Close
Close

7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks

Skip to entry content

Temat oklepany jak tyłek Asy Akiry, o którym pisałem choćby przy zasadzie szczoteczki, jednak cały czas dostaję maile od czytelniczek ze szczegółowymi, czasem zbyt, opisami ich relacji i pytaniem powtarzającym się jak kac po spirytusie z mety: skąd mam wiedzieć, że nie chodzi mu tylko o seks? A skąd ja mam niby to wiedzieć? Ani nie znam Ciebie, a już tym bardziej tego typa, nie mówiąc o znikomym pojęciu na temat wróżenia z fusów. Jak chcesz wiedzieć coś o nim, to najlepiej zapytaj jego. Nie chcesz go pytać wprost, żeby go nie spłoszyć? Hmm, gdyby takie pytanie go spłoszyło, to miałabyś dość jasną odpowiedzieć jakie miał plany wobec Ciebie. Ale dobra, jak chcesz wiedzieć czy szuka partnerki do życia, czy tylko do kamasutry, to proszę.

Oto 7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks.

Próbuje doprowadzić do seksu za wszelką cenę

Mimo, że stać go na browar na mieście, i to na droższy niż w bramie, ba, nawet na droższy niż w Ambasadzie Śledzia, to ciśnie, żebyście się spotkali u niego. Ostatecznie u Ciebie. Czemu? Bo… [wstaw_naprawdę_ale_to_naprawdę_COKOLWIEK]. A jak już przyparty do muru ustawi się z Tobą w jakiejś knajpie, zostawia Ci ślady na szyi jak zmutowane połączenie ślimaka z wampirem i pcha Ci łapy na dekolt, mimo, że nie masz koszulki z nieśmiesznym napisem, a on nie czyta Braillem. I po drugim piwie cały czas powtarza, żebyście się przenieśli w „spokojniejsze miejsce”. Mając oczywiście na myśli swoją „oazę spokoju” zupełnie przypadkowo zlokalizowaną w jego sypialni.

Obraża się, gdy nie dochodzi do seksu

Mówisz, że nie możesz wstąpić do niego nawet na minutkę, bo [wstaw_jeszcze_bardziej_COKOLWIEK]? A on robi minę jak dzieciak, który znalazł pod choinką zestaw do nauki angielskiego, zamiast wyczekiwanego kostiumu Spierd-Mana i przestaje się odzywać? Zaliczyliście więcej baz niż drużyna Brada Pitta w „Moneyball”, ale gdy zbliżacie się do tej ostatniej, mówisz, że musicie odpuścić, bo masz okres, a nie jesteś fanką bodypaintingu w trakcie stosunku? Na co on reaguje oryginalnym „zostawiłem żelazko na gazie” i wraca do siebie?

W Waszej relacji może chodzić mu o coś innego, niż Twój intelekt.

Ma dla Ciebie czas tylko w weekendy

Jest takie powiedzenie, że czas jest zawsze, tylko nie na wszystko. Na przykład nie na pierdoły. Każdy – ja, Ty, ten za Tobą gapiący Ci się przez ramię w wyświetlacz, Donald Tusk, Twój były z przedwczesnym wytryskiem – ma 24 godziny w ciągu doby i rozdysponowuje je zgodnie ze swoją hierarchią priorytetów. Jeśli gość, z którym sypiasz notorycznie mówi, że nie da rady spotkać się w ciągu tygodnia, choćby na kawę, czy ćwiartkę w parku, to znaczy, że nie jesteś dla niego na tyle istotna. W sensie, jesteś pierdołą.

[sociallocker id=”17312″]

Umawia się z Tobą na ostatnią chwilę

Jeśli typ nie odzywa się cały tydzień i dostajesz w piątek o 20:01 esa, żebyście skoczyli na miasto za godzinę, to znaczy, że posypały mu się wszystkie imprezowe opcje i z braku laku może się z Tobą pomigdalić w kinie. Ewentualnie laska, z którą był umówiony przed Tobą wystawiła go. Tak czy inaczej, jesteś tylko opcją awaryjną.

Nie otwiera się przed Tobą…

…a kolejne spotkanie nie sprawia, że poznajesz go coraz bardziej.

Faceci nie są szczególni wylewni, jeśli chodzi o ich życie wewnętrze, przeżycia, emocje i uczucia. To stereotyp i uogólnienie, ale na potrzeby nie zanudzenia Cię na śmierć, przyjmijmy, że nie robię habilitacji z otwartości i samoświadomości emocjonalnej mężczyzn i użyję takiej krzywdzącej opinii, dobra? Super, to kontynuując, tak jak mówiłem, faceci nie są szczególnie wylewni, ale jeśli im na kimś zależy, to potrafią być. Jeśli trafią na kogoś przy kim czują kosmiczną harmonię dusz albo po prostu, choć trochę im zależy, to są w stanie opowiedzieć o swoim dzieciństwie, traumie bycia ubieranym w turkusowe rajstopki przez mamę i ogólnie, kto im tam babki burzył w piaskownicy i zabierał lizaki. Jak już temat kręci się na ostro, to nawet coś tam wspomną o relacjach z ojcem i problemach z samooceną. Przy czym, tak jak mówię, to tylko w przypadku, gdy widzą w Tobie przyszłą współbeneficjentkę programu „Mieszkanie Dla Młodych”. Czy tam matkę swoich dzieci.

Jeśli jednak widujecie się już jakiś czas, na przykład dłużej niż tydzień, a Ty dalej jedyne co o nim wiesz, to że koledzy mówią na niego Maro, pracuje w firmie i pochodzi z miasta między Zakopanem, a Władysławowem, to znaczy, że nie odkrywa się przed Tobą, bo nie traktuje Cię poważnie. Ty też nie opowiadałabyś historii swojego życia przypadkowemu włóczędze, co nie?

Nie znasz jego znajomych

Zagadnienie wałkowane jak ciasto na pierogi przed Wigilią. Nie znasz jego ziomków z pracy, ziomków z osiedla, ziomków z podstawówki, ani ziomków od haraczy i wymuszeń? Znaczy, że jest ku temu powód. Na przykład taki: jesteś tylko umilaczem zimnych nocy, więc nie ma sensu przedstawiać Cię ludziom, którym jest całkiem ciepło. Albo inny: wstydzi się Ciebie, dlatego nie pokazuje Cię znajomym i gdybyś nie chodziła z nim do łóżka, nawet nie przebywał by z Tobą w tym samym pomieszczeniu. A nie, w sumie to ten sam powód.

Nie chce, żebyś była częścią jego życia, tylko wypełnieniem wolnych miejsc w grafiku

To sedno całej sprawy. Jeśli nie zaprasza Cię do swojego świata, nie chce, żebyś weszła w jego rzeczywistości, jego codzienność, jego plany, to znaczy, że nie zależy mu na Tobie jako osobie, tylko na Twoim ciele. A konkretnie kawałku ciała, który masz między nogami. Brutalne, ale gazele na sawannie też nie mają lekko.

autorem zdjęcia w nagłówku jest nicolee_camacho

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Natalia

    Wpadłam tu totalnie przez przypadek, szukałam czegoś zupełnie innego. Nagłówek przykuł moją uwagę. I proszę, oto wniosek.. Bardziej głupsza niż ustawa przewiduje i naiwna chyba już nie mogę być.
    Zgadza się 6 na 7. Cudownie..to jak uderzenie obuchem w głowę, ale za to jakie prawdziwe.

  • Bonifacja Abramian

    A ja powiem tak: Mój obecny facet, z którym jestem w 14 miesiącu naszego związku, przez pierwsze 4 miesiące robił wszystko to o czym napisałeś. I tak, miałam obawy i tak, zastanawiałam się czy mnie tylko puka, czy może nie tylko. Ale nie odpuściłam. Stwierdziłam, że co ma być to będzie. Po 9 miesiącach nienaciskania na niego – on zaczął się otwierać. Aktualnie jest chyba bardziej oddany mnie niż ja jemu, bo np. namawia mnie na wspólne mieszkanie (niekoniecznie się z tego cieszę).
    Może nie powinniśmy oceniać tego tak ogólnie? Kto, kurwa, normalny angażuje się po miesiącu widywania? Może warto czasem poczekać i zobaczyć o co mu chodzi.

  • zima

    Ja nie mam nic przeciwko temu jesli facetowi chodzi tylko o seks ;) sama nie jestem jakos napalona na stały związek, szukam teraz kogoś przy kim czuje sie dobrze w łożku ale i jestem bezpieczna. Tylko ostatnio widze ze moj obecny partner troche podupada na libido i nie wiem czy go tak wykończyłam hehe czy to cos innego. Moze jakas rada jak go uruchomić ?

    • Hips

      My faceci to proste maszynki, jesli zalezy nam na seksie to za nic w świecie nie namówicie nas na związek. Po co nam to skoro mamy fajny seks bez zobowiązań i tych wszystkich wspólnych planów. A co do twojego pytania, to moze jakiś striptiz? Hmm? Albo zapytaj go czy to sa fizyczne problemy, bo jesli tak to moze powinien cos wziąć na libido. Ni tam czasem pomaga maxon jak mam zastoje.

    • ~~M

      zaproponuj rower/basen/bieganie/whatever co się rusza i nie jest w pozycji leżącej ani 69
      endorfinki i testosteron idą w parze :) po kilku tygodniach jest duuuuża poprawa :)

  • Joanna Wu

    „zostawiłem żelazko na gazie” BOSKIE!!! :D

  • „Brutalne, ale gazele na sawannie też nie mają lekko.” made my day! :D

  • Ala

    Hej, szukam bohaterów do artykułu na temat tego, że sukces ma też
    negatywną stronę. Jeśli ktoś miałby ochotę opowiedzieć mi o tym (np. że
    kiedy osiągnęli coś, o czym marzyli, nie czuli szczęścia, byli
    zestresowani lub np. stali się podejrzliwi wobec innych… albo szybko
    coś stracili, bo poczuli się zbyt pewnie), zapraszam do kontaktu:
    ally-lp@tlen.pl Będę bardzo wdzięczna za pomoc! Pozdrawiam wszystkich czytelników :)

  • Dobrze wiedzieć :-)

  • Ola

    Powiem Ci Janku, że pocisnąłeś tym biednym dziewczętom.. One pewno za każdym razem testy takie co kiedyś w BRAVO były robią, czy to ten jedyny, czy to miłość, a Ty je tak brutalnie potraktowałeś. Brutalnie, ale życiowo. Mnie się spodobało :) Współczuję każdej, która czytając ten tekst chociaż raz pomyślała, że to o niej/o nim.

  • Dot

    „pcha Ci łapy na dekolt, mimo że nie masz koszulki z nieśmiesznym napisem, a on nie czyta Braillem.” :D

    Dobry tekst :) A puenta wręcz wspaniała. Sama prawda.

  • Aleksandra Muszyńska

    Powiedziałabym, że trochę zbyt szybkie wyznawanie miłości (tak do dwóch tygodni po pierwszym spotkaniu) również wzbudziłoby moją podejrzliwość. Niektóre cwaniaczki sądzą, że aby nie być posądzonym tylko o niecne zamiary cielesne wobec dziewczęcia, to trzeba jej szybko powiedzieć, że się kocha. Jak już powie, że kocha, znaczy, że teraz to już mu się chyba należy jakiś przejaw uczuć również z jej strony, no nie? Mniej rozgarnięte dziewczyny ponoć się na to nabierają, a czy takiemu zawodnikowi trzeba kogoś lotnego myślą, mową i uczynkiem..?
    Względnie: facet kochający na zabój po dwóch wspólnie spędzonych godzinach to materiał na wariata i stalkera, tak czy inaczej: tu i tu źle.

    • aaaaanaaa

      12 lat temu pewien mężczyzna wyznał mi miłość na pierwszej randce podczas spaceru w parku…poznaliśmy się na spotkaniu ze znajomymi kilka dni wcześniej i umówiliśmy…po tym wyznaniu szok i niedowierzanie, myślę – wariat albo cwaniak co to myśli, że na głupią trafił! A przekonam się, o co chodzi, ewentualnie nauczkę mu dam, a co! No i okazał się super facetem, z którym od tamtej pory jestem…a od roku w małżeństwie ;)

      • Aleksandra Muszyńska

        Nie gadaj! To ekstra! Ale to jednak chyba wyjątek potwierdzający regułę :).

    • Matko, opcja stalker chyba najgorsza..

  • Agnieszka Kosmalska

    Spierd-Man bardzo mi się podoba :)

    • Zastanawiałem się, czy poprawiać, ale Tattwa mi powiedziała, że śmieszna literówka i żeby zostawić :)

  • A mógł po prostu spytać czy jest się taką relacją zainteresowanym

  • Puenta wygrywa wszystko <3 Jesteś mistrzem ;)

  • Powiem szczerze, że zawsze myślałam, że dziewczyny wiedzą, jak rozpoznać takiego faceta. Smutne, że potrzebują do tego rad. Przecież faceci tacy prości podobno:)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Skip to entry content

„Masa o porachunkach polskiej mafii” to trzecia część gangsterskiej epopei, w której skruszony kryminalista opowiada dziennikarzowi śledczemu, o skurwysyństwach, które popełnił będąc członkiem grupy przestępczej. To znaczy, tak książka jest zajawiana w mediach, ale czy faktycznie tak jest? Już w dwóch poprzednich częściach „Masa o kobietach polskiej mafii” i „Masa o pieniądzach polskiej mafii”, miałem wrażenie, że Jarosław Sokołowski wcale nie żałuje tego, że gwałcił kobiety i okradał mężczyzn, a wręcz z nostalgią wspomina, jak fajnie było wybić komuś zęby i zabrać mu samochód, a potem siłą zmusić kogoś innego do seksu oralnego w tym samochodzie. Czy to ciekawe? Czy w ogóle da się to czytać? Czy warto dać zarobić byłemu gangsterowi na krzywdach wyrządzonych przypadkowym osobom?

Z uwagi na fakt, że łyknąłem ten tytuł w trakcie ostatnich wakacji, postaram się odpowiedzieć na pytanie: czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Ultra prosty język

Nie mam pretensji do Jarosława Sokołowskiego, że nie włada słowem na poziomie profesora Bralczyka, bo to prosty chłopak, który szybciej nauczył się kraść, niż pisać, ale Artur Górski, który prowadzi z nim wywiad i podaje się nie dość, że za dziennikarza, to jeszcze za pisarza, mógłby używać nieco bardziej wyszukanego języka niż szóstoklasista. Zwłaszcza, że to jego 15-ta książka. Jeśli liczyliście na ciekawsze porównania niż „głupi jak but”, „wielki jak dąb”, czy „brzydka jak noc”, to lepiej zmieńcie kalkulator. Szczytem żonglowania środkami stylistycznymi jest tu opisanie ssania członka za pomocą metafory „robić loda”, a najbardziej finezyjną sztuczką skłonienia czytelnika do refleksji nad jakąś kwestią, wstawienie wielokropka na końcu zdania.

Innymi słowy, jeśli Twój jedyny kontakt ze słowem pisanym ogranicza się do czytania napisów w publicznych toaletach w trakcie wypróżniania, to poziom językowy tej pozycji powinien Cię usatysfakcjonować.

Pseudo-moralizatorstwo

Było w poprzednich częściach jest i tutaj. Dziennikarz prowadzący rozmowę z Masą, co jakiś czas kategorycznie obrusza się słysząc jego opowieści, tak byś przypadkiem nie miał wątpliwości, że mordowanie ludzi jest niemiłe i jeśli będziesz tak robił, to koleżanki usuną Cię ze znajomych na Facebooku. Rozumiem, że Górski musiał stworzyć jakieś pozory, że nie pisze tej książki tylko dla hajsu, a dogadanie się z najpopularniejszym w Polsce świadkiem koronnym na wywiad nie było przypięciem do siebie łańcuchem dojnej krowy, i w rzeczywistości zależy mu na pokazaniu „szokującej prawdy”, ale zrobił to wyjątkowo nieudolnie.

Odgrzewanie kotleta

„Masa o kobietach polskiej mafii” szokowała brakiem moralności, brutalnością, zezwierzęceniem i liczbą seksualnych partnerek przypadającą na jednego bandytę. „Masa o pieniądzach polskiej mafii” zaskakiwała wielkością fortuny jaką obracali nadwiślańscy kryminaliści, siecią kontaktów z politykami, przedsiębiorcami i celebrytami, i mnogością sposobów dokonywania rozbojów, z których można było wyciągnąć pieniądze.

W  „Masa o porachunkach polskiej mafii” mamy w dużej mierze powtórzenie tych samych historii i mielenie znanego już z poprzednich części tematu, tyle że od strony przepychanek między gangsterami. Które oczywiście miały miejsce też w poprzednich częściach, tyle, że tym razem są rozbudowane i to na nich skupia się narracja. Jeśli masz do czynienia ze wspomnieniami Jarosława Sokołowskiego pierwszy raz, to spoko, jest to świeże, ciekawe, intrygujące, ale jeśli, tak jak ja, to Twój trzeci kontakt z jego opowieściami, to zaczynasz się czuć jak w Boże Narodzenie, gdy trafiasz na „Kevina samego…” w telewizji. Niby fajnie się ogląda, ale to już było.

Podglądanie innego świata przez dziurkę od klucza

Mafia nie jest jakimś przewodnim temat moich zainteresowań, od którego dostaję erekcji, ale widziałem cała trylogię „Ojca chrzestnego”, a „Chłopaki z ferajny” są jednym z moich ulubionych filmów i widząc go, zawsze się zastanawiałem, jak ten przestępczy świat wygląda u nas. W Polsce. Dzięki tej książce mogę rzucić na niego okiem przez niedomknięte drzwi. Nie wiem na ile zdarzenia opisane przez głównego bohatera są zgodne z rzeczywistością, ale mówi o nich na tyle szczegółowo, że wierzę mu iż faktycznie miały miejsce. Wywózki do lasu, obijanie kijem bejsbolowym, podkładanie bomb i strzelaniny w polskim wydaniu wyglądają jak niezamierzona parodia amerykańskich filmów, ale skłamałbym, jeśli bym powiedział, że nie robi to na mnie wrażenia. Ani nie pobudza wyobraźni.

Nigdy nie chciałem, nie chcę i nie chciałbym być ani w polskiej mafii, ani w żadnej innej, ale dzięki kolejnym stronom tej książki można się poczuć jakby trochę się w niej było.

Czy warto?

Pora odpowiedzieć na pytanie z nagłówka, czyli, czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”? Mimo wielu zastrzeżeń do tej pozycji i samych autorów, trudno mi ją stanowczo odradzić. Jeśli czytaliście poprzednie części, w tej raczej nie znajdziecie wielu zaskakujących faktów, czy ekscytujących motywów. Przeczytacie ją w ciągu 3-4 nie za długich posiedzeń z kubkiem herbaty i przeleci Wam przez głowę równie bezboleśnie jak myśl o tym, żeby rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Bo tytuł ten wchodzi bardzo gładko, ale wychodzi też bez większych oporów, przez co, to strata czasu na poziomie oglądania dram na YouTube.

Jeśli jednak to Wasz pierwszy kontakt ze światem Pruszkowa i Wołomina, terroryzującym resztę Polski i nie liczycie na homeryckie porównania, ani ekwilibrystkę językową, to nie wynudzicie się, a możliwe nawet, że ta książka coś w Was zostawi. Na przykład przerażenie.

---> SKOMENTUJ

Czego nie nauczą Cię w szkole, a powinni?

Skip to entry content

„Ucz się, ucz, bo nauka to do potęgi klucz!” zwykła mawiać moja babcia, gdy zamiast odrabiać lekcje wolałem grać w puszkę z dzieciakami z osiedla albo oglądać „MacGyvera”, zastanawiając się, czy z mojego bumerangu i miksera dałoby radę zrobić helikopter. Zadałem to pytanie kiedyś na lekcji fizyki, ale nie spotkało się ze specjalnym entuzjazmem nauczycielki. Podobnie jak wątpliwość, czy znajomość wszystkich krajów afrykańskich wraz ze stolicami, przyda mi się kiedykolwiek do czegoś, poza zaliczeniem klasówki. Zasadniczo, edukacja w szkole, to było pasmo piętrzących się pytań bez odpowiedzi. Dowiedziałem się jak zbudowany jest pantofelek, zapamiętałem łacińskie nazwy rodzajów chmur i przyswoiłem wzór chemicznych alkoholu etylowego, jednak kwestie codziennej egzystencji pozostały niemal nietknięte. Co w sporym stopniu przyczyniło się do tego, że z liceum wyszedłem bez wielu podstawowych umiejętności, przydatnych w „prawdziwym” życiu.

Czego nie nauczyłem się w szkole, a powinienem?

Jak gospodarować swoimi finansami

W drugiej, czy trzeciej klasie liceum, mieliśmy taki przedmiot jak przedsiębiorczość, prowadzony przez bardzo przyjazną nauczycielkę. Nie dość, że się uśmiechała, to jeszcze była w stanie wytłumaczyć po polsku, czym jest VAT. I nawet CIT. No, złota kobieta, na żadnym przedmiocie nie zapamiętałem tylu definicji, co na tym. Mimo to, jednak na żadnej z lekcji nie padło takie pojęcie jak „budżet domowy”, „sposoby oszczędzania”, czy „realne oprocentowanie kredytów i pożyczek”.

Nigdy nie rozmawialiśmy na temat tego z czego będziemy żyć, jak skończymy szkołę, jak planować wydatki i zarządzać dochodami, czy w ogóle jak zrobić, żeby pod koniec pieniędzy nie zostawało za dużo miesiąca. Jak obliczyć sinus kąta o rozwartości 60 stopni wałkowaliśmy godzinami, ale na obliczanie ile zostanie nam na jedzenie po zapłaceniu wszystkich rachunków, nie poświęciliśmy ani chwili. Nie to, żebym coś miał do trygonometrii, bo w klasie maturalnej miałem 6 z matematyki, ale wydatkologię uważam za zdecydowanie istotniejszą.

Czemu nie warto przepuszczać całego hajsu zaraz po wypłacie, a branie pożyczki w Providencie, to najgorszy sposób radzenia sobie z problemami finansowymi, musiałem uczyć się już w szkole życia, bo państwowa ominęła ten temat dość szerokim łukiem.

Jak nawiązywać relacje z ludźmi

Nie byłbym tu gdzie jestem, gdyby nie ludzie, których spotkałem na swojej drodze. Tyle, że byłbym dużo dalej, gdybym w młodzieńczych latach nie zostawiał tego przypadkowi i nie omijał wybitnych jednostek, tylko dlatego, że nie wiedziałem jak nawiązać z nimi kontakt.

Czego najbardziej się boją dzieci idące do pierwszej klasy? Rówieśników.

Czego się boją ludzie idący do pierwszej pracy? Współpracowników.

Na każdym szczeblu edukacji miałem zajęcia w grupach, ale nikt mnie nie uczył jak w tej grupie się odnaleźć. Ani jak z nią pracować. Ani jak rozdzielać i egzekwować zadania. Ani tym bardziej jak w ogóle wejść w grupę, tak by nie zostać odrzuconym, ale też jednocześnie nie zatracać się, rezygnując z indywidualnych cech osobowych, równając do ogółu. Jak zrywać toksyczne znajomości, jak stawiać granice i jak nie dać się wykorzystywać, gdy ktoś 83 raz chce spisać od Ciebie zadanie domowe, nad którym siedziałeś cały zeszły wieczór,  też mi w szkole nikt nie powiedział. A szkoda.

Jak żyć w parze

Biorąc pod uwagę, jak silny w naszym społeczeństwie jest nacisk na monogamię i zakładanie rodziny, zdolność życia w parze jest jedną z ważniejszych umiejętności, które powinniśmy posiadać.

Niestety, żaden nauczyciel nie przekazuje nam tajników tej sekretnej sztuki i poznajemy je metodą prób i błędów, ćwicząc na żywym organiźmie. Kiedyś dyskutując na ten temat ze znajomym, usłyszałem, że to rodzice są od tego, żeby nauczyć mężczyznę jak dogadywać się z kobietą. W teorii brzmi pięknie. Tyle, że to tylko teoria, a w praktyce bardzo często rodzice sami tego nie wiedzą lub, co gorsza, mają zakodowane szkodliwe wzorce od swoich starych. Jeśli rola żony została sprowadzona do robota kuchenno-sprzątającego, a mąż ją bije, gdy ma zastrzeżenia do realizacji narzuconych jej obowiązków, to skąd dzieciak ma wiedzieć, że to patologia, skoro w szkole się na ten temat nie mówi?

Obserwując związki celebrytów, zwłaszcza tych dzisiejszych, raczej też za dużo dobrego nie wyniesie.

Jak występować publicznie

Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale życie dorosłego człowieka jest przeplecione publicznymi wystąpieniami, jak lato w Polsce chujową pogodą. Rozmowy rekrutacyjne, spotkania zespołu, prezentacje przed zarządem, szkolenia, to występy, na które prędzej czy później natknie się każdy z nas. No, może poza chronicznie bezrobotnymi naśladowcami Ferdka Kiepskiego.

W szkole teoretycznie mamy akademie i teatrzyki, które powinny nas do tego przygotować i oswoić z tremą, stresem i mówieniem do tłumu, ale tego nie robią. Po pierwsze, od każdego z takich wystąpień można się wykręcić. W podstawówce miałem kolegę, który regularnie, dwa tygodnie przed każdym przedstawieniem, w którym był obsadzony, przypadkowo dostawał zapalenie gardła. Po drugie, jedyną wagę w trakcie tych występów przywiązuje się do zapamiętania tekstu. Nikogo nie obchodzi jak wygląda Twoja mowa ciała, jak intonujesz poszczególne zdania, ani czy jesteś przekonujący. A już na pewno nie, czy dobrze się w tym czujesz i poradziłbyś sobie improwizując wypowiedź, gdyby coś się zmieniło albo posypało w ostatniej chwili. Nauczyciele mają w dupie co się dzieje wewnątrz Ciebie, najważniejsze, to żebyś się nie pomylił klepiąc tekst z pamięci.

W efekcie,  pierwsze rozmowy o pracę są porażką, a kandydatom trzęsą się ręce jak przy zaawansowanym Parkinsonie i palą cegłę, szukając języka miedzy sznurowadłami, gdy tylko wybije się ich ze schematu. Natomiast prezentowanie wyników pracy nad danym zadaniem reszcie zespołu albo, nie daj team leaderze, przełożonym, wygląda jak parodia egzekucji przez rozstrzelanie. Mnie również to nie ominęło, o czym pisałem w tekście „Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu”.

Jak rozwiązywać konflikty

W podstawówce, gdy miało się z kimś ewidentną kosę, szło się za boisko i rozwiązywało konflikt na pięści, po czym na drugi dzień wychowawczyni kazała podać sobie ręce i się przeprosić. Co nigdy ani nie było szczere, ani tym bardziej nie skutkowało. W gimnazjum było podobnie, natomiast w liceum odpuszczano sobie teatrzyk z pojednaniem. I tak poszliśmy w świat, nie wiedząc co zrobić poza daniem w mordę, gdy ktoś nas irytuje.

Seks w rzeczywistości nie wygląda jak w porno

Niby jest coś takiego jak „wychowanie do życia w rodzinie”, gdzie powinny być poruszane takie tematy. Tyle, że te zajęcia nie zawsze są obowiązkowe. Poza tym, gdy prowadzi je katechetka, są naprawdę mało przekonujące. Nie mówiąc o tym, że najczęściej sama prowadząca jest zawstydzona dyskutowaniem publicznie o seksie, grze wstępnej, drażnieniu łechtaczki, waleniu konia, minecie, palcówce i robieniu loda, zastępując nazwy czynności seksualnych określeniem „te rzeczy”. Daje to tyle, co karmienie głodujących w Afryce lajkami i sprawia, że nastolatek wychodzi jeszcze bardziej skołowany i nieuświadomiony niż wszedł, po czym odpala pornola, żeby zobaczyć „jak to wygląda naprawdę”.

Inteligencja jest ważniejsza niż wiedza

O to mam chyba największy żal do systemu edukacji, bo przez 12 lat szkoły wpajał mi coś zupełnie przeciwnego.

Nie było istotne, czy kojarzysz fakty, umiesz połączyć zdarzenia w ciąg przyczynowo-skutkowy i potrafisz łączyć kropki tak, by uzyskać pożądany wynik. Nie. Liczyło się rycie na pamięć schematów i wkuwanie na blachę definicji. To nic, że każdy utwór literacki można zinterpretować na dziesiątki sposobów, a każde zadanie matematyczne rozwiązać więcej niż jedną drogą. Liczył się tylko i wyłącznie jeden poprawny sposób postępowania narzucony przez system. Co z tego, że definicję czegokolwiek w ułamku sekundy można znaleźć w internecie? Zamiast uczyć się ich szukać, skupialiśmy się na ich zapamiętywaniu. Co było największym idiotyzmem tamtych lat.

W tym momencie mamy setki tomów wiedzy z najróżniejszych dziedzin, od prehistorii do biotechnologii, na wyciągnięcie myszki i dzielą nas od niej dwa kliki, dlatego posiadanie jej przestaje mieć znaczenie. Istotne jest, czy umiemy z niej korzystać i co potrafimy z nią zrobić.

Czy o wartości prawnika świadczy to ile zna przepisów? Przedszkolaka też można nauczyć regułek, ale bałbym się go brać za obrońcę w sporze z urzędem skarbowym. Treści ustawy podatkowej może nauczyć się każdy, ale nie każdy będzie potrafił ją interpretować i znajdować zależności między innymi dokumentami.

Czy o programiście mówimy, że jest wybitny, gdy przyswoi wszystkie biblioteki wszystkich możliwych języków programowania? Biorąc po uwagę, jak środowiska programistyczne się zmieniają, jest to prawie niemożliwe, a mnie jako klienta i tak nie obchodzi ile ich zna na pamięć, tylko jak potrafi z nich korzystać.

Czy lekarz jest dobry, gdy zapamięta łacińskie nazwy każdej z chorób? Czy może jednak, gdy umie łączyć fakty i interpretować wyniki badań?

Wiedza bez inteligencji jest jak szybowiec bez pilota. Robi miłe wrażenie, ale chmur nie posmyra.

---> SKOMENTUJ