Close
Close

19 rzeczy, które całkowicie ośmieszają film „Smoleńsk”

Skip to entry content

Tak jak katastrofa smoleńska, tak film „Smoleńsk” mocno podzielił społeczeństwo. I to już przed premierą. Środowiska niesympatyzujące z PiS skreśliły go już w momencie ujawnienia pierwszych informacji o jego powstawaniu, nie czekając na efekt końcowy. Sam również nie spodziewałem się po nim wiele, bo zwiastun zdecydowanie nie zwiastował oscarowego dzieła, jednak postanowiłem dać mu szansę. I zobaczyć oraz ocenić „Smoleńsk” jako film, w oderwaniu od konotacji politycznych i osobistych preferencji światopoglądowych. Bo w końcu tym „Smoleńsk” przede wszystkim jest – filmem. Niestety filmem słabym jak anemik po przepłynięciu Oceanu Spokojnego.

Dlaczego?

1. Ultra nudny początek. Nie spodziewałem się wejścia jak w Jamesie Bondzie, z serią fajerwerków i intrygą z miejsca zawiązującą akcję, ale to co się tu dzieje we wstępie jest na poziomie obrad sejmowych. Możesz wyjść na kwadrans do kibla, bo wiesz, że nic istotnego Cię nie ominie. Nie wiem jak mając tak nośną historię udało się tak bardzo nieinteresująco ją zapowiedzieć.

2. Przez pierwsze 20 minut w kółko leci jeden kawałek. Bo wiesz, chodzi o to, żeby zbudować nastrój. Dlatego reżyser bez litości na siłę wpycha nam do ucha jakieś toporne brzędkanie, które brzmi, jakby Windows się zaciął przy starcie systemu. No, udźwiękowienie, nie jest mocną stroną tego tytułu.

3. Reporter z kamerą z I komunii świętej. Który zostaje zawinięty przez Rosjan jak uczniak z korytarza szkolnego przez nauczyciela w trakcie lekcji, po kilku minutach nagrywania palącego się samolotu. Kąciki ust idą ku górze.

4. Realizacyjnie film wygląda jakby kręcili go licealiści ze szkoły plastycznej. Wywołując grymas zażenowania inscenizacja, wywołujące grymas politowania ujęcia i wywołujący ból głowy montaż. Coś jak etiuda filmowa robiona na szybko na zaliczenie semestru sprzętem pożyczonym od nieco bogatszego wujka.

5. Gra aktorska na poziomie wystąpień w podstawówce. Z tego co czytałem, za bardzo nikt z dobrych albo chociaż znanych aktorów nie chciał wziąć udziału w tym przedsięwzięciu, dlatego role, mam wrażenie, dostali przypadkowi ludzie z łapanki, których największą umiejętnością było nauczenie się tekstu na pamięć. Grają tak sztywno, jakby ktoś im wszystkim pozakładał pajączki i kołnierze ortopedyczne przed rozpoczęciem zdjęć. Zero emocji, zero wczuty, tylko beznamiętne klepanie tekstów.

6. Lewicowe bojówki z Azjatami. Jeden z niezamierzenie najśmieszniejszych momentów w filmie. W trakcie manifestacji pod krzyżem, agresywni lewacy wsparci przez egzotycznych przybyszów ze wschodu rzucają się, jak drapieżnik polujący na zwierzynę, na staruszka, który w pojedynkę przyszedł walczyć o katolicki symbol. Monty Python, przy tym to początkujący kabaret. Serio.

7. Absolutnie płascy i nic nieznaczący bohaterowie. Reżyser nawet nie udaje, że któraś z postaci pojawiających się na ekranie ma wpływ na rozwój fabuły. Bohaterowie są kukiełkami wypowiadającymi kwestie. Nie wiemy skąd się wzięło to jacy są – choć w sumie to może dlatego, że są nijacy – ani co nimi kieruje, po prostu pojawiają się w losowych momentach i tyle.

8. Brak budżetu widać na każdym kroku. Od wcześniej wspomnianej scenografii, po liczbę statystów. Główna bohaterka – dziennikarka TVNu – pracuje w redakcji telewizyjnej, w której poza jej szefem i operatorem kamery w zasadzie nikogo innego nie ma. We wcześniej wspomnianej manifestacji pod krzyżem jest w sumie 15 osób po jednej stronie i 1 po drugiej. Widz ma wrażenie, że ten film zrealizował początkujący youtuber ze zrzutki na Patronite.

10. Główna bohaterka to połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej i Gale Weathers z „Krzyku”. W sensie, że wygląda jak zaginiona przy porodzie jednojajowa bliźniaczka Karoliny, wyprana z empatii i wampirzo żądna sensacji jak reporterka z serii horrorów Wesa Cravena. No, lekka przesada.

11. Fabuła bez pomysłu. Nie ma tu jakiegoś wyraźnego motywu, typu „katastrofa smoleńska to zamach zorganizowany przez Donalda Tuska” albo „do tragedii doszło przez bomby podłożone w samolocie”. Mamy tu mnogość przypuszczeń, insynuacji i wymieszania wszystkich możliwych teorii spiskowych, przez co dostajemy rozmemłaną papkę ze wszystkiego co zostało w lodówce pod koniec tygodnia, zamiast konkretnego dania z wyrazistym smakiem.

12. W dodatku przedstawiona w niezrozumiały sposób. Jeśli nie byłeś absolutnie na bieżąco z polityką przez ostatnie 6 lat, to połowy wątków nie zrozumiesz, bo reżyser nie czuł potrzeby tłumaczenia ich osobom, które nie zaczynają każdego dnia od sprawdzenia najświeższych niuansów na temat katastrofy smoleńskiej w mediach.

13. Beka z zagranicznego dziennikarza. Który jest w siedzibie TVN przez pół filmu, ale nikt nie wie po co, bo jedyne co robi, to pije kawę w stołówce i udaje, że nie mówi po polsku.

14. Beka z płaczu głównej bohaterki. Czujesz, że 40-letnia dziennikarka z iluśtam letnim stażem, zajmująca się śledztwami, nagle ni z tego, ni z owego ryczy na głos, tylko dlatego, że ktoś z kim rozmawiała w celu uzyskania informacji ją okłamał? Nie wiem, co jest gorsze, ten sztuczny płacz, czy próba wmówienia widzom, że to pierwszy raz w jej karierze, gdy ktoś nie powiedział jej prawdy.

15. Retrospekcje, sceny dokumentalne i fikcyjne przemieszane jak bigos. Zasadniczo cały film składa się z przypadkowych scen, które są przypadkowo posklejane, w przypadkowej chronologii. Można by ostatnią scenę zamienić z pierwszą i wyrzucić kilka ze środka i na dobrą sprawę, byłoby to tylko z korzyścią dla filmu, bo chaos na ekranie trwałby mniej niż obecne 120 minut.

16. Przemiana głównej bohaterki równie wiarygodna, co zapewnienie alkoholika, że odda 3 zeta na wino. Połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej z Gale Weathers z dziennikarskiej hieny kpiącej z opłakujących zmarłych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienia się w walczącą o prawdę wojowniczkę. I jako widzowie, mamy uwierzyć w jej przemianę ot tak. Mimo, że nigdzie nie widać żadnej różdżki.

17. Beka z podróży do Chicago. Główna bohaterka, żeby dociec prawdy o katastrofie smoleńskiej leci do ojca w Stanach i informuje go o tym, dopiero stojąc w jego drzwiach. Bo przecież telefony, maile, ani Skype, nie mówiąc już o Facebooku, nie działają, dlatego to zupełnie normalne, że ludzie podróżują do USA na drugiej półkuli zupełnie w ciemno, nie dowiadując się w ogóle wcześniej, czy zastaną osobę, do której lecą. Ale w sumie to dziennikarka TVNu, pewnie ją stać.

18. Beka ze sceny seksu. W tym filmie jest sporo głupich/dziwnych/niedorzecznych rzeczy, ale moment, kiedy na ekranie obserwujemy najbardziej infantylną i bezsensowną scenę erotyczną, deklasującą nawet stosunki płciowe w „Klanie”, nie jesteś w stanie uwierzyć, że ktoś zdołał przebić to dno z jakiego startował film i zapukać w nie od spodu. Nad tym, że ta scena jest po nic, do niczego nie prowadzi i absolutnie nie ma jakiegokolwiek wpływu na fabułę, nawet się nie rozwodzę, bo „Smoleńsk” w zasadzie składa się z samych takich scen. Ale niech ktoś mi powie, po cholerę, kręcić scenę seksu, na której widać tyle, co w podziemnym bunkrze po wyłączeniu światła? Przecież tam jest tak ciemno, że równie dobrze mogliby się bawić w chowanego i widz widziałby tyle samo ich interakcji.

19. N-U-D-A! Nuda, nuda, nuda! Pamiętam, że przy recenzji „Nimfomanki” pisałem, że to arcynieangażująca pozycja. Myliłem się. Na filmie Larsa von Triera, nie sprawdzałem średnio co 10 minut zegarka, żeby zobaczyć kiedy się nareszcie skończy. Wiem, że to może wygląda na przesadę, ale niestety nie jest nią. Tu nie ma żadnego napięcia, żadnej akcji, żadnych intrygujących wydarzeń. Jest mozolne, niezgrabne przedstawianie kolejnych nieciekawych spiskowych teorii.

***

Film „Smoleńsk” jako film w oderwaniu od polityki nie broni się tak bardzo, jak Najman w starciu z Pudzianem. Natomiast jako materiał propagandowy, przez rażącą nieporadność twórców ośmiesza tragedię, która miała miejsce w 2010 roku. Z filmu, który, według założeń, miał pokazać „prawdę”, wyszedł potworek parodiujący tę katastrofę i karykaturujący osoby, które uważają, że to nie był wypadek. Co jest dość przykre.

To wygląda tak źle, jakby ktoś to specjalnie spieprzył, żeby wyśmiać wszystkich wierzących w zamach.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Jagna

    Zmien zawod kolego, bo krytykiem filmowym to z natury nie jestes – narawdez przykroscia czytam ten text. To tak jakby dziecko namalowalo kropke i to bylo uznane za arycydzielo. Widzialam film w USA, i cala polonia amerykanska jakos nie zwrocila uwage na zaden z twoich wyimaginowanych krytyk…na grzybach byles czy co?

  • Marian

    „Niestety filmem słabym jak anemik po przepłynięciu Oceanu Spokojnego.”
    ==========================================================
    Tępe porównanie.Ten „anemik” aby przepłynąć Ocean Spokojny by musiał być SUPERMENEM…

  • Bela

    Dzięki za tak szczegółową recenzję. Pomogła mi to w podjęciu decyzji, aby iść
    do kina niezwłocznie i obejrzeć ten film.

  • Będę jedną z niewielu osób, które tego nie obejrzą. I nawet jakby scena seksu była dobra, to i tak bym nie poszła.

  • redgood

    Autorzy sami strzelaja sobie w kolano w tym filmie, szczególnie w 17:54min, 40:25 i 110:12! Założę się, że ocenzuruja wersję telewizyjna i na DVD. Ten film demaskuje sektę smoleńska, każdy kto nie ma klapek na oczach i obejrzał ten film to wyrźnie to zobaczy.

    • zenmen

      na pewno ocenzuruja, nie moga tego zrobic w kinach, bo kina na to by sie nigdy nie zgodzily!!!

      • amator

        szczegolnie te scene jak dziennikarke ciacha operator, to katolska tv nie puści, a na pewno nie przed 23-ta!

  • redgood

    Autorzy sami strzelaja sobie w kolano w tym filmie, szczególnie w 17:54min, 40:25 i 110:12! Założę się, że ocenzuruja wersję telewizyjna i na DVD. Ten film demaskuje sektę smoleńska, każdy kto nie ma klapek na oczach i obejrzał ten film to wyrźnie to zobaczy.

  • Marcin

    Odpiszę Ci autorze odnosząc się do każdego punktu:
    1-Skoro nudzą Cię filmy w których nie ma w pierwszych scenach wybuchów i strzelanin to musisz wybierać inne filmy. Idź na Bonda, którego sam wymieniłeś. Albo na inne Rambo. W tym filmie nie chodziło o szybką akcję.
    2-Ja się wczułem.
    3-Bo najważniejsze w tym filmie jest to jaką kamerę miał ten reporter….
    4,5-Film nie jest perfekcyjnie zrealizowany, ale bez przesady. Mnie realizacja nie raziła aż tak w oczy.
    6-Może wyszło lekko komicznie, ale chodziło o pokazanie nienawiści i fali hejterstwa do tych którzy starają się mieć własny rozum i nie łykać wszystkiego co mówi się w tv jak pelikany.
    7-Twoja subiektywna opinia, wg mnie nie było z aktorstwem aż tak tragicznie.
    8-Widać. Ale znowu, czy to jest w tym filmie najważniejsze?
    9-Nie sprawdziłeś tekstu dokładnie i numeru 9 nie ma.
    10-Tu się mogę zgodzić, rzeczywiście za bardzo hiena dziennikarska.
    11-Zostało pokazane wszystko co budzi wątpliwości. Cały bałagan. Naprawdę potrzebujesz na koniec napisu czarno na białym aby mieć chociaż wątpliwości co do oficjalnej wersji wydarzeń?
    12-Wątki nie pojawiają się codziennie. Nie trzeba przeglądać informacji cały czas aby wiedzieć o pewnych rzeczach. Czy to wina reżysera że idziesz na film a byłeś totalnym ignorantem w tej sprawie i nie interesowałeś się nią?
    13-Tutaj chodziło o pokazanie że za granicą są ludzie którzy widzą cały bałagan w tej sprawie, widzą brak zdecydowania w działaniu. U nas większość ludzi przyjmuje oficjalną wersję bezkrytycznie.
    14-Tego rzeczywiście mogło nie być.
    15-Mam rozumieć że nie połapałeś się w chronologii przez to „wymieszanie”? Niektóre sceny były takie, że mogły się dziać w różnym czasie. Ogólnie nie trzeba bardzo myśleć aby się połapać w całym filmie.
    16-Ludzie nie doświadczają takiej przemiany, ponieważ ignorują wszystko co mówi/pisze się przez ludzi, dla których to wszystko nie do końca jest takie jasne jak się to przedstawia. Dziennikarka była na konferencji tego profesora, to spowodowało jej przemianę. A przynajmniej zasiało w niej wątpliwości. Naprawdę nie wychwyciłeś tego?
    17-To że nie było pokazane że kontaktuje się ze swoim ojcem przed wylotem świadczy o tym że tego nie zrobiła? Musisz mieć wszystko w filmie wyłożone w scenach jak na tacy?
    18-Tak, to było niepotrzebne.
    19-„Jest mozolne, niezgrabne przedstawianie kolejnych nieciekawych spiskowych teorii.” Typowa retoryka leminga łykającego wszystko co powiedzą w tv. Jeśli ten film nie zmusił Cię do minimalnej refleksji i tylko patrzyłeś na zegarek to nic Ci już nie pomoże.
    Nie miałem beki czytając tę recenzję, czułem zażenowanie.

  • zojka

    Zastanowiam sie dlaczgo tak osmieszaja „Smolensk” Atak zawsze jest na to co prawdziwe i niewygodne. Kazdy ma prawo sam to ocenic i decydowac czy isc na film czy nie.

  • Przekonałeś mnie. Po powrocie idę do mojej historyczki i proponuję pomoc przy organizacji szkolnego wyjścia na „Smoleńsk”.

  • kate

    a ja uważam że film ma dawać do myślenia i daje..

  • Joanna Kowalczyk

    Punkt 8 – Wiesz, że na Smoleńsk poszło 10 milionów? Tyle samo, co na Jack Strong lub Zemstę Wajdy.

  • Wciąż się zastanawiam, jak to się stało, że film tak ważny dla aktualnie rządzących, tak bardzo niezbędny z ich punktu widzenia, aby przedstawić jedyną, słuszną wizję, miał na tyle żenująco słaby budżet, że twórcy mogli sobie pozwolić co najwyżej na schowek z miotłami zamiast newsroomu. I już się tyle naczytałam o Smoleńsku, że mogę odetchnąć, pośmiać się z recenzentami i spokojnie odpuścić sobie oglądanie ;)

  • Tak sobie myślę, że ci co piszą:
    „W dodatku przedstawiona w niezrozumiały sposób.”
    Od razu ich recenzje będą traktowane jako gości, co nic nie wiedzą, więc po co się wypowiadają??11

  • Teraz już wiemy, co będzie puszczane średnio raz w miesiącu (dziesiątego) w TVP.

  • Aleksandra Muszyńska

    Odżałować nie mogę, że w tym szicie gra Ewa Dałkowska. Gorgonową grała,na litość Boga. A teraz – to?Przykre,że przygrzało jej w dekiel wzorem TW Faraona.
    Po reszcie tak zwanych aktorów w istocie rewelacji się nie spodziewałam, także zaskoczenie żadne.
    Obejrzę to z pewnością, ale obawiam się, że nie w kinie, bo chyba wolę kupić sobie sto piętnastą pomadkę, niż dokładać się finansowo do tego arcydzieła…

  • Ilona

    Jak to ktoś napisał: Nie pójdę na „Smoleńsk” ze trzy razy, a co mi tam.

  • Czyli jednak dobry film na randkę, bo sala będzie pusta :)

  • Odczuwam pewien dysonans w kwestii pójścia na „Smoleńsk” do kina. Bo z jednej strony dobrze wiedzieć, o czym się mówi, a z drugiej dać przy okazji zarobić twórcom tego chłamu? Trudny wybór. Dzięki za ten artykuł, przynajmniej mogę już udawać, że widziałam film i poczekać sobie aż pojawi się gdzieś za darmo. Jak mniemam, już niebawem będzie nas nim katowała publiczna telewizja.

    • W telewizji publicznej może się nie pojawić, bo partia rządząca z prezesem na czele przyznaje, że film to chłam i nie powinien ujrzeć światła dziennego:) Przyznają też, że film zobaczyli dopiero na pokazie przedpremierowym. Zastanawia mnie więc, czyja to wina, że jest tak słaby.

      • O widzisz, to jak nawet oni zauważyli, że to chłam, to musi być jednak superchłam.

        • Pytanie tylko, dlaczego ten film jest taki słaby i kto nad tym czuwał?:)

    • redgood

      Autorzy sami strzelaja sobie w kolano w tym filmie, szczególnie w 17:54min, 40:25 i 110:12! Założę się, że ocenzuruja wersję telewizyjna i na DVD. Ten film demaskuje sektę smoleńska, każdy kto nie ma klapek na oczach i obejrzał ten film to wyrźnie to zobaczy.

      • amator

        cenzura na bank, szczegolnie te scene jak dziennikarke ciacha operator, to katolska tv nie puści, a na pewno nie przed 23.00!

    • Już niedługo dodadzą go do Gali albo Vivy ;)

    • Georgiana

      No wlasnie i przez takie jak ty osoby ..mamy tych co nie badaja tylko powtarzaja opinie innych. Powinnas zobaczyc ten film, bo on jest wlasnie o takich ludziach ktorzy zamiast badac, pytac i dociekac, chowaja glowe w piasek,i propaguja opinie innych. Czy ty nalezysz do Homo Sapiens? Nawet na donora mozgu bys sie nie nadala…

  • Już wiem, że nie chce tam iść.

  • Konrad Norowski

    Ja rozumiem że nie umieli, nie mieli kasy ani kadry, ani niczego właściwie. Ciekawi mnie natomiast ta jedenastka – zrównanie wszystkich teorii spiskowych naraz i podanie ich w jednym miejscu to taka upośledzona, samotrollująca się wersja poprawności politycznej, na którą notabene najbardziej narzekają środowiska konserwatywne właśnie :D

    • Też tego nie rozumiem. Niezależnie, czy rozpatrujemy to w kategoriach filmowych, czy propagandowych, logicznie byłoby wybrać jeden pomysł na spisek i trzymać się go, rozwijając w kolejnych scenach, a nie skakać po wszystkich sugerując widzowi, że w sumie żaden nie trzyma się kupy.

    • Ale przecież reżyser twierdzi, że wierzy w zamach i film nagrywał od dawna, początkowo bez zgody władzy, więc ja już nic nie rozumiem. Dla mnie najbardziej logiczna teoria to taka, że ktoś specjalnie spieprzył film, żeby kogoś ośmieszyć, tylko kto i kogo?:) Film jest tak słaby, że nikt próbujący przekonać ludzi do teorii zamachu nie może być jego współtwórcą:)

      • Joanna Wu

        No to juz mamy 2 spiski – ten smolenski i ten filmowy. Zyc nie umierac ;-)

        • Teorii spiskowych tutaj jest masa:P

          • Joanna Wu

            noo, bo zaraz bedzie ”Masa o teoriach spiskowych” ;-)

  • A jest gdzieś dowód, kto sponsorował ten film? Bo szczerze powiedziawszy, nie wierzę, że obecna władza. Uważam, że ktoś po prostu myślał, że zrobi świetny interes na tragedii i wyłożył kasę, nie dbając o rezultat. Może ten film to po prostu miał być nabijaniem się z TVN? Jeżeli sponsorem byliby politycy twierdzący, że zamach był, postaraliby się o to, aby wyglądał on super realnie i był w stanie przekonać Polaków do swojej teorii. W polityce taka decyzja przechodzi przez wiele osób i nie wierzę, że żadna z nich nie przyjrzałaby się scenariuszowi i wypuściła coś takiego.

    • Konrad Norowski

      Zakładasz że ci politycy faktycznie wierzą w wizję świata którą propagują, a wcale tak nie musi być. Divida et impera – podziel ludzi dla własnych korzyści.
      Uwaga niesprawdzone info – podobno Kaczyński opóźniał premierę filmu.

      • Spekulować można w nieskończoność. Niemniej większość osób uważa, że film ten sponsoruje PiS, żeby przekonać ludzi do tego, że był zamach. A chyba każdy, kto film widział, wie, że film nikogo nie przekona. Więc mój wniosek jest taki, że cel powstania filmu musiał być inny, a i sponsorem był być ktoś inny. Co do dzielenia ludzi, to chyba zawsze byli podzieleni i niestety na tym polega polityka od wielu lat. Tak na marginesie, TVN jest mistrzem dzielenia ludzi i robienia z igły wideł.:) Generalnie smuci mnie cała otoczka wobec tego filmu. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy teorii zamachu nie są do niego pozytywnie nastawieni. Po co on powstał? Szkoda, że nikt nie przyznaje się do sponsorowania filmu. Chętnie poznałabym prawdę, kto płacił i czy widział rezultat:)

        • Konrad Norowski

          W napisach końcowych nie ma sponsorów?

          • Nie ma wszystkich. Ogólnie sponsor wybiera czy chce pozostać anonimowy, czy pokazać się w napisach końcowych:)

  • Ha! A już myślałem, że nikt nie zauważy Azjatów! :) Też byłem wczoraj w kinie i niestety dawno tak złego filmu nie widziałem. Bolał mnie jako widza, bolał mnie jako dziennikarza. No po prosty ZŁY film, lepszego słowa nie mogę znaleźć.

    • Reżyser w wywiadzie dla Dziennika mówi, że ci Azjaci to celowo: http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/530480,antoni-krauze-o-smolensku-rozmowa-rigamonti.html

      • Ten wywiad trochę dziwny jest, niby reżyser przyznaje, że według niego był zamach, nikt go do tego filmu nie zmuszał, sam go chciał zrobić. Z drugiej strony ma żal do nie wiadomo kogo.

        • „Dziwny” to delikatnie powiedziane, zważając na zawarte w nim spotkanie z Trójcą Świętą.

          • Mam wrażenie, jakby wywiadu udzielały dwie różne osoby. Jedna dumna ze swojego dzieła, które tworzyła wiele lat, druga sugerująca, że to nie on ten film zrobił.

    • Jagna

      Dziennikarzu zmien zawod. Widzialam ze zawod dziennikarski zszedl na psy, i to nie tylko w Polsce, w innych krajach tez tak jest, i ten film miedzy innymi wyraznie to pokazuje. Nic dziwnego prawda w oczy kole

Kilka szokujących liczb, które zmienią Twoje myślenie

Skip to entry content

Kilka dni temu wyemitowany został ostatni odcinek „Westworld” – genialnego serialu HBO z Anthonym Hopkinsem o ultranowoczesnym parku rozrywki stylizowanym na western, w którym główną atrakcją są roboty do złudzenia przypominające ludzi. Goście odwiedzający wesołe miasteczko przyszłości mogą uwolnić hamowane na co dzień popędy i ziścić skrywane na dnie moralności dzikie fantazje, strzelając do nich, gwałcąc je lub podbijając dziki zachód. Roboty po każdym dniu są czyszczone, naprawiane, pozbawiane wspomnień z mijającego dnia i podstawiane na swoje miejsce, aby mogły odegrać – jak jest to nazwane w serialu – swoją pętlę fabularną.

Mimo, że jest to turbo rozwinięta sztuczna inteligencja, to roboty nie zdają sobie sprawy z tego, że są tylko przedmiotem dostarczającym rozrywki ludziom, lecz są przekonane, że naprawdę żyją w drugiej połowie XIX wieku i są mieszkańcami miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mimo, że każdego są mordowane przez gości parku, nie są w stanie tego dostrzec, ponieważ żyją w swoich sztywnych, narzucających postrzeganie rzeczywistości pętlach, niepozwalających dostrzec im realnego obrazu sytuacji.

Z ludźmi jest tak samo.

Rzeczywistość wpycha nas w koleiny, którymi mozolnie idziemy, nie dostrzegając co jest poza nimi. Jesteśmy wtłaczani w schematy: wstań, umyj się, zjedz śniadanie, jedź do pracy, pracuj, wróć do domu, zjedz kolację, umyj się, idź spać, powtórz. Powtórz, powtórz, powtórz. Jesteśmy w pętlach codzienności, zupełnie jak roboty w „Westworld”, myśląc, że jest to jedyna możliwa droga i nie mając pojęcia o szablonie, który odrysowujemy na kalendarzu każdego dnia.

Roboty, żeby zyskać świadomość, zauważyć role, które odgrywają i zorientować się, że są robotami potrzebowały zmiany w kodzie, która uruchomiła efekt domina. Ludzie też potrzebują aktualizacji oprogramowania, aby wywołać taki efekt. Przed Wami kilka liczb, które mam nadzieję zmienią Wasze myślenie i pozwolą wyrwać się z pętli, w których tkwicie.

100% – tylu z nas na pewno umrze

1:1 000 000 – takie jest prawdopodobieństwo, że Twoje życie się zmieni, jeśli nic w nim nie zmienisz

50% – dorosły człowiek minimum tyle czasu, w którym nie śpi poświęca na pracę

5 – tyle lat miał Mozart, gdy skomponował pierwszy utwór

11 – a tyle, gdy skomponował pierwszą operę

0% – taki odsetek osób spotkał odpowiedniego partnera tworząc z nim szczęśliwy związek, czekając w domu, aż sam zapuka do ich drzwi

193 – tyle jest państw na świecie, w których mógłbyś mieszkać, daj +1 jeśli bierzesz pod uwagę też Watykan

0 – tyle razy średnio powtarza się niewykorzystana okazja

3 – tyle lat potrzebował Michał Szafrański, żeby zarobić milion złotych na blogu

1:13 983 816 – dokładnie tyle wynosi szansa trafienia 6 w Lotto

5,4 doby – statystycznie każdego miesiąca Polacy spędzają przed telewizorem

0,000001% – tyle wynosi ryzyko, że zjawiskowa dziewczyna, którą mijasz na ulicy da Ci w twarz, jeśli nawiążesz z nią kontakt

0,000000001% – tyle wynosi szansa, że jeśli teraz jej nie zaczepisz, to spotkasz ją drugi raz w życiu

6 – tyle kontaktów dzieli Cię od dowolnego człowieka na świecie, w tym Baracka Obamy i Krzysztofa Krawczyka

0 – o tyle centrumetrów będziesz bliżej realizacji swojego jutro, jeśli nie zaczniesz realizować go już dziś

40 – tyle lat miał założyciel KFC, gdy rozpoczął sprzedaż opiekanych kurczaków w panierce przy stacji benzynowej

10n – tyle masz możliwości na przeżycie swojego życia

1 – a tyle osób ponosi odpowiedzialność za to, którą z tych możliwości wybierzesz

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emilio Garcia
---> SKOMENTUJ

7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks

Skip to entry content

Temat oklepany jak tyłek Asy Akiry, o którym pisałem choćby przy zasadzie szczoteczki, jednak cały czas dostaję maile od czytelniczek ze szczegółowymi, czasem zbyt, opisami ich relacji i pytaniem powtarzającym się jak kac po spirytusie z mety: skąd mam wiedzieć, że nie chodzi mu tylko o seks? A skąd ja mam niby to wiedzieć? Ani nie znam Ciebie, a już tym bardziej tego typa, nie mówiąc o znikomym pojęciu na temat wróżenia z fusów. Jak chcesz wiedzieć coś o nim, to najlepiej zapytaj jego. Nie chcesz go pytać wprost, żeby go nie spłoszyć? Hmm, gdyby takie pytanie go spłoszyło, to miałabyś dość jasną odpowiedzieć jakie miał plany wobec Ciebie. Ale dobra, jak chcesz wiedzieć czy szuka partnerki do życia, czy tylko do kamasutry, to proszę.

Oto 7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks.

Próbuje doprowadzić do seksu za wszelką cenę

Mimo, że stać go na browar na mieście, i to na droższy niż w bramie, ba, nawet na droższy niż w Ambasadzie Śledzia, to ciśnie, żebyście się spotkali u niego. Ostatecznie u Ciebie. Czemu? Bo… [wstaw_naprawdę_ale_to_naprawdę_COKOLWIEK]. A jak już przyparty do muru ustawi się z Tobą w jakiejś knajpie, zostawia Ci ślady na szyi jak zmutowane połączenie ślimaka z wampirem i pcha Ci łapy na dekolt, mimo, że nie masz koszulki z nieśmiesznym napisem, a on nie czyta Braillem. I po drugim piwie cały czas powtarza, żebyście się przenieśli w „spokojniejsze miejsce”. Mając oczywiście na myśli swoją „oazę spokoju” zupełnie przypadkowo zlokalizowaną w jego sypialni.

Obraża się, gdy nie dochodzi do seksu

Mówisz, że nie możesz wstąpić do niego nawet na minutkę, bo [wstaw_jeszcze_bardziej_COKOLWIEK]? A on robi minę jak dzieciak, który znalazł pod choinką zestaw do nauki angielskiego, zamiast wyczekiwanego kostiumu Spierd-Mana i przestaje się odzywać? Zaliczyliście więcej baz niż drużyna Brada Pitta w „Moneyball”, ale gdy zbliżacie się do tej ostatniej, mówisz, że musicie odpuścić, bo masz okres, a nie jesteś fanką bodypaintingu w trakcie stosunku? Na co on reaguje oryginalnym „zostawiłem żelazko na gazie” i wraca do siebie?

W Waszej relacji może chodzić mu o coś innego, niż Twój intelekt.

Ma dla Ciebie czas tylko w weekendy

Jest takie powiedzenie, że czas jest zawsze, tylko nie na wszystko. Na przykład nie na pierdoły. Każdy – ja, Ty, ten za Tobą gapiący Ci się przez ramię w wyświetlacz, Donald Tusk, Twój były z przedwczesnym wytryskiem – ma 24 godziny w ciągu doby i rozdysponowuje je zgodnie ze swoją hierarchią priorytetów. Jeśli gość, z którym sypiasz notorycznie mówi, że nie da rady spotkać się w ciągu tygodnia, choćby na kawę, czy ćwiartkę w parku, to znaczy, że nie jesteś dla niego na tyle istotna. W sensie, jesteś pierdołą.

Umawia się z Tobą na ostatnią chwilę

Jeśli typ nie odzywa się cały tydzień i dostajesz w piątek o 20:01 esa, żebyście skoczyli na miasto za godzinę, to znaczy, że posypały mu się wszystkie imprezowe opcje i z braku laku może się z Tobą pomigdalić w kinie. Ewentualnie laska, z którą był umówiony przed Tobą wystawiła go. Tak czy inaczej, jesteś tylko opcją awaryjną.

Nie otwiera się przed Tobą…

…a kolejne spotkanie nie sprawia, że poznajesz go coraz bardziej.

Faceci nie są szczególni wylewni, jeśli chodzi o ich życie wewnętrze, przeżycia, emocje i uczucia. To stereotyp i uogólnienie, ale na potrzeby nie zanudzenia Cię na śmierć, przyjmijmy, że nie robię habilitacji z otwartości i samoświadomości emocjonalnej mężczyzn i użyję takiej krzywdzącej opinii, dobra? Super, to kontynuując, tak jak mówiłem, faceci nie są szczególnie wylewni, ale jeśli im na kimś zależy, to potrafią być. Jeśli trafią na kogoś przy kim czują kosmiczną harmonię dusz albo po prostu, choć trochę im zależy, to są w stanie opowiedzieć o swoim dzieciństwie, traumie bycia ubieranym w turkusowe rajstopki przez mamę i ogólnie, kto im tam babki burzył w piaskownicy i zabierał lizaki. Jak już temat kręci się na ostro, to nawet coś tam wspomną o relacjach z ojcem i problemach z samooceną. Przy czym, tak jak mówię, to tylko w przypadku, gdy widzą w Tobie przyszłą współbeneficjentkę programu „Mieszkanie Dla Młodych”. Czy tam matkę swoich dzieci.

Jeśli jednak widujecie się już jakiś czas, na przykład dłużej niż tydzień, a Ty dalej jedyne co o nim wiesz, to że koledzy mówią na niego Maro, pracuje w firmie i pochodzi z miasta między Zakopanem, a Władysławowem, to znaczy, że nie odkrywa się przed Tobą, bo nie traktuje Cię poważnie. Ty też nie opowiadałabyś historii swojego życia przypadkowemu włóczędze, co nie?

Nie znasz jego znajomych

Zagadnienie wałkowane jak ciasto na pierogi przed Wigilią. Nie znasz jego ziomków z pracy, ziomków z osiedla, ziomków z podstawówki, ani ziomków od haraczy i wymuszeń? Znaczy, że jest ku temu powód. Na przykład taki: jesteś tylko umilaczem zimnych nocy, więc nie ma sensu przedstawiać Cię ludziom, którym jest całkiem ciepło. Albo inny: wstydzi się Ciebie, dlatego nie pokazuje Cię znajomym i gdybyś nie chodziła z nim do łóżka, nawet nie przebywał by z Tobą w tym samym pomieszczeniu. A nie, w sumie to ten sam powód.

Nie chce, żebyś była częścią jego życia, tylko wypełnieniem wolnych miejsc w grafiku

To sedno całej sprawy. Jeśli nie zaprasza Cię do swojego świata, nie chce, żebyś weszła w jego rzeczywistości, jego codzienność, jego plany, to znaczy, że nie zależy mu na Tobie jako osobie, tylko na Twoim ciele. A konkretnie kawałku ciała, który masz między nogami. Brutalne, ale gazele na sawannie też nie mają lekko.

autorem zdjęcia w nagłówku jest nicolee_camacho

---> SKOMENTUJ

Czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Skip to entry content

„Masa o porachunkach polskiej mafii” to trzecia część gangsterskiej epopei, w której skruszony kryminalista opowiada dziennikarzowi śledczemu, o skurwysyństwach, które popełnił będąc członkiem grupy przestępczej. To znaczy, tak książka jest zajawiana w mediach, ale czy faktycznie tak jest? Już w dwóch poprzednich częściach „Masa o kobietach polskiej mafii” i „Masa o pieniądzach polskiej mafii”, miałem wrażenie, że Jarosław Sokołowski wcale nie żałuje tego, że gwałcił kobiety i okradał mężczyzn, a wręcz z nostalgią wspomina, jak fajnie było wybić komuś zęby i zabrać mu samochód, a potem siłą zmusić kogoś innego do seksu oralnego w tym samochodzie. Czy to ciekawe? Czy w ogóle da się to czytać? Czy warto dać zarobić byłemu gangsterowi na krzywdach wyrządzonych przypadkowym osobom?

Z uwagi na fakt, że łyknąłem ten tytuł w trakcie ostatnich wakacji, postaram się odpowiedzieć na pytanie: czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Ultra prosty język

Nie mam pretensji do Jarosława Sokołowskiego, że nie włada słowem na poziomie profesora Bralczyka, bo to prosty chłopak, który szybciej nauczył się kraść, niż pisać, ale Artur Górski, który prowadzi z nim wywiad i podaje się nie dość, że za dziennikarza, to jeszcze za pisarza, mógłby używać nieco bardziej wyszukanego języka niż szóstoklasista. Zwłaszcza, że to jego 15-ta książka. Jeśli liczyliście na ciekawsze porównania niż „głupi jak but”, „wielki jak dąb”, czy „brzydka jak noc”, to lepiej zmieńcie kalkulator. Szczytem żonglowania środkami stylistycznymi jest tu opisanie ssania członka za pomocą metafory „robić loda”, a najbardziej finezyjną sztuczką skłonienia czytelnika do refleksji nad jakąś kwestią, wstawienie wielokropka na końcu zdania.

Innymi słowy, jeśli Twój jedyny kontakt ze słowem pisanym ogranicza się do czytania napisów w publicznych toaletach w trakcie wypróżniania, to poziom językowy tej pozycji powinien Cię usatysfakcjonować.

Pseudo-moralizatorstwo

Było w poprzednich częściach jest i tutaj. Dziennikarz prowadzący rozmowę z Masą, co jakiś czas kategorycznie obrusza się słysząc jego opowieści, tak byś przypadkiem nie miał wątpliwości, że mordowanie ludzi jest niemiłe i jeśli będziesz tak robił, to koleżanki usuną Cię ze znajomych na Facebooku. Rozumiem, że Górski musiał stworzyć jakieś pozory, że nie pisze tej książki tylko dla hajsu, a dogadanie się z najpopularniejszym w Polsce świadkiem koronnym na wywiad nie było przypięciem do siebie łańcuchem dojnej krowy, i w rzeczywistości zależy mu na pokazaniu „szokującej prawdy”, ale zrobił to wyjątkowo nieudolnie.

Odgrzewanie kotleta

„Masa o kobietach polskiej mafii” szokowała brakiem moralności, brutalnością, zezwierzęceniem i liczbą seksualnych partnerek przypadającą na jednego bandytę. „Masa o pieniądzach polskiej mafii” zaskakiwała wielkością fortuny jaką obracali nadwiślańscy kryminaliści, siecią kontaktów z politykami, przedsiębiorcami i celebrytami, i mnogością sposobów dokonywania rozbojów, z których można było wyciągnąć pieniądze.

W  „Masa o porachunkach polskiej mafii” mamy w dużej mierze powtórzenie tych samych historii i mielenie znanego już z poprzednich części tematu, tyle że od strony przepychanek między gangsterami. Które oczywiście miały miejsce też w poprzednich częściach, tyle, że tym razem są rozbudowane i to na nich skupia się narracja. Jeśli masz do czynienia ze wspomnieniami Jarosława Sokołowskiego pierwszy raz, to spoko, jest to świeże, ciekawe, intrygujące, ale jeśli, tak jak ja, to Twój trzeci kontakt z jego opowieściami, to zaczynasz się czuć jak w Boże Narodzenie, gdy trafiasz na „Kevina samego…” w telewizji. Niby fajnie się ogląda, ale to już było.

Podglądanie innego świata przez dziurkę od klucza

Mafia nie jest jakimś przewodnim temat moich zainteresowań, od którego dostaję erekcji, ale widziałem cała trylogię „Ojca chrzestnego”, a „Chłopaki z ferajny” są jednym z moich ulubionych filmów i widząc go, zawsze się zastanawiałem, jak ten przestępczy świat wygląda u nas. W Polsce. Dzięki tej książce mogę rzucić na niego okiem przez niedomknięte drzwi. Nie wiem na ile zdarzenia opisane przez głównego bohatera są zgodne z rzeczywistością, ale mówi o nich na tyle szczegółowo, że wierzę mu iż faktycznie miały miejsce. Wywózki do lasu, obijanie kijem bejsbolowym, podkładanie bomb i strzelaniny w polskim wydaniu wyglądają jak niezamierzona parodia amerykańskich filmów, ale skłamałbym, jeśli bym powiedział, że nie robi to na mnie wrażenia. Ani nie pobudza wyobraźni.

Nigdy nie chciałem, nie chcę i nie chciałbym być ani w polskiej mafii, ani w żadnej innej, ale dzięki kolejnym stronom tej książki można się poczuć jakby trochę się w niej było.

Czy warto?

Pora odpowiedzieć na pytanie z nagłówka, czyli, czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”? Mimo wielu zastrzeżeń do tej pozycji i samych autorów, trudno mi ją stanowczo odradzić. Jeśli czytaliście poprzednie części, w tej raczej nie znajdziecie wielu zaskakujących faktów, czy ekscytujących motywów. Przeczytacie ją w ciągu 3-4 nie za długich posiedzeń z kubkiem herbaty i przeleci Wam przez głowę równie bezboleśnie jak myśl o tym, żeby rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Bo tytuł ten wchodzi bardzo gładko, ale wychodzi też bez większych oporów, przez co, to strata czasu na poziomie oglądania dram na YouTube.

Jeśli jednak to Wasz pierwszy kontakt ze światem Pruszkowa i Wołomina, terroryzującym resztę Polski i nie liczycie na homeryckie porównania, ani ekwilibrystkę językową, to nie wynudzicie się, a możliwe nawet, że ta książka coś w Was zostawi. Na przykład przerażenie.

---> SKOMENTUJ