy na pewno ? … Polecam choć jedną taką nieżyjącą osobę zdjąć z piedestału zapoznać się np. filmem lub książką na jej temat.… Czytaj więcej »

Kornelia
Gość

A to racja… żadne pieniądze, najpiękniejsza partnerka i powodzenie w biznesie nie pomogą. Najważniejsze, to potrafić poradzić sobie z własnymi problemami.

Shakuahi
Gość
Shakuahi

Już kilka razy podchodziłam do skomentowania tego tekstu, ale nijak nie potrafię ubrać w słowa tego, co chciałabym przekazać. Powiem Ci, że ja też zawsze na wieść o śmierci jakiegoś artysty reagowałam wzruszeniem ramion. Szkoda człowieka, ale go nie znałam. Dziwiły mnie te zdjęcia zrozpaczonych fanów pod domem czy rozżalone wpisy znajomych na fejsie. Aż rok temu podczas rozmowy telefonicznej narzeczony wspomniał mimochodem, że „ten typ z Linkin Park się powiesił”. Każdy ma chyba taki zespół, który pojawia się w jego życiu w wieku nastoletnim i staje się wielką miłością. Mamy ich wszystkie płyty, paradujemy w koszulkach, jesteśmy gotowi iść… Czytaj więcej »

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Gnocchi, jalapeno, mojito – dobry Boże, jak to wymówić?

Skip to entry content

Kto nigdy nie czuł się jak na memie z nosaczem sundajskim próbując poprawnie wymówić nazwę zagranicznej potrawy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sam kiedyś łamałem sobie język, próbując przekazać kelnerowi, że prosiłbym pizzę bez jalapeno, aż w końcu wziąłem mielonego z ziemniakami. Nie mówiąc już o wizytach w orientalnych knajpach, gdzie najbezpieczniej jest zamówić wodę. Dla wszystkich, którzy chcieliby mieć jednak nieco większy wybór niż gazowana albo bez bąbelków, przygotowałem małą ściągę.

Gnoczi? Dżalapeno? Modżajto? Proseczio? Poniżej poprawne wymowy dań i trunków, które robią dobrze brzuszkowi, ale źle aparatowi mowy.

Mojito – kubański drink na bazie białego rumu z syropem cukrowym, limonką, miętą, wodą gazowaną i kruszonym lodem. Poprawna wymowa to „mohito”, aczkolwiek polska prześmiewcza wariacja na jej temat, czyli „modżajto”, tak mocno weszła w popkulturę, że aż doczekała się dedykowanego profilu na Facebooku – „jedno modżajto dla mojej świni”. Oczywiście nie chodzi o upijanie zwierząt.

Wasabi – chrzan japoński. Kurewsko ostry. To znaczy dla mnie, bo mam kolegów, którzy są w stanie wysmarować nim cała rolkę sushi i połknąć bez uronienia ani jednej łezki, w momencie kiedy ja potrzebowałbym kontenera chusteczek i cysterny wody. Wasabi wymawiamy „łasabi”.

Penne – jak to mawiała mojej świętej pamięci babcia: po prostu rurki. Chyba nie ma Polaka, który by nie jadł tego typu makaronu i nigdy nie przeczytał jego nazwy wyrzucając jedno „n”. Co jest wpadką na poziomie Kaczyńskiego, twierdzącego, że marihuany nie robi się z konopi, bo „pene”, to po włosku penis. Niesmaczne, co? Osobiście nie próbowałem, ale warto zapamiętać, że mówimy „peNNe„.

Chardonnay – hardonej? Hardonaj? Hannah Montana? Blisko, odmiana winorośli, z której robi się wina białe i musujące to „szardone”.

Gnocchi – włoskie kopytka, które z niewiadomego powodu nazywane są makaronem. Mnie nie łapią ani za serce, a tym bardziej za żołądek, ale mają swoich prawdziwych psychofanów, którzy piszą o nich całe piosenki. Jeśli chciałbyś zamówić je w restauracji, powiedz „poproszę niokki”.

Pho – wietnamski rosół, w którym zakochałem się niestety bez wzajemności. W Warszawie są już sieciówki serwujące ten specjał, w Krakowie niby gdzieś tam można znaleźć, ale raczej średniawka i bez podjazdu do oryginalnej. Nie mówiąc o cenach. Zupę z makaronem ryżowym i parzoną wołowiną wymawiamy „fo”.

Fondue – akcja wymyślona przez szwajcarskich górali, polegająca na zatapianiu w garnku z gorącym serem pieczywa albo warzyw. Z czasem ewoluowała też do wersji na słodko, w której ser zastępuje roztopiona czekolada, a zamiast warzyw topi się owoce. W obu wersjach „fądi” jest bardzo pierwsza klasa.

Jalapeno – gwóźdź programu, papryczki, które wykręcają język dwa razy. Pierwszy – kiedy chcesz je zamówić, i drugi – kiedy masz je już w ustach. Kiedy dowiedziałem się, że ich poprawna wymowa, to nie dżalapeno, ani żelipapą, tylko „halapenio”, kamień spadł mi z serca. Już wiedziałem jak prosić o usunięcie składnika, po którym muszę się bunkrować w toalecie.

Curaçao – jak byłem w liceum, to curaçao na imprezie było jak jedzenie na imprezie. Nikt nie mógł uwierzyć, że faktycznie jest i każdy chciał się zaprzyjaźnić z jego właścicielem. Nazwa tego 30-procentowego likieru ze skórek pomarańczy, pochodzi od wyspy Curaçao u wybrzeży Wenezueli i jej poprawna wymowa to „kurasau”. Co zupełnie nie przeszkadzało nam, żeby czytać ją „kurakao” i profanować trunek, pijąc czysty z gwinta.

Prosciutto crudo – królowa szynek! „Prosziutto krudo”, jest surowa i suszona. I oczywiście włoska.

Beaujolais – region we Francji będący zarazem nazwą produkowanego tam rodzaju czerwonego wina burgundzkiego. Dopóki nie zgooglowałem tematu, nawet nie próbowałem wymawiać na głos, bo w życiu nie wpadłbym na to, że „beaujolais” czyta się „bożole”.

Foie gras – cholernie drogi francuski pasztet z kaczych i gęsich wątróbek. Jak będziesz po wypłacie, to proś w Piotrze i Pawle o „fłagra”.

Paella – mistrzowski hiszpański specjał na bazie podsmażanego ryżu z szafranem. Gdy pierwszy raz zjadłem paellę z krewetkami w Barcelonie, popłakałem się ze szczęścia. W dużej mierze dlatego, że po godzinie odbijania się od zamkniętych drzwi, w końcu znaleźliśmy otwartą knajpę w trakcie siesty. O tym, że wymawia się „paeja”, dowiedziałem się dopiero czekając na samolot powrotny.

Prosecco – ambrozja klasy średniej, podawana w weekendy do śniadań w hipsterskich warszawskich knajpach. Po polsku: wytrawne wino musujące. Podobnie jak z „modżajto”, część osób celowo śmieje się z burżujstwa dla mas mówiąc „proseczio”, przy czym właściwe brzmienie to „prosekko”.

To tyle ode mnie, ale jak chcecie coś dorzucić do listy, to śmiało.

Nie zarobiłem miliona przed trzydziestką. No, trudno

Skip to entry content

Wakacje po maturze: mogę wszystko

Jest środek lipca, siedzimy w trójkę na plaży w Niechorzu i z plastikowych kubków pijemy kakao Puchatek zalane Starogardzką i mlekiem. Kilka lat później będę niedowierzał, że byłem w stanie wziąć taki syf do ust, ale teraz połykamy jeden miks za drugim. Nektar bogów. Dochodzi 19:00, słońce już nie praży jak w środku dnia, ale dalej jest ciepło. Przyjemnie ciepło. Zresztą, nawet, gdyby nie było, to przecież cały czas mamy tę wódkę. Ostatnia rodzina z dziećmi schodzi zejściem do miasta, za chwilę na plaży będziemy już tylko my. My, mewy i szum fal.

Przyjechaliśmy tu sprzedawać gazety. Śpimy w budzie kempingowej wielkości bagażnika w Maluchu i codziennie o 10:00 ruszamy wzdłuż wybrzeża z plecakami wyładowanymi po brzegi „Gazetą Wyborczą”, „Wprostem” i „Super Expresem”. Zwanym pieszczotliwie „Superkiem” przez plażowiczów, którym najbardziej do szczęścia potrzeba piwa i czapki z papieru. Jest zajebiście. Słońce, morze, nocleg za friko i regularny dopływ hajsu ze sprzedanych gazet. Chcę, to pracuję ciężej, nie chcę, to w środku dnia wykładam się na piasku i czytam, co tam słychać w wielkim świecie. Albo kładę plecak przy brzegu i wskakuję do wody. Jest zajebiście.

Mamy 19 lat. Po całym dniu fizycznej pracy i połowie nocy picia, nie czujemy zmęczenia. Nie mamy pytań w głowach, ani presji na barkach. Mamy przed sobą kolejny dzień. I kolejny. I kolejny. I kolejny. I tak do nieskończoności. Mamy przed sobą cały świat.

WSZYSTKO jest dopiero przed nami. A my to WSZYSTKO możemy.

30. urodziny: już nic nie mogę

„Zarobię milion przed trzydziestką, albo spalę się i zdechnę na pensji w jakimś Tesco z całą resztą” rapował mój idol z czasów nastoletnich, a ja wziąłem sobie te słowa bardzo do serca. Razem z połową pokolenia.

Gwiazdy YouTube’a, piosenkarze, twórcy popularnych aplikacji, to wszystko młodzi ludzie. Młodzi, czyli dwudziestokilkuletni. Większość osób promowanych w mediach, nawet jeśli jest starsza, to i tak udaje, że ma mniej. O 10, 20, 30, a w przypadku Wojewódzkiego o 45 lat mniej. Naciągają sobie twarze, przeszczepiają skórę i wiążą się z partnerami w wieku swoich dzieci albo wnuków, żeby oszukać czas. Żeby być wiecznie młodymi. Żeby wciąż mieć całe życie przed sobą.

W aktualnej narracji społecznej, przyjęło się, że dopóki nie masz trójki z przodu, jesteś jeszcze młody. A co się z tym wiąże, możesz odkrywać, próbować, szukać swojej drogi, mierzyć się z niepowodzeniami i odnosić porażki. Na wszystkich polach: w pracy, w relacjach damsko-męskich, w pomysłach na życie. Wolno Ci się mylić i eksperymentować. Sprawdzać pomysły na zarabianie pieniędzy i dochodzić do wniosku, że to jednak nie to, wprowadzać śmiałe rozwiązania i rezygnować z nich, gdy nie działają. Wolno Ci, choć im wyższa cyfra po dwójce, tym coraz mniej.

Wraz z przekroczeniem restrykcyjnej granicy 30. roku życia, nie jesteś już młody. Jesteś dorosły, dojrzały, stary. I powinieneś być rozsądny, poważny i ułożony. I mieć kolejne kilkadziesiąt lat życia rozrysowane od linijki. Najlepiej w postaci jednej wielkiej prostej. Wykonywać ten sam zawód, mieszkać w tym samym miejscu, jeść chleb z tym samym serem na śniadanie i już do usranej śmierci chodzić w tym samym modelu spodni. Bo skończyłeś trzy dychy i Główne Biuro Planowania Życia nie ma dla Ciebie już więcej talonów na zmianę. Koniec. Pani Marysia z urzędu zepchnęła Cię na Obwodnicę Dorosłości i nawet nie próbuj rozglądać się za zjazdami do Miasta Alternatywnych Wyborów.

Nie zarobiłeś miliona przed trzydziestką, to już nie zarobisz nigdy. Twój czas minął, do widzenia. Bierz łopatę i idź kopać rów monotonii jak reszta ludzi w Twoim wieku. W tym momencie możesz zmienić całe NIC.

Gówno prawda! Póki żyję, piłka jest w grze

Jasne, im więcej zmarszczek pod oczami, tym trudniej zostać modelką Victoria’s Secret. Kariery sportowca też nie można zacząć w dowolnym momencie, tylko zdecydowanie wcześniej niż później. Podobnie jest z decydowaniem się na dzieci, tu również po przekroczeniu pewnego pułapu czas działa na naszą niekorzyść.

Michał Wawrzyniak, szerzej znany jako Kołcz Majk, prowadzi podcast „Zawsze i wszędzie możesz wszystko”. I kłamie. Jak nie wierzysz, to spróbuj pooddychać pod wodą. Albo przekonać babcię, że nie jesteś głodny. Mimo że dużo bliższa jest mi wiara w swoje możliwości i w bycie krawcem własnego szczęścia, niż bierność i przekonanie, że na nic nie mamy wpływu, a naszym życiem rządzi przypadek, to nie da się ukryć, że nie jesteśmy bogami. Nie jesteśmy omnipotentni. Mamy ograniczenia. Jeśli nie fizyczne, to intelektualne. To jednak nie znaczy, że mamy się poddawać, zanim w ogóle spróbujemy.

Jeśli nie wyjdziesz na boisko, wynik meczu jest z góry ustalony. Przegrałeś. Jeśli podejmiesz próbę, to choćbyś miał 1% szans, to zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że wygrasz. I ta prawidłowość nie zmienia się wraz z wiekiem.

Twoje szanse na sukces w danej dziedzinie nie spadają do 0 wraz z przekroczeniem granicy wiekowej narzuconej przez społeczeństwo. Twoje szanse na sukces w danej dziedzinie spadają do 0 wraz z zaprzestaniem podejmowania prób.

Ray Kroc założył McDonald’sa mając 52 lata. Harland Sanders założył KFC mając 40 lat. Michał Szafrański zrezygnował z pracy na etacie i założył bloga przynoszącego mu milionowe zyski mając 39 lat, żonę i dwójkę dzieci. Bukowski też zdobył sławę i pieniądze mając już 4 dychy na karku. Po trzydziestce wciąż da się. Trzeba tylko działać. Bez działania faktycznie może być dość trudno.

Overnight success vs. mrówcza praca

„Overnight success” to amerykański termin, oznaczający błyskawiczny sukces jakiegoś przedsięwzięcia lub sytuację, kiedy ktoś bardzo szybko stał się popularny. W rzeczywistości overnight success nie istnieje. To, że my jako odbiorcy tak go postrzegamy, wynika wyłącznie z tego, że widzimy efekt, ale nie widzimy stojącej za nim pracy.

Facebook kupił Instagrama za miliard dolarów. MILIARD. Za jedynkę i dziewięć zer. Kosmiczną kwotę. Ludzie nie widzieli wszystkich przeszkód, które musieli pokonać twórcy: od kodowania po godzinach w garażu, przez rozwiązywanie dziesiątek problemów technicznych i prawnych, po czekanie, aż telefony z aparatem z obu stron będą na tyle popularne, by przeciętni użytkownicy mieli w ogóle po co instalować aplikację. Większość osób widziało tylko koniec tej drogi, czyli kasę.

Podobnie jest sukcesami muzycznymi, czy filmowymi. Media nie rozpisują się o tysiącach godzin spędzonych na próbach, szlifowaniu materiału po nocach i odmawianiu sobie wyjść z kolegami na piwo 4 razy w tygodniu. Piszą o tym, że ktoś dostał diamentową płytę albo Oscara. Ot, tak. A to nigdy nie jest ot, tak. To zawsze jest mrówcza praca bez gwarancji sukcesu. I to niezależnie ile masz lat.

Sześć zer, chciałbym kiedyś zrobić sześć zer

Nuci Taco Hemingway na drugiej legalnej płycie. A za nim pół pokolenia. Żyjemy w dobie kultu pieniądza, który chcemy mieć, głównie dlatego, że inni go mają.

Każdy wie, że chciałby zarobić milion, ale mało kto wie po co. Po cholerę mu on tak naprawdę? Na podróż dookoła świata? Na własne mieszkanie? Na otworzenie swojej knajpy? Czy na kupienie sobie 1579 par butów, które za kilka sezonów i tak już będą niemodne? Nawet jeśli to ostatnie, to i tak spoko, że cel istnieje i jest konkretny, ale mam wrażenie, że jako społeczeństwo chcemy pieniędzy dla samego ich posiadania. Nie po to, by coś zrobić, by rozkręcić swój biznes, czy sfinansować wielkie marzenie. Dlatego, że taki jest trend. Inni chcą je mieć, więc ja też powinienem.

Nie zarobiłem miliona przed trzydziestką i nie wiem, czy zarobię go po. Nie wiem, czy w ogóle jest mi potrzebny. Wiem za to doskonale co chcę robić, i mimo że jako autor powieści zaczynam w zasadzie od zera, to jakie to tak naprawdę ma znaczenie? Przecież jeszcze nie umieram.